Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Snać inna teorja, zawarta w mych słowach, acz niedomówiona, tak go zajęła; o innym snać biegu myślał, niż wszystkie ekliptyki: — o niezbadanym biegu doli ludzkiej...
— Kapitana tam odjeżdża?... do kraju swojego?... słońce gonić? — zapytał.
— Nie, przyjacielu Sań-fu! Nie dogonić mi słońca, nie uzyskać szczęścia... Bez kraju jestem, wygnaniec. Jutro, pojutrze i potem, tak aż dokońca życia podobno — jak ten obłok, co po niebie lata i błękit jego tylko kazi — bez celu, bez pożytku się włóczę, czasem komuś i słońce szczęście zasłania... I kiedyś, jak ten obłok, w ziemię wpadnę i wsiąknę w jej łono — i słońce znów przyjdzie, wysuszy wszelką pamięć o mnie.
Słuchał, słuchał w zadumaniu stary chodzia, nie zważając nawet, że mu herbata zupełnie wystygła. Reasumując sobie coś w myśli, to rozpinał, to zapinał srebrne guziki granatowego chałata, tak jak rachmistrz przesuwa w tę lub drugą stronę gałki liczydła. Wyglądało to, jakby sprawdzał — może na równaniu z własnych wrażeń — dane owe, które mnie dotyczyły.
— A wiele to deszczów spadło na pola gaolanu od czasu, gdy kapitana „stamtąd“ na obłoku wyjechał? — zagadnął wreszcie, dając dowód, że pojął w zupełności moje słowa. Oho! stary Chińczyk nie był znów tak naiwny, jakby kto mógł sądzić; widział on i płatowiec, na którym sobie jeden zamorski djabeł kark skręcił, a balony to jeszcze w dzieciństwie

9