Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie miał więc Czultun troski o paszę dla dżegetajów, a Henryk o pożywienie dla całej gromadki.
Konie wypuszczano na noc na trawę.
Odnajdowały ją, odgrzebując kopytami śnieg i pasąc się spokojnie wpobliżu obozu z płonącem ogniskiem.
Henryk zawsze potrafił wytropić w stepie dżerenie, idąc ich śladami, pozostawionemi na śniegu.
Chłopak znakomicie nawykł do karabinu i strzelał celnie, wzbudzając podziw i poszanowanie u wodza czacharskiego.
Czasem Romek zastępował brata.
Posługiwał się wyłącznie procą lub łukiem, a doszedł we władaniu tą pierwotną bronią do wielkiej wprawy.
Nigdy nie powracał do obozu bez zdobyczy. Stanowiły ją salgi lub zabawne, białe zające, puszyste, o kosmatych skokach.
Nadaremnie jednak poszukiwał młody myśliwy świstaków, które bardzo smakowały wszystkim.
Nie znalazł ich nigdzie. Stepowe gryzonie pochowały się do swoich nor głębokich, na sen aż do wiosny.
Z każdym dniem podróż stawała się łatwiejsza i przyjemniejsza.
Prawda, że mroźny wiatr smagał i szczypał