Mali zwycięzcy/Wielka radość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Mali zwycięzcy
Data wydania 1930
Wydawnictwo Książnica-Atlas
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział XIV.
Wielka radość.

W cztery dni po wypadku, którego niemal nie przypłacili życiem wierny Czultun i mała Irenka, karawana podróżników zbliżała się do Cagan-Czułutaju.
Zawiódłby się ten, kto żywiłby nadzieję na znalezienie w tem miejscu prawdziwej osady.
Niczego podobnego tu nie było.
Na śnieżnej płaszczyźnie, pokrytej licznemi śladami stad, koni i ludzi, stało pięćdziesiąt wojłokowych jurt.
Z okrągłych otworów namiotów podnosiły się słupy dymu. Przy wbitych w ziemię palach stały okulbaczone konie.
W zagrodach z cienkich żerdzi beczały owce i porykiwały krowy.
Ujadały czarne brytany, duże, kudłate i nieufne.
Szukały kości i resztek jedzenia, wyrzucanego przez mongolskie kobiety.
Psy odrazu zwęszyły zbliżających się jeźdźców i ze wszystkich stron mknęły ku nieznajomym koniom.
Ujadały i szczękały kłami, jeżąc czarne kudły i błyskając złemi ślepiami.
Niektóre czepiały się ogonów dżegetajów; inne usiłowały porwać jeźdźców za nogi.
Czultun gwizdnął i wydał chrapliwy okrzyk:
— Yrry!
Psy stuliły ogony i w popłochu zmykały, skowycząc, jakby bite.
Mongoł uśmiechnął się i rzekł:
— Nasze psy są złe i nieraz się zdarzało, że ściągały nieznajomego jeźdźca z siodła i rozszarpywały go. Wychowujemy tak psy, aby dobrze broniły naszych stad przed wilkami i alarami.
— Jakże odbywa się takie eleganckie wychowanie? — ze śmiechem zapytał Romek.
— Nigdy nie karmimy naszych psów — objaśnił. — Zmuszane są same wyszukiwać i zdobywać pożywienie... Polują na dżerenie, salgi, wilki, świstaki, zające.
Umilkł na chwilę i dodał:
— W stepie znajdują też inne pożywienie... Są to nasi zmarli, których pozostawiamy na ziemi, daleko od koczowiska. Psy i dzikie zwierzęta pożerają nieboszczyków... W zimie psy są bardziej złe, bo głód im częściej dokucza... Czasami nawet rozszarpią jakąś samotną owcę, a nawet byka...
— A co znaczy słowo „yrry“, którem odpędziłeś psy, Czultunie? — zapytał Henryk.
Mongoł wzruszył ramionami i odparł:
— Nic nie znaczy... Psy boją się tego okrzyku.
Tymczasem jeźdźców spostrzeżono z obozu i kilkunastu Czacharów co koń wyskoczy mknęło ku nim.
Zdaleka już poznali Czultuna i wykrzykiwali radosne pozdrowienia. Przypadli nareszcie na chrapiących, zdyszanych rumakach, zeskoczyli na ziemię i zaczęli czołami dotykać strzemienia swego wodza.
— Sajn! Sajn! — powtarzał wzruszony Czultun, a Czacharzy wciąż dotykali głowami jego strzemion i stóp, kłaniali się, przyklękając, głośno cmokali sinemi wargami i mruczeli:
— Sajn Czultun! Noin Czultun!
Ceremonja powitania zaczynała się na nowo, aż Romek trącił Henryka w udo i szepnął:
— Może krzyknąć im „yrry“?
Henryk uśmiechnął się i potrząsnął głową.
Z koczowiska od jurt, rozrzuconych na dużej przestrzeni, ze wszystkich stron zbiegały się kobiety i dzieci; od pasących się w oddaleniu stad i tabunów mknęli pojedynczy jeźdźcy.
Rozległy się nowe okrzyki powitalne, gdy wtem tłum się rozstąpił i przed Czultunem stanęła młoda Mongołka.
Miała na sobie czerwoną suknię jedwabną, obszytą na kołnierzu, rękawach i połach drogiem futrem. Na głowie, mieniąc się od sztucznych klejnotów, pereł i mosiężnych błyskotek, wznosił się diadem chiński; ogromne, dzwoniące kolczyki spadały kobiecie aż na ramiona.
Stała poważna i skupiona, nie spuszczając czarnych, nieruchomych oczu z twarzy Czultuna.
Nareszcie pochyliła się do jego strzemienia, szepnęła jakieś pozdrowienie, wzięła konia za uzdę i triumfalnie prowadziła ku największemu namiotowi, przy którym na wysokiem drzewcu powiewał ogon koński, pomalowany na czerwono.
Był to buńczuk książęcy, oznaka wodza.
— To Byjme, żona moja, córka Sajn-Noin-Chana! — szepnął z dumą Czultun, wskazując oczami idącą przed nim strojną Mongołkę.
Chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz jakiś jeździec zdarł przed nim konia, aż nogi rumaka zaryły się w ziemi, i rzucił się Czultunowi w objęcia.
Ściskali się długo, całując się po ramionach.
— To brat mój, Zyndy, młodszy brat! — rzekł wódz czacharski z uśmiechem radości na szerokiej, sczerniałej twarzy. — Dzielny chłopak!
— Myśleliśmy, żeś zginął — mówił urywanym ze wzruszenia głosem Zyndy. — Szukaliśmy ciebie długo. Znaleźliśmy ślady twego konia za Byłagiem.. Dalej trop się urywał... Niedaleko przecinały step ślady pięciu koni... Obawiałem się, że porwali ciebie ludzie Sajn-Noin-Chana lub Ordosi[1] z nad Żółtej rzeki... Goniliśmy trzy dni, lecz ślady zamiotła wichura, niosąca piasek z Szamo...
— Co nowego w Cagan-Czułutaju? — przerwał mu Czultun.
— Są ważne nowiny... — zaczął brat. — Po twojem zniknięciu trzydzieści razy słońce weszło i zapadło za Szamo, gdy nasi jeźdźcy donieśli mi, że Ordosi omijają nasze pastwiska i prowadzą zdobycz...
— Ordosi? — spytał wódz, marszcząc czoło.
— Tak... ci, którzy koczują pomiędzy Żółtą rzeką a Ała-Szaniem.
— Cóż zrobiliście z nimi? — pytał groźnie Czultun.
— Zabiegliśmy im drogę... W mroku umknęli nam...
— Umknęli! — zawołał Czachar, zaciskając pięści. — Umknęli „chara-czutchur?!“[2]
— Umknęli... — powtórzył strapiony Zyndy. — Pozostawili nam dwu białych i pięciu „ułaczynów“[3] chana Sajn-Noin...
— Cóżeście z nimi uczynili? — zawołał Czultun, chwytając brata za ramię.
— Ułaczyny powiedzieli, że na rozkaz chana prowadzili do Kałganu białych, zbłąkanych w Szamo... — rzekł Zyndy. — W drodze porwali ich Ordosi...
— Puściliście tych ludzi wolno? — pytał Czachar.
— Tak! — odpowiedział brat. — Kazałem dać im konie i naszych przewodników, którzy znają drogi do Kałganu i Koko-Choto.[4]
— Mądry jesteś, Zyndy, dziękuję ci! — zawołał Czultun.
Jechali dalej w milczeniu.
Tłum otaczał nowoprzybyłych.
Witano ich, przyglądano się, podziwiano ich oswojone dżegetaje, cmokano na widok karabinu; kobiety głaskały ręce i warkocze Irenki; śmiały się, patrząc na Romka, który robił zabawne miny i mruczał pocichu:
— Yrry! Yrry!
Henryk jechał zamyślony.
Słyszał opowiadanie Zyndy i jakaś niejasna jeszcze nadzieja świtała w jego sercu.
Postanowił wypytać Zyndy szczegółowo o wszystko, a szczególnie o wygląd zwolnionych przez Czacharów jeńców.
Podjeżdżali właśnie do jurty wodza.
Czultun z pokłonami i cmokaniem wprowadzał przyjaciół do swego namiotu.
Byjme krzątała się już koło ogniska, palącego się pośrodku jurty na kamieniach, otoczonych mosiężnemi blachami.
Służebnice powiesiły nad ogniskiem kocioł z herbatą, znosiły drewniane talerze z łakociami chińskiemi. Były tam czerwone daktyle suszone, barwne pierniki marcypanowe, orzechy.
W trzcinowych koszyczkach podawano proso, podpalone na węglach, kawały zimnego mięsiwa i mongolskie „borsuchy“ — kulki z ciasta, smażonego w tłuszczu baranim lub w oleju z ziaren orzechów ziemnych.
Rozpoczęło się ceremonjalne, odbywające się w milczeniu picie herbaty, pełne skupienia i powagi.
Gdy pierwsza miseczka gorącego napoju została opróżniona, Czultun zagaił rozmowę.
Powstał zgiełk i hałas nie do opisania.
Namiot był zatłoczony Czacharami, przyglądającymi się w milczeniu wodzowi i jego gościom. Teraz wszyscy nagle zaczęli mówić, pytać, krzyczeć, śmiać się i wymachiwać rękami.
— Yrry! Yrry! — mruczał do brata Romek, figlarnie mrużąc oczy.
Henryk nic nie odpowiedział.
Szukał oczami Zyndy; odnalazłszy go w tłumie, wyprowadził nadwór i jął wypytywać o białych, porwanych przez Ordosów.
Zyndy bardzo szczegółowo opisał ludzi, wyrwanych ze zbrodniczych rąk bandytów stepowych.
Henryk był już prawdę pewny, że Zyndy stał się wybawcą jego ojca i pilota Rouviera.
Postanowił jednak tymczasem ukryć to przed rodzeństwem, aby nie obudzić przedwczesnej nadziei.
Tegoż wieczora prosił Czultuna, aby posłał zaufanego człowieka do Kałganu z telegramem do pomocnika ojca w Tientsinie i do księdza polskiego w Szanghaju.
— Niech goniec weźmie potrzebną ilość „dżeń-szeniu“, sprzeda i za otrzymane pieniądze wyśle depeszę! — mówił Henryk.
— Nie! — zaprzeczył Czultun. — Dam kilka dolarów chińskich memu ułaczynowi. On załatwi wszystko dobrze, bo to człowiek pewny.
Nazajutrz o świcie młody Czachar — Azym machnął nahajem i wyruszył w daleką drogę.
Mali podróżnicy, otoczeni przyjaźnią Czultuna, dobrocią jego młodej żony i gościnnością całego szczepu, który już wiedział od swego wodza o ocaleniu mu życia przez dzielne dzieci, spędzali czas w Cagan-Czułutaju bardzo przyjemnie.
Gonili na śmigłych kucykach mongolskich, siedząc na bogato przystrojonych, ozdobnych siodłach; odwiedzali stada i tabuny, przyglądali się dzielnym łucznikom czacharskim, z którymi w zawody szedł czupurny Romek. Kobiety zapraszały do jurt małą, jasnowłosą Irenkę i obdarzały ją czem mogły. Wśród tych darów były jedwabne szaty mongolskie, pięknie haftowane buty, wzorzyste pasy, obszyte paciorkami i złotemi sznurkami czapeczki, barwne chusteczki — „chatyki“, przynoszące szczęście według zabobonnej wiary koczowników, łakocie, koszyczki, mosiężne miseczki i różne drobne rzeczy, wyrabiane przez pracowite kobiety stepowe.
Pewnego dnia podczas obiadu do jurty Czultuna wbiegł Czachar i zawołał:
— Wodzu! Straszna nowina! Od wschodu nadlatuje ogromny ptak. Z pewnością chce porwać owce!…
Wszyscy wypadli z jurty.
Nad horyzontem, jeszcze daleko, odcinał się od bladego nieba czarny punkt, szybko mknący naprzód.
Wkrótce dobiegł głuchy, jednostajny huk.
— Motor! — zawołał Romek.
Henryk przybladł, a Irenka rączki złożyła jak do modlitwy.
— To — dwupłatowiec! Farman! To, pewno, pan Rouvier z tatusiem do nas lecą! — wołały uradowane dzieci.
Mongołowie w strachu rozbiegali się w różne strony i kryli się w jurtach.
Nastraszone turkotem samolotu konie rwały się z uwięzi i rżały. Dżegetaje wierzgały i gryzły się wściekle.
Dzieci zaś stały zapatrzone w nadlatującego ptaka, który już zataczał nad równiną coraz węższe koła, wyglądając dogodnego miejsca dla lądowania.
Nareszcie dotknął ziemi, odbił się, przeleciał kilkanaście metrów, potoczył się płynnie, podnosząc obłoki śniegu i piasku.
Jeszcze kilka chwil i dzieci z okrzykami radości biegły ku wyskakującemu z aparatu ojcu.
Urywanemi głosami opowiadano sobie wzajemnie o przygodach w Szamo.
Pan Broniewski z Rouvierem, wyszedłszy na poszukiwanie osiedla, zbłądzili i stracili kierunek. O głodzie szli pięć dni. Napadła na nich i porwała jakaś luźna banda Mongołów. Po paru dniach bandytów schwytali żołnierze księcia mongolskiego — Sajn-Noina.
Potężny chan dał im swoich przewodników do najbliższej stacji kolejowej — Kałganu.
W drodze zuchwali Ordosi uczynili na podróżników napad, lecz pewnej nocy jeźdźcy jakiegoś… Czultuna uwolnili ich…
— Czultun! — wykrzyknęły dzieci. — To nasz przyjaciel najwierniejszy!
Z jurt zaczęli wychodzić Czacharzy. Jeszcze nieufnie zbliżali się do straszliwego, turkoczącego ptaka.
Znowu zmykali naoślep, ujrzawszy wyskakującego z jego wnętrza owiniętego w futro Rouviera w ogromnych okularach.


Przypisy

  1. Mongolski szczep.
  2. Czarne djabły.
  3. Przewodnik.
  4. Dwa miasta chińskie, od których ciągnie się kolej do Pekinu i Szanghaju.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.