Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak u nas np. konstatowanie stanu pogody. Wiedziałem o tem dobrze, a nie chcąc się w oczach poczciwego Sań-fu wydawać gburem, pośpieszyłem z równie uprzejmą odpowiedzią:
— Biały chodzia (przyjaciel) wielkiego tao-taja (mandaryna) Sań-fu nie jest godzien posilać się perłową strawą synów Państwa Niebieskiego — przeto jadł dziś barszcz i pieczeń wieprzową.
Wnosząc ze słów mych widocznie, że biały gość nie mógł się należycie najeść, a pomny przytem słów Konfucjusza, że „w pełnym żołądku dobra myśl sobie lubuje“, zaprosił mnie mój cytrynowy przyjaciel do drugiego pokoju.
— Tam kapitana i „moja“ mało-mało przekąsimy — zawyrokował.
Na nic się nie zdały moje protesty, uzasadnione (ma się rozumieć, tylko w myślach, których głośno nie wypowiadałem) wspomnieniem opowiadań o różnych przysmakach, jakie Chińczycy mają zwyczaj spożywać; właśnie majaczyła mi przed oczyma widziana niegdyś w Troickosawsku scena obdzierania ze skóry psa celem przyrządzenia zeń uczty... Gospodarz jednak tak usilnie prosił, składając ręce na piersi i nisko schylając świecącą plechę, której warkocz aż o trzewiki moje uderzał — że opierać się dłużej byłoby niepodobieństwem. Bałem się obrazić kochanego Sań-fu i jego bóstwa domowe, groźnie i z uśmiechem naprzemian spoglądające. Wszedłem zatem do prywatnych apartamentów kupca i nie pożałowałem tego bynajmniej. O ile bowiem sklep był sobie — ot zwykłym kramem o przecię-

4