Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wiele — kasz
Nowej — zorzy — wzejście — niech nam da!

Zagłuszyły pieśń brzękadła — przez chwilę tłumiła się w nich ta dziwna, szczebiotliwa mowa, głoski „r“ nie posiadająca, ale za chwilę znów było słychać powolne słowa pieśni:

Nasz — Młody — Pan,
Plemię — smocze,
Dziś — się — zlągł.
Pełno — zmian
Ziemi — śle
Rządów — jego — ciąg:
Lepsze — dnie!
Ho! — w tan!
Ho! — w pląsy — ochocze!

„Ochocze“ na swój sposób pląsy podniecane były coraz to większym zgiełkiem tam-tamów. Aż mi wnętrzności świdrowała ta przeraźliwa wrzawa. A Sań-fu z niezmąconą powagą tłumaczył mi dalsze słowa pieśni:

Ku — twej — czci
Palą — się — kadzidła,
Piękny — dniu!
Padł — bez — tchu
Do — nóg — ci
Przeszły — dzień,
Żmija — ta — przebrzydła,
Co — nam — kły!
Wpijała — do — łon,
Ta — posępna — pleśń, co — już
Wpełzła — w tajnik — naszych — dusz,

19