Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Za oknami, gdzieś w głębi podwórza, rozbłysły lampjony. W takt żałośliwej piszczałki rozbrzmiewał nosowy śpiew z chrapliwemi akcentami, do bulgotania wody podobnemi. Zaszczekał na nie pies odźwierny, ze snu przebudzony, i łańcuchem zaszczękał. A tam jakiś dziwny rozpoczął się taniec, polegający na przegibach tułowia z rękoma wzniesionemi świecznikowato w górę. Widziałem już dobrze za oknami te śniade twarze, jeszcze dziś więcej wytrzeszczone i pomarszczone. Snać byli w nastroju namaszczonym, pełni przejęcia się ważnością chwili, momentem narodzin złotego smoka, Pana Nowego Czasu... Byli sami mężczyźni, bo kobiet z sobą nie biorą do Syberji wędrujący za zarobkiem Chińczycy.
— Im w Kitaju lepiej: wszak i kwiaty więdną, gdy je od ziemi oderwiesz. One są skarbem domu naszego — niech w domu pozostają, jako skarb ukryte. A powróciwszy, widzisz: ona ci wierną pozostała — i masz radość z tego. A wargi jej słodkie i pachnące, jak marmelada z marchewki, i piersi jej, do pąków lilji wodnych podobne, nową darzą cię rozkoszą, a jeszcze milszemi ci się wydadzą, gdy do domu znużony z podróży wracasz i placuszki man-hou zajadasz, herbatą popijając.
Tak mi opowiadał Sań-fu, któremu również zawdzięczam zrozumienie pieśni owej, przez taneczników śpiewanej:

Dzień — już — ten
Znój — kończy — nasz!
Już odchodzi w przeszłość — doba — zła!
Wiele — jen,

18