Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mongoł wzruszył ramionami i odparł:
— Nic nie znaczy... Psy boją się tego okrzyku.
Tymczasem jeźdźców spostrzeżono z obozu i kilkunastu Czacharów co koń wyskoczy mknęło ku nim.
Zdaleka już poznali Czultuna i wykrzykiwali radosne pozdrowienia. Przypadli nareszcie na chrapiących, zdyszanych rumakach, zeskoczyli na ziemię i zaczęli czołami dotykać strzemienia swego wodza.
— Sajn! Sajn! — powtarzał wzruszony Czultun, a Czacharzy wciąż dotykali głowami jego strzemion i stóp, kłaniali się, przyklękając, głośno cmokali sinemi wargami i mruczeli:
— Sajn Czultun! Noin Czultun!
Ceremonja powitania zaczynała się na nowo, aż Romek trącił Henryka w udo i szepnął:
— Może krzyknąć im „yrry“?
Henryk uśmiechnął się i potrząsnął głową.
Z koczowiska od jurt, rozrzuconych na dużej przestrzeni, ze wszystkich stron zbiegały się kobiety i dzieci; od pasących się w oddaleniu stad i tabunów mknęli pojedynczy jeźdźcy.
Rozległy się nowe okrzyki powitalne, gdy wtem tłum się rozstąpił i przed Czultunem stanęła młoda Mongołka.