Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dającymi się w milczeniu wodzowi i jego gościom. Teraz wszyscy nagle zaczęli mówić, pytać, krzyczeć, śmiać się i wymachiwać rękami.
— Yrry! Yrry! — mruczał do brata Romek, figlarnie mrużąc oczy.
Henryk nic nie odpowiedział.
Szukał oczami Zyndy; odnalazłszy go w tłumie, wyprowadził nadwór i jął wypytywać o białych, porwanych przez Ordosów.
Zyndy bardzo szczegółowo opisał ludzi, wyrwanych ze zbrodniczych rąk bandytów stepowych.
Henryk był już prawdę pewny, że Zyndy stał się wybawcą jego ojca i pilota Rouviera.
Postanowił jednak tymczasem ukryć to przed rodzeństwem, aby nie obudzić przedwczesnej nadziei.
Tegoż wieczora prosił Czultuna, aby posłał zaufanego człowieka do Kałganu z telegramem do pomocnika ojca w Tientsinie i do księdza polskiego w Szanghaju.
— Niech goniec weźmie potrzebną ilość „dżeń-szeniu“, sprzeda i za otrzymane pieniądze wyśle depeszę! — mówił Henryk.
— Nie! — zaprzeczył Czultun. — Dam kilka dolarów chińskich memu ułaczynowi. On załatwi wszystko dobrze, bo to człowiek pewny.