Strona:Józef Birkenmajer - Mój przyjaciel Sań Fu.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kapitana raz pojedzie i raz powróci — odrzekł. — Czarne smoki białych ludzi, które piją wodę i jedzą kamienie, a w nocy czerwonemi patrzą ślepiami, wracają tu ciąglę: „moja“ też do Charbina jeździł i wrócił — a Charbin daleko, szip-go (bardzo) daleko!
— Nie! nie wrócę... kto wie, czy wrócę... Tu nie mój dom, nie rodzina, mój złoty przyjacielu.
„Złoty“, a raczej bronzowy mój przyjaciel wybałuszył oczy, na ile mu tylko pozwala wąska szczelina jego powiek.
— Kapitan nie stąd, nie z Irkucka? nie ruski?
Patrząsnąłem przecząco głową.
— Nie ruski? a kto? Inglisz? Francuz? a może Dżepenga (Japończyk)? — popatrzył mi podejrzliwie w oczy.
— Nie chodzia, nie zgadniesz... Imię ojczyzny mojej nie jest zapisane w waszych świętych księgach, a długo nie wolno było go wymieniać tutejszym mieszkańcom. Ona daleko, daleko, dalej niż Charbin, ale w przeciwnej świata stronie — tam, gdzie to słońce dopiero się skryło. Ty myślisz, że ono spać poszło — ale nie! Słońce teraz poszło do kraju mojego, tam innych ogrzewać, innym przyświecać przy pracy i dzień piękny przynosić tym, co są smutni, co cierpią... A takich jest dużo w moim kraju.
Nie wiem, czy wyznawca Konfutsego znał system heliocentryczny — ale w słowa moje wsłuchiwał się z tchem zapartym oraz z głębokiem zastanowieniem w swoich poczciwych zmarszczkach czoła.

8