Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


skały, stojącej o kilkaset kroków dalej i wgramolić się na nią.
Już biegł, gdy ujrzał na polanie skaczącego jak jeleń, Czultuna, gwiżdżącego przeraźliwie i pędzącego ku skałom.
Wielbłąd natychmiast pozostawił chłopca i runął na Mongoła.
Z tym jednak gra była jeszcze trudniejsza. Czachar biegł, robiąc zawrotne zygzaki, zapadał za kamieniami, co chwila znikał z oczu napastnikowi, wynurzał się nagle i znowu skakał, przesadzając śnieżne zaspy i rozrzucone głazy.
Romek miał na celu odciągnięcie wielbłąda od kryjówki siostry.
Czultun zaś postępował inaczej.
Zamierzał zwabić wielbłąda jak najbliżej do Henryka.
Z każdą chwilą posuwali się w kierunku lasu, gdzie stał chłopak z karabinem, gotowym do strzału.
Śledząc uważnie przebieg pościgu, Romek sunął za wielbłądem.
Wściekły, pokraczny zwierz pędził za Czacharem, przecinającym odkrytą płaszczyznę i kluczącym po niej, jak ścigany przez charty zając.
Nagle Romek krzyknął przeraźliwie.