Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie namyślając się długo, za przykładem brata poszedł Romek.
Pędził przez głęboki śnieg bez czapki i bez broni. Krzykiem zachęcał konia do szybkiego biegu.
Mongoł gnał jak wicher, wbiwszy oczy w ślad „Łakomca“, wyraźnie widzialny na śniegu.
Dopadli nareszcie pierwszych pagórków i zaczęli przedzierać się przez zarośla młodych modrzewi i nagich pędów krzaków.
Woddali czernił się las.
Jakieś odgłosy, jeszcze niejasne, zanosił tu lekki wietrzyk. Tłumił je szmer kopyt końskich, grzęznących w śniegu i głośny oddech jeźdźców.
Przystanęli i nasłuchiwali.
Na prawo od nich, z lasu dopłynęło nagle wyraźne, chociaż pełne przerażenia wołanie Irenki:
— Ratujcie! Ratujcie!...
Uderzyli po koniach i pomknęli znowu.
Nawoływania dziewczynki stawały się coraz głośniejsze i żałośniejsze. Do nich dołączyło się jakieś jękliwe, wściekłe kwilenie, raczej cienki, przeraźliwy ryk, łomot tratowanych krzaków, łoskot toczących się kamieni...
Jeźdźcy wpadli do lasu i posuwali się już wolniej, wymijając grube pnie modrzewi i skłę-