Mój przyjaciel Sań Fu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Mój przyjaciel Sań Fu
Data wydania 1932
Wydawnictwo „Dziennik Wileński”
Druk Drukarnia A. Zwierzyńskiego
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JÓZEF BIRKENMAJER
Mój przyjaciel
Sań-Fu
OPOWIEŚĆ.
Odbitka z „DZIENNIKA WILEŃSKIEGO“.





—— Drukarnia ——
A. Zwierzyńskiego
Wilno, Mostowa. 1.




— Hao-man-da! (dzień dobry). Jak się miewasz, stary przyjacielu?
Chińszczyzna moja była kiepska, ale powitanie szczere.
— Szango! (dobrze) kapitana! — odparł mi gardłowy głos i z za lady wytrysnęła niewidoczna dotąd twarz właściciela sklepu, kształtem i barwą przypominająca dojrzewający pomidor. Po chwili zaś wysunęła się ku mnie bronzowa dłoń, wydobywająca się z szerokiego, granatowego rękawa. Potrząsnąłem serdecznie tą dłonią. Gospodarza to niezwykle wzruszyło, zwłaszcza, że w uścisku tym przygniotłem mu wskazujący palec, który sobie niedawno oparzył przy gotowaniu herbaty i miał obwiązany, co utrudniało mu pisanie rachunków i zawijanie pakunków sklepowych. Stoicki jednak wyznawca Konfutsego nie pokazał po sobie, że go to zabolało, i był jak zawsze wyszukany w grzecznościach dla mnie.
— Kapitana jadł dziś ryż?
Kapitanem jest w ustach Chińczyka każdy Europejczyk, chociażby nigdy wojskowo nie służył, zaś powyższa formuła zapytania rozpoczyna każdą rozmowę salonową i jest taką oznaką dobrego tonu, jak u nas np. konstatowanie stanu pogody. Wiedziałem o tem dobrze, a nie chcąc się w oczach poczciwego Sań-fu wydawać gburem, pośpieszyłem z równie uprzejmą odpowiedzią:
— Biały chodzia (przyjaciel) wielkiego tao-taja (mandaryna) Sań-fu nie jest godzien posilać się perłową strawą synów Państwa Niebieskiego — przeto jadł dziś barszcz i pieczeń wieprzową.
Wnosząc ze słów mych widocznie, że biały gość nie mógł się należycie najeść, a pomny przytem słów Konfucjusza, że „w pełnym żołądku dobra myśl sobie lubuje“, zaprosił mnie mój cytrynowy przyjaciel do drugiego pokoju.
— Tam kapitana i „moja“ mało-mało przekąsimy — zawyrokował.
Na nic się nie zdały moje protesty, uzasadnione (ma się rozumieć, tylko w myślach, których głośno nie wypowiadałem) wspomnieniem opowiadań o różnych przysmakach, jakie Chińczycy mają zwyczaj spożywać; właśnie majaczyła mi przed oczyma widziana niegdyś w Troickosawsku scena obdzierania ze skóry psa celem przyrządzenia zeń uczty... Gospodarz jednak tak usilnie prosił, składając ręce na piersi i nisko schylając świecącą plechę, której warkocz aż o trzewiki moje uderzał — że opierać się dłużej byłoby niepodobieństwem. Bałem się obrazić kochanego Sań-fu i jego bóstwa domowe, groźnie i z uśmiechem naprzemian spoglądające. Wszedłem zatem do prywatnych apartamentów kupca i nie pożałowałem tego bynajmniej. O ile bowiem sklep był sobie — ot zwykłym kramem o przeciętnym typie wszystkich jemu podobnych kramów, nietylko w Azji, ale i w Europie, na pół tandeciarskim, na pół spożywczym — o tyle mieszkanie samo było już stylowo-chińskie i stosownie do tego gustu z pewnym nawet komfortem urządzone. Przechodziłem zwolna z izby do izby, odchylając czesunczowe kotary w drzwiach, i choć niewielką uszedłem przestrzeń, zdało mi się, żem się już zabłąkał w tym dziwnym splocie barw, świateł i cieni. Okna zasłonięte były pnączami roślin pokojowych, przez których listowie z trudem przedzierał się rubinowy blask zachodzącego słońca, rozjaśniając tylko bliższą część mieszkania wycieniowanemi refleksami i ożywiając niby ruchomem tęczowaniem wymalowane na tapetach irysy.
Druga połowa mieszkania, mrokiem wypełniona, fosforyzowała tylko złotą twarzą Buddy, którego roztropne — niewiadomo, łaskawe czy złośliwe — rysy drgały, kurczyły się i prężyły jak żywe, w odbłysku i dymie dwóch małych trociczek kadzielnych, włożonych mu niby świeczki do rąk obu. Stanąłem przed tym posągiem mędrca, jak odrętwiały, jego skośne oczy zdawały się mrugać na mnie i hipnotyzowały mnie tem mruganiem. Oczekiwałem, rychłoli do mnie zagada.
I byłbym może jak od Meduzy wejrzenia w głaz się przemienił, gdyby nie wejście przyjaciela Sań-fu, który, zaryglowawszy starannie drzwi, wiodące z ulicy do sklepu, przyczłapał za mną do swego sanctuarium. Obecność jego rozproszyła czar, który do reszty się rozwiał po zaświeceniu kilku pstrokatych lampjonów. Przy ich świetle zobaczyłem jeszcze inne bałwanki, o których mi dawniej mój grubas opowiadał; teraz jednak po raz pierwszy dostąpiłem zaszczytu, że zostały mi osobiście przedstawione. Z europejskiego przyzwyczajenia przy każdem przedstawieniu składałem szarmancki ukłon, co Chińczyk wziął zapewne za dowód głębokiej czci religijnej, bo poznałem z jego miny, że od tej chwili począł mnie więcej kochać i szanować. To też, po dokonaniu przeglądu złotych potworków, podsunął mi wygodne bambusowe krzesło, i dotykając niemal czołem podłogi oraz wznosząc warkocz w górę lewą ręką, prosił mnie, bym usiadł. Usiadłem, Sań-fu zaś klasnął w dłonie i coś krzyknął.
W jednej chwili, jakby z pod ziemi, wyrósł przede mną mały chłopak chiński z twarzą, jak rajskie jabłuszko na szypułce, ze swym warkoczykiem w przedłużeniu głowy i rumieńcami na śniadych policzkach. Dwa czarne łuki skośnych oczodołów wydłużyły mu się w dwie strony, przez co płaski nosek jeszcze bardziej się spłaszczył, iż wyglądał, jak spadły z drzewa liść zatrzymany na słomianym chochole. Był to zapewno chiński znak zapytania, ale u nas poczytaćby to można było za uśmiech, gdyż naogół Chińczycy przy silniejszych wzruszeniach wyglądają jakby się śmiali. O ile nie zrozumiałem tej mimicznej sceny, tem mniej zrozumieć mogłem, co tam gadali pomiędzy sobą gospodarz z pacholęciem, gdyż słowa, podobne do gulgotania indyka, wychodziły tak szybko z ich ust — wszystko wśród urozmaiconej gestykulacji — iż nawet poszczególnych brzmień nie mogłem uchwycić, conajwyżej jakieś „ljanga“, co jak wiedziałem, w żargonie północnochińskim oznacza liczbę 2, a że przytem Sań-fu pokazywał na mnie i na siebie, doszedłem do wniosku, że będzie nas dwóch tylko przy uczcie. Ucieszyło to mnie z dwóch przyczyn: że rozmowa będzie toczona wyłącznie w zrozumiałym dla mnie języku rosyjskim i że nie będę gorszył oczu porządnie wychowywanych współbiesiadników nieumiejętnością przyzwoitego jedzenia à la maniére chinoise.
— Hao! (Dobrze!) — krzyknął mały Chińczyk i wybiegł; za chwilę wrócił, niosąc tacę, na której widniały miseczki z galaretowatemi potrawami i pałeczki do jedzenia. Widząc mą bezradność wobec tego instrumentu, pofatygował się sam gospodarz do sklepu po drewnianą rosyjską łyżkę, z czego korzystając w jego niebytności przesunąłem większą część mych porcyj na jego miseczki — ponieważ i nadal do tych potraw nie żywiłem zbytniego zaufania. Nie zauważył tego po powrocie — jemu to wszystko bowiem zapewne smakowało, a zresztą rozpoczęliśmy ożywioną gawędę, do której mój język nabrał największej ochoty przy czarce wonnej, złotawej herbaty.
— Biały przyjaciel wspaniałego a sędziwego Sań-fu ostatni raz ma dziś szczęście nawiedzać jego lśniące od diamentów progi — (myślałem w tej chwili o rynsztoku i błocie przed schodkami, wiodącemi do sklepu); — jutro już wyjeżdżam do Irkucka.
Popatrzył na mnie niedowierzająco, snać myśląc, że żartuję.
— Kapitana raz pojedzie i raz powróci — odrzekł. — Czarne smoki białych ludzi, które piją wodę i jedzą kamienie, a w nocy czerwonemi patrzą ślepiami, wracają tu ciągle: „moja“ też do Charbina jeździł i wrócił — a Charbin daleko, szip-go (bardzo) daleko!
— Nie! nie wrócę... kto wie, czy wrócę... Tu nie mój dom, nie rodzina, mój złoty przyjacielu.
„Złoty“, a raczej bronzowy mój przyjaciel wybałuszył oczy, na ile mu tylko pozwala wąska szczelina jego powiek.
— Kapitan nie stąd, nie z Irkucka? nie ruski?
Potrząsnąłem przecząco głową.
— Nie ruski? a kto? Inglisz? Francuz? a może Dżepenga (Japończyk)? — popatrzył mi podejrzliwie w oczy.
— Nie chodzia, nie zgadniesz... Imię ojczyzny mojej nie jest zapisane w waszych świętych księgach, a długo nie wolno było go wymieniać tutejszym mieszkańcom. Ona daleko, daleko, dalej niż Charbin, ale w przeciwnej świata stronie — tam, gdzie to słońce dopiero się skryło. Ty myślisz, że ono spać poszło — ale nie! Słońce teraz poszło do kraju mojego, tam innych ogrzewać, innym przyświecać przy pracy i dzień piękny przynosić tym, co są smutni, co cierpią... A takich jest dużo w moim kraju.
Nie wiem, czy wyznawca Konfutsego znał system heliocentryczny — ale w słowa moje wsłuchiwał się z tchem zapartym oraz z głębokiem zastanowieniem w swoich poczciwych zmarszczkach czoła. Snać inna teorja, zawarta w mych słowach, acz niedomówiona, tak go zajęła; o innym snać biegu myślał, niż wszystkie ekliptyki: — o niezbadanym biegu doli ludzkiej...
— Kapitana tam odjeżdża?... do kraju swojego?... słońce gonić? — zapytał.
— Nie, przyjacielu Sań-fu! Nie dogonić mi słońca, nie uzyskać szczęścia... Bez kraju jestem, wygnaniec. Jutro, pojutrze i potem, tak aż dokońca życia podobno — jak ten obłok, co po niebie lata i błękit jego tylko kazi — bez celu, bez pożytku się włóczę, czasem komuś i słońce szczęście zasłania... I kiedyś, jak ten obłok, w ziemię wpadnę i wsiąknę w jej łono — i słońce znów przyjdzie, wysuszy wszelką pamięć o mnie.
Słuchał, słuchał w zadumaniu stary chodzia, nie zważając nawet, że mu herbata zupełnie wystygła. Reasumując sobie coś w myśli, to rozpinał, to zapinał srebrne guziki granatowego chałata, tak jak rachmistrz przesuwa w tę lub drugą stronę gałki liczydła. Wyglądało to, jakby sprawdzał — może na równaniu z własnych wrażeń — dane owe, które mnie dotyczyły.
— A wiele to deszczów spadło na pola gaolanu od czasu, gdy kapitana „stamtąd“ na obłoku wyjechał? — zagadnął wreszcie, dając dowód, że pojął w zupełności moje słowa. Oho! stary Chińczyk nie był znów tak naiwny, jakby kto mógł sądzić; widział on i płatowiec, na którym sobie jeden zamorski djabeł kark skręcił, a balony to jeszcze w dzieciństwie puszczał, kradnąc na ten cel po straganach łokciową bibułkę do machorki.
— O! już po kilkakroć żniwa odbywały się na tych polach, od czasu gdym ojczyznę porzucił — odparłem. Kiedym stamtąd odszedł, byłem mało co większy... może nie, ale za to mało co starszy od tego chłopaka, co nam usługuje.
Chłopak, myśląc, że go wołam, podbiegł z nową czarką herbaty.
— Hm! Hm! — zadumał się znów Sań-fu. — To w waszym kraju, kapitana, też ludzie mają takie domki małe, jak szpaki i tak zawieszone nad wodą?
— Są i tacy... są ludzie biedni i nieszczęśliwi — ale i szczęśliwych znaleźć można. Są i bogaci.
— Aha! rozumiem — jak u nas był Jań-czen w Huo-liań-szy! „Szip-go“ bogaty człowiek! Miał pola czarne i tłuste i ryż mu obradzał... Nam zaś wszystko woda spłukała... Później myśmy od niego ziarna na zasiew pożyczyli — i nie było z czego oddać... A on nam wszystko za to zabrał — chunchuz (rozbójnik) — i do roboty u siebie zapędził... I biczem smagał... a wymyślał... pomstował... css-ha!
Spokojna zazwyczaj twarz przyjaciela Sań-fu nabrzmiała i wykrzywiła się gniewem. Wyglądał, jak tajfun w chwili rozpętania. Wyciągnął pięść przed siebie i potrząsł nią, jakby groził komuś niewidzialnemu...
— Chunchuz! Dom zabrał, krowę, pole zabrał... Szedłem do wielkorządcy Ko-szi. Odprawił mnie z niczem, Czenowi słuszność przyznał!... Niema sprawiedliwości! w całej prowincji Jen-dou sprawiedliwości niema ani za pół kasz (drobna chińska moneta). Oni wszyscy źli! jak Jań-czen! Kapitana! czyś ty miał kiedy żonę... kobietę?
Na pierwsze odpowiedziałem przecząco, zgodnie z prawdą; co do drugiego się zawahałem, tak, iż wypadło coś ni w pięć ni w dziewięć.
— Pewno to siostra twoja z tobą do mojego sklepu przychodziła, kapitana? Jeżeliś żony nie miał, to nie miałeś jeszcze kobiety. A ja miałem... Była tak drobna, jak ta madamka, co z tobą tu była... i czarne takie włosy miała... i oczy też czarne, tylko nie takie, jakie mają wasze kobiety, szerokie i otwarte, ale jak te kosaśce, na kiachteńskiej rosnące drodze: wąsko ścieśnione, obramowane brwią ciemną, szeroką — i od tła śniadych lic, niby od piasków pustyni Sza-mo, odbijające...
Stary mój, poczciwy przyjacielu Sań-fu! tyś był niegdyś młody!...
— Czy w twoim kraju zachodzącego słońca, kapitana, kobiety jak u nas, służebnicami rozkoszy swych mężów? Czy są tak wierne, jak u nas, czy są tak we wszystkiem uległe woli pana domu?... Kapitana jeszcze nie miał kobiety, nie... I ci biali ludzie, którzy są tutaj, też kobiet nie mają — to kobiety ich mają, żony mają mężów, nie mężowie żony. Kobiety nie klękają przed mężczyzną, nie zaspakajają jego pragnień — ale wy słabi przed niemi klękacie, usługujecie im, spełniacie ich zachcianki. Dlatego wam nie żal tej niewoli, dlatego kobiety tak łatwo zdradzacie, by się pozbyć ich ciężaru i one was zdradzają, bo im pozwalacie robić, co chcą. Nie! u was kobieta nie jest szczęściem domu, nie jest ozdobą, nie jest pożytkiem!
Nie sprzeczałem się ze starym Chińczykiem, choć nie powiem, bym całkowicie podzielał jego zdanie. Wolnoć Tomku w swoim domku — a zresztą tego wieczora miałem myśl zanadto starganą i do dysput niezdolną. Pozatem ferwor rozmówcy nie pozwalał mi wtrącić ani słowa — wolałem słuchać, bo zaciekawiły mnie losy Sań-fu.
— Ona była kwiatem mego domu... — snuł on rzewnie swą opowieść. — Była dobra, bardzo dobra — ło-cho-za hao-tik! (kobieta doskonała). Patrz! dziś Sań-fu ma pod chałatem brudną koszulę, niema komu jej wyprać! i chodaki moje drą się — jak ona je wspaniale umiała zaszywać! Herbatę zawsze najlepszą przyrządziła, zda się, jakby od jej rąk wonny kwiat w dwójnasób zapachu nabierał. Zaś wieczorem po wieczerzy dnia każdego, zanim udaliśmy się na spoczynek, siadaliśmy koło komina, który płonął tak ładnie, iż sam Budda — nie ten złoty był jeszcze, ale inny gliniany — uśmiechał się do jego blasków. Ona brała wówczas w miękkie swe dłonie głowę moją, na łonie swem liljowem ją kładła, rozplatała warkocz mój — i szukała w nim pcheł...
Poskrobał się biedak w podgoloną łepetę, jakby go tam swędziało owo skojarzenie wyobrażeń.
— Jedyna ona była — okiem była w mej głowie. Widzisz, ten chłopak, to po niej — jego mi nie odebrali — ale ją... ją! O niesprawiedliwy Ko-szi! — Cssha!
Mruknął jeszcze parę przekleństw, któremi jednak nie obrażę niczyjego słuchu, poprostu dlatego, że powtórzyć ich, a tem mniej przetłumaczyć, nie potrafię.
— Słuchaj kapitana, czy i u was są takie prawa? Koszi rzekł: Wszystko, co jest w domu Sań-fu, ma być oddane Czenowi za te pieniądze, które Sań-fu winien. Przyniósł mi Czen z urzędu taką kartkę — patrz — jeszcze mam ją u siebie...
Wydobył z zanadrza świstek, od góry do dołu zakreślony zygzakami...
— Widzisz, tu podpisane. „Ko-szi wielkorządca Jendou“. Przysłał Ko-szi kilku żołnierzy z kijami bambusowemi — musiałem posłuchać. Czen dom mój zagarnął — i wiesz, wiesz? ona była też w domu... ona też była w domu, a Ko-szi orzekł, że Czen ma prawo brać wszystko, co jest w moim domu... I to za dwadzieścia sapeków, które jemu byłem winien! Krzyczałem, że to niesprawiedliwość... że gdy Lu-da pojąłem za żonę, zapłaciłem jej ojcu czterdzieści sapeków, więc nie ma prawa jej odbierać. Nie pomogło... Sądowi trzeba było płacić, a ja nie miałem ani kasza przy sobie!
Złapał się za warkocz stary, nieszczęśliwy Sań-fu i jęczał... Naraz wyjął coś z zanadrza i cisnął o ziemię. Rozsypały się po całym pokoju srebrne „griwieniki“, a nawet ruble i taele — zabrzęczały i wespół z drugą garścią miedzianych już pieniędzy potoczyły się po podłodze, gdzieś po kątach dotracając energję z jaką zostały rzucone. Chłopak ukląkł na podłodze i począł je gorliwie zbierać...
— Csss-ha! tsss-ha! — syczał Sań-fu, wyrzucając przed siebie odgiętą dłoń, jakby kogoś odpychał. Przedtem trzeba było, nie miałem ani kasza przy duszy! Teraz nie trzeba, mam mnogo pieniędzy! szip-go dienga!... Jego jednego tylko wtedy miałem... po niej! — wskazał na chłopca.
I widząc, że chłopak mozoli się nad zbieraniem rozsypanej monety, przyszedł mu z pomocą. Dziurkowane sapeki nawlókł na łyko i uwiązał sobie pod brodą, jak korale, resztę zaś zwinął w szmatkę surowego jedwabiu, przeliczywszy wprzód dokładnie, choć z prędkością nadzwyczajną, widocznie w praktyce kupieckiej wyćwiczoną.
— On się wówczas kąpał w rzece Ho-liań — w domu go nie było, więc Czen go nie zabrał... Chciałem go wykształcić na kuglarza, by zarobić na życie. Nie dało się. Białe myszy potruł, pręty połamał mistrzowi, a sobie kości łamać i giąć nie pozwolił. I dobrze zrobił, bo taki ładny chłopak, zupełnie do niej podobny — do mojej Lu-da!
Przyznam się, że nie jestem znawcą w ocenianiu piękności rasy mongolskiej, a tem mniej podobieństwa Chińczyków. Dla mnie wszyscy Chińczycy są mniejwięcej do siebie podobni. Ale potakiwałem gospodarzowi, czem go sobie bardzo ująłem.
— Słysz, kapitana! Później zarobiłem „szipgo“ mnogo sapeków, dwa razy tyle, ile za Lu-da zapłaciłem... Myślałem, że ją odzyskam... Napisałem do niej list...
— Żeby uciekała od Jań-czenia? — wyrwało mi się.
Spojrzał na mnie zgorszony.
— U nas kobieta nie może z domu uciekać, nie wolno... Zakazał Kon-fu-tse... „Moja“ tego nie mógł napisać... Za to jest kara. Dlatego u nas każda ło-cho-za ma od dzieciństwa ściśniętą stopę, żeby z domu wychodzić nie mogła, jak tylko wtedy, gdy ją zamąż wydają... a i wtedy sama nie wychodzi, tylko z mężem.
— A przecie tyś był jej mężem.
— Ko-szi wydał inne prawo.
— Przecież nie mówiło to prawo, że nie jesteś jej mężem!
— Ale też nie mówiło, że nim jestem. Trzeba było, żeby Ko-szi wydał takie prawo, że jestem mężem Lu-da. Ja sam nie chciałem stawać przed obliczem tego, który mnie skrzywdził, przeto napisałem dwa listy: jeden do Ko-szi, drugi do Lu-da, i posłałem przez tego chłopca.
Chłopcy jeszcze mają wstęp do mieszkania niewiast, a zresztą on był jej synem, tego prawa nawet Czen nie mógł zaprzeczyć.
Sań-fu spojrzał jeszcze tkliwiej na syna, który też długo wpatrywał się w ojca. Wyraz ich twarzy trudno było określić: po europejsku byłoby to zdziwienie, ale twarze Chińczyków były dla mnie takąż hieroglifiką, jak ich abecadło.
— Wrócił do mnie, zanim jeszcze dojrzały pola gaolanu, wrócił, ale list ten odniósł mi zpowrotem... i te sapeki... Matki już nie zastał przy życiu. Rzeka Huo-liań wezbrała była i zniosła chatę, a Lu-da zatonęła... Nie umiała przecież pływać — stopy miała takie maleńkie... A Czen i tak nie dbał o nią, bo miał dwór wielki i dachy na nim wgięte, spadziste, potrójne. Z ogromnych swoich włości płacił podatki — i łapówki dawał tao-tajowi Ko-szi, wielkorządcy Jen-dou... Im się tam zawsze dobrze powodzi, ale ja już tam nigdy nie powróciłem i nie widziałem już odtąd na oczy mojej rodzinnej wioski Huo-liań-szy. Tu już dziewięć lat mieszkam... Sapeki mam i ruble i dżepeńskie jeny — niemam tylko Lu-da! Sam jestem, sam z tym chłopcem... I ty pójdziesz ode mnie, biały chodzia, i też sam będziesz... choć ty nie miałeś Lu-da i choć wy, ludzie biali, nie wiecie, jakim skarbem jest kobieta...
— Ale za to wiem, mój kochany Sań-fu, że na świecie jest niejeden Jań-czen, niejeden Ko-szi. Gdyby nie tacy ludzie, to i mnieby tu nie było, daleko od mojej Huo-liańszy... Jest nasze życie w niejednym podobne, mój stary Sań-fu...
Złoty Budda rozdziawił jeszcze szerzej poczwarne wargi i śmiał się, śmiał — długo, ironicznie, złośliwie, aż zęby szczerzył w tym śmiechu... Śmiech jego nieznośny, przeciągły, rozlegał się po wszystkich zakątkach pokoju... wciskał się wszędzie jak pył, niemal swędził skórę... Urągał, naprzykrzał się, przedrzeźniał... Może to zresztą tylko świerszcz?...
Lampjony dogasały jeden po drugim, a przy rozchwiejnych, niespodzianych przebłyskach zdały się tańczyć i zapasy jakieś staczać owe smoki, namalowane na sprzętach i na powale... I one także, za przykładem Buddy, rozwierać poczęły szeroko szczęki... Ja też raz po raz pomimo woli otwierałem usta — nie pomnę, czy z podziwu, czy też z chętki do ziewania. Myśli moje stały się podobne tym lampjonom na powale — też takie pstrokate i chimeryczne, też do połowy zatopione w mroku... Zląkłem się, że już śnię, więc powstawszy, chciałem się pożegnać, by całkowitem chrapaniem nie grzeszyć przeciw powinnościom gościa.
Ale Sań-fu żachnął się:
— Kapitana nie pajdiosz. U nas dzisiaj nowy rok się rozpocznie o północy. W taki dzień gościa się z domu nie wypuszcza, w taki dzień się nie jeździ, bo nieszczęście spotka.
Nowy rok! przecież jesień dopiero niedawno się rozpoczęła! Ale u tych Chińczyków wszystko bywa naopak: kiedy u nas w Europie noc, u nich dzień, więc też nic dziwnego, że i rok zaczyna się o innej porze! Musi też mieć zdrowie, kto tam czyta kalendarze! Bądź-co-bądź, istotnie był to początek roku chińskiego. Na „Mandżurce“, przy ul. Średnie-amurskiej i na kilku innych ulicach, zamieszkałych przez Chińczyków, widziałem od rana wywieszone lampjony, gdzieniegdzie nawet wielobarwne, pasiaste flagi.
Zniewolony byłem nocować u Chińczyka. Nim ów jednak zdołał przygotować mi legowisko, rozległa się jakaś rytmiczna, a mimo to niezbyt melodyjna wrzawa za oknami — zdaje się, że pochodziła z sąsiedniego domu, gdzie mieszkali również Chińczycy. Wyróżniłem brzękadła, nieokreśloną muzykę i śpiewy.
— Nowy rok — dziesiąty! — powiedział półgłosem Sań-fu do mnie, bo chłopiec już spał.
Za oknami, gdzieś w głębi podwórza, rozbłysły lampjony. W takt żałośliwej piszczałki rozbrzmiewał nosowy śpiew z chrapliwemi akcentami, do bulgotania wody podobnemi. Zaszczekał na nie pies odźwierny, ze snu przebudzony, i łańcuchem zaszczękał. A tam jakiś dziwny rozpoczął się taniec, polegający na przegibach tułowia z rękoma wzniesionemi świecznikowato w górę. Widziałem już dobrze za oknami te śniade twarze, jeszcze dziś więcej wytrzeszczone i pomarszczone. Snać byli w nastroju namaszczonym, pełni przejęcia się ważnością chwili, momentem narodzin złotego smoka, Pana Nowego Czasu... Byli sami mężczyźni, bo kobiet z sobą nie biorą do Syberji wędrujący za zarobkiem Chińczycy.
— Im w Kitaju lepiej: wszak i kwiaty więdną, gdy je od ziemi oderwiesz. One są skarbem domu naszego — niech w domu pozostają, jako skarb ukryte. A powróciwszy, widzisz: ona ci wierną pozostała — i masz radość z tego. A wargi jej słodkie i pachnące, jak marmelada z marchewki, i piersi jej, do pąków lilji wodnych podobne, nową darzą cię rozkoszą, a jeszcze milszemi ci się wydadzą, gdy do domu znużony z podróży wracasz i placuszki man-hou zajadasz, herbatą popijając.
Tak mi opowiadał Sań-fu, któremu również zawdzięczam zrozumienie pieśni owej, przez taneczników śpiewanej:

Dzień — już — ten
Znój — kończy — nasz!
Już odchodzi w przeszłość — doba — zła!
Wiele — jen,

Wiele — kasz
Nowej — zorzy — wzejście — niech nam da!

Zagłuszyły pieśń brzękadła — przez chwilę tłumiła się w nich ta dziwna, szczebiotliwa mowa, głoski „r“ nie posiadająca, ale za chwilę znów było słychać powolne słowa pieśni:

Nasz — Młody — Pan,
Plemię — smocze,
Dziś — się — zlągł.
Pełno — zmian
Ziemi — śle
Rządów — jego — ciąg:
Lepsze — dnie!
Ho! — w tan!
Ho! — w pląsy — ochocze!

„Ochocze“ na swój sposób pląsy podniecane były coraz to większym zgiełkiem tam-tamów. Aż mi wnętrzności świdrowała ta przeraźliwa wrzawa. A Sań-fu z niezmąconą powagą tłumaczył mi dalsze słowa pieśni:

Ku — twej — czci
Palą — się — kadzidła,
Piękny — dniu!
Padł — bez — tchu
Do — nóg — ci
Przeszły — dzień,
Żmija — ta — przebrzydła,
Co — nam — kły!
Wpijała — do — łon,
Ta — posępna — pleśń, co — już
Wpełzła — w tajnik — naszych — dusz,

Sącząc — weń
Smęt — i — łzy...

Zakwiliły piszczałki jakby dziewczęcym głosem, niby rozstania żałością. A przecież żegnano pełen zgryzot rok stary, witano nowy, tyle nadziei rokujący:

Ku — twej — czci
Palą — się — kadzidła,
Piękny — dniu!
Już — nam — tu
Blask — twój — lśni,
Niby — ksiąg
Cudnych — malowidła...
Niby — baśń,
Dajesz — jaśń
Szczęsnym — dniom,
Jako — lica naszych — żon,
Piękne — niczem — lilij — pąk,
Zdobią — dom.

Nastrój tej ptasiej zwrotki, pół-dziecięcego paplania, przerwały znów tenorowe głosy ligawek i brzęk bębenków mosiężnych, które warczały tak głośno, jakby chciały wynagrodzić brak wszystkich „r“ w pieśni. Trrr! trrr! trrr! I znów wyłonił się refren:

Jak — zły — sen
Znój — się — skończył — nasz,
Jako — mgła...
Pluń — mu — w twarz!
Wiele — jen,
Wiele — kasz
Zorzy — nowej — wzejście — niech nam da!

Usnąłem, ukołysany monotonją dźwięków, a może i temi marzeniami — o szczęśliwszem jutrze. W parę godzin później znów się obudziłem: było ciemno i cicho, tylko Sań-fu niekiedy zachrapał przez sen, a z dworu czasem doniósł się płacz wichru jesiennego. Nie mogłem już zasnąć: niewiadomo, czy przyczyną były wrażenia tej nocy, czy ten zezujący na mnie z mroku Budda, czy też ukąszenia pcheł...

Nie spałem i myślałem, jaką to też nieocenioną kobietą musiała być Lu-da.
Urocza, kochana, wierna Lu-da!...

—— — : - : — ——



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.