Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sącząc — weń
Smęt — i — łzy...

Zakwiliły piszczałki jakby dziewczęcym głosem, niby rozstania żałością. A przecież żegnano pełen zgryzot rok stary, witano nowy, tyle nadziei rokujący:

Ku — twej — czci
Palą — się — kadzidła,
Piękny — dniu!
Już — nam — tu
Blask — twój — lśni,
Niby — ksiąg
Cudnych — malowidła...
Niby — baśń,
Dajesz — jaśń
Szczęsnym — dniom,
Jako — lica naszych — żon,
Piękne — niczem — lilij — pąk,
Zdobią — dom.

Nastrój tej ptasiej zwrotki, pół-dziecięcego paplania, przerwały znów tenorowe głosy ligawek i brzęk bębenków mosiężnych, które warczały tak głośno, jakby chciały wynagrodzić brak wszystkich „r“ w pieśni. Trrr! trrr! trrr! I znów wyłonił się refren:

Jak — zły — sen
Znój — się — skończył — nasz,
Jako — mgła...
Pluń — mu — w twarz!
Wiele — jen,
Wiele — kasz
Zorzy — nowej — wzejście — niech nam da!

20