Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niektóre czepiały się ogonów dżegetajów; inne usiłowały porwać jeźdźców za nogi.
Czultun gwizdnął i wydał chrapliwy okrzyk:
— Yrry!
Psy stuliły ogony i w popłochu zmykały, skowycząc, jakby bite.
Mongoł uśmiechnął się i rzekł:
— Nasze psy są złe i nieraz się zdarzało, że ściągały nieznajomego jeźdźca z siodła i rozszarpywały go. Wychowujemy tak psy, aby dobrze broniły naszych stad przed wilkami i alarami.
— Jakże odbywa się takie eleganckie wychowanie? — ze śmiechem zapytał Romek.
— Nigdy nie karmimy naszych psów — objaśnił. — Zmuszane są same wyszukiwać i zdobywać pożywienie... Polują na dżerenie, salgi, wilki, świstaki, zające.
Umilkł na chwilę i dodał:
— W stepie znajdują też inne pożywienie... Są to nasi zmarli, których pozostawiamy na ziemi, daleko od koczowiska. Psy i dzikie zwierzęta pożerają nieboszczyków... W zimie psy są bardziej złe, bo głód im częściej dokucza... Czasami nawet rozszarpią jakąś samotną owcę, a nawet byka...
— A co znaczy słowo „yrry“, którem odpędziłeś psy, Czultunie? — zapytał Henryk.