Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


takie maleńkie... A Czen i tak nie dbał o nią, bo miał dwór wielki i dachy na nim wgięte, spadziste, potrójne. Z ogromnych swoich włości płacił podatki — i łapówki dawał tao-tajowi Ko-szi, wielkorządcy Jen-dou... Im się tam zawsze dobrze powodzi, ale ja już tam nigdy nie powróciłem i nie widziałem już odtąd na oczy mojej rodzinnej wioski Huo-liań-szy. Tu już dziewięć lat mieszkam... Sapeki mam i ruble i dżepeńskie jeny — niemam tylko Lu-da! Sam jestem, sam z tym chłopcem... I ty pójdziesz ode mnie, biały chodzia, i też sam będziesz... choć ty nie miałeś Lu-da i choć wy, ludzie biali, nie wiecie, jakim skarbem jest kobieta...
— Ale za to wiem, mój kochany Sań-fu, że na świecie jest niejeden Jań-czen, niejeden Ko-szi. Gdyby nie tacy ludzie, to i mnieby tu nie było, daleko od mojej Huo-liańszy... Jest nasze życie w niejednym podobne, mój stary Sań-fu...
Złoty Budda rozdziawił jeszcze szerzej poczwarne wargi i śmiał się, śmiał — długo, ironicznie, złośliwie, aż zęby szczerzył w tym śmiechu... Śmiech jego nieznośny, przeciągły, rozlegał się po wszystkich zakątkach pokoju... wciskał się wszędzie jak pył, niemal swędził skórę... Urągał, naprzykrzał się, przedrzeźniał... Może to zresztą tylko świerszcz?...
Lampjony dogasały jeden po drugim, a przy rozchwiejnych, niespodzianych przebłyskach zdały się tańczyć i zapasy jakieś staczać owe smoki, namalowane na sprzętach i na powale... I one także, za przykładem Buddy, rozwierać poczęły szeroko szczęki... Ja też raz po raz pomimo woli otwierałem usta —

16