Strona:A. F. Ossendowski - Mali zwycięzcy.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nym ze wzruszenia głosem Zyndy. — Szukaliśmy ciebie długo. Znaleźliśmy ślady twego konia za Byłagiem.. Dalej trop się urywał... Niedaleko przecinały step ślady pięciu koni... Obawiałem się, że porwali ciebie ludzie Sajn-Noin-Chana lub Ordosi[1] z nad Żółtej rzeki... Goniliśmy trzy dni, lecz ślady zamiotła wichura, niosąca piasek z Szamo...
— Co nowego w Cagan-Czułutaju? — przerwał mu Czultun.
— Są ważne nowiny... — zaczął brat. — Po twojem zniknięciu trzydzieści razy słońce weszło i zapadło za Szamo, gdy nasi jeźdźcy donieśli mi, że Ordosi omijają nasze pastwiska i prowadzą zdobycz...
— Ordosi? — spytał wódz, marszcząc czoło.
— Tak... ci, którzy koczują pomiędzy Żółtą rzeką a Ała-Szaniem.
— Cóż zrobiliście z nimi? — pytał groźnie Czultun.
— Zabiegliśmy im drogę... W mroku umknęli nam...
— Umknęli! — zawołał Czachar, zaciskając pięści. — Umknęli „chara-czutchur?!“[2]

— Umknęli... — powtórzył strapiony Zyndy. —

  1. Mongolski szczep.
  2. Czarne djabły.