Listy z podróży po Ameryce/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Listy z podróży po Ameryce
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza tom II
Wydanie trzecie
Data wydania 1884
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz S. Niemiera
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Całe Listy z podróży
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy z podróży jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe Listy z podróży jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Całe Listy z podróży jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
II.
Z Oceanu.

Pod wieczór dnia 23 siedliśmy na okręt Germanicus, który miał nas zawieźć do Ameryki. W poprzednim liście wspomniałem, że jestto jeden z najpotężniejszych parowców linii White Star, utrzymujący komunikacyą między Liverpool a New-Yorkiem. Fale morza Irlandzkiego zaledwie cokolwiek kołysały olbrzymim statkiem, tembardziéj że i pogoda była piękna. Po dwu lub trzygodzinnéj jeździe zciemniło się. Brzeg irlandzki, wzdłuż którego płynęliśmy na południe, coraz bardziéj osłaniał się mgłą i rozpływał w ciemnéj dali, nakoniec zmącił się zupełnie z morzem, niebem i nocą — i zniknął. Chwilami tylko połyskiwały czerwone i zielone światła latarni, które zdawały się palić w powietrzu; wreszcie i one pogrążyły się w ciemnościach, a na około bielały tylko zapienione szeregi grzbietów fal, idących jedna za drugą z nieskończoności.
Nazajutrz rano przybyliśmy do Queenstown, portu leżącego na samym południowym cyplu Irlandyi, zkąd już prosto na zachód mieliśmy się puścić do New-Yorku. Queenstown jestto ogromny port, a zarazem jak mnie zapewniali z dumą anglicy, niezdobyta forteca; chociaż sądzę, iż niezdobyta jest głównie dlatego, że nikt jéj nigdy nie zdobywał, a zatém i nie zdobył, na mocy czego nasz Ozorków również za niezdobytą warownię poczytywaćby można.
Ale jak pomiędzy naszemi miastami każde ma jakąś osobliwszą sławę, skutkiem któréj mieszkańcy ich mówią: „u nas, panie, w Płońsku,“ „u nas w Kozienicach,“ „lub u nas w Przytyku, to, panie, znajduje się to i owo“ — a mówią z taką dumą, jak gdyby: „chez nous à Paris“ — tak i Queenstown odznacza się tém, że stanowi wrota Oceanu. Tu kończy się morze Irlandzkie, a zaczyna się Atlantyk, i z tego powodu prawie wszystkie okręty idące z Anglii do Ameryki i odwrotnie, mają tu swój kilkogodzinny przystanek. Nasz okręt również zarzucił opodal od brzegu kotwicę, i potężnem gwizdaniem oznajmił miastu swoje przybycie. Mały parowiec przywiózł nam nowych pasażerów, a po największéj części emigrantów, którzy cisnęli się na pokład z żonami, z dziećmi, z pakunkami, z biédą i z nadzieją, że ową biédę utopią w morzu w czasie podróży. Rozpoczęło się wyładowywanie pakunków i towarów z małego statku na wielki, przyczem rzucano pakami i kuferkami tak, iż zdawało się, że będą gwałtu krzyczéć. Na małym parowcu znajdowało się także kilku przekupniów. Jakaś młoda dziewczyna, z ładnemi niebieskiemi oczyma i koszykiem pomarańcz w ręku, wykrzykiwała w niebogłosy pochwały swego towaru[1] odpowiadając jednocześnie na dowcipy, jakie jéj razem z[1] szylingami przesyłano z wysokości naszego statku, który przynajmniéj o trzy piętra przenosił przybyłego pigmejczyka. Był to widok bardzo ożywiony: majtkowie wypakowywując kufry krzyczeli i klęli, dziewczyna rzucała z dołu gradem swoje pomarańcze, nie pytając się czy ich kto chce czy nie chce, młodzi zaś dżentlemani rzucali jéj pieniądze, za któremi latała po całym pokładzie, śmiejąc się i tańcząc. Czasem ciskano jéj i skórki pomarańczowe, które chwytała z równie dobrym humorem i wesołością.
Wreszcie mały parowiec wysadził wszystkich swoich pasażerów i pakunki, poczém zabrał listy z naszego statku, wrzasnął wniebogłosy i odpłynął. Nie było podróżnego, któryby nie przesłał listu na ląd; kto bowiem puszcza się wiosenną porą na Ocean, nigdy nie może powiedziéć, czy będzie jeszcze oglądał tych których żegnał; każdy więc pragnie przesłać choćby jeszcze jedno małe: „addio“ „pamiętaj póki nie zapomnisz!“ lub „pisuj do mnie na Berdyczów!“ Wszystkie twarze były poważne i uroczyste, a kto nawet nie miał powagi i uroczystości w duszy, ten starał się ubrać w ich pozory. Ludzie lubią takie położenia, jakie w zwyczajném życiu widuje się tylko w operach. Zresztą, puszczając się na Ocean, każdy głupiec wydaje się samemu sobie poetycznym i co najmniéj Child-Haroldem, a zatém:

Bywaj mi zdrów, kraju kochany!

Istotnie, świsnęły wiatry, zaszumiały bałwany, zaświegotało morskie ptastwo; Germanicus podniósł kotwicę i po chwili chwiał się już na ogromnych falach Oceanu. Pasażerowie poczynają biegać po całym statku, zaglądać wszędzie, przypatrywać się każdéj jego śrubce; poczém upewniają się wzajemnie, że niémasz żadnego niebezpieczeństwa. Każdy mniéj więcéj w strachu, a wszędy słychać następujące rozmowy:
— Ależ to statek, daj go katu!
— Ho! panie: on bije wszystkie Cunary.
— Na téj linii nie było jeszcze żadnego wypadku.
— I pewno nie będzie: mamy przewyborną pogodę.
— Widziałeś pan sternika. Stary wilk? co?
— Mówią, że i nasz kapitan bardzo doświadczony marynarz. On podobno woził królowę.
Nieprawda, nikt nie mówił że nasz kapitan jest doświadczony marynarz i że woził królowę, ale zadający to pytanie jest w strachu, zadaje je więc dlatego, że ma nadzieję, iż mu kto na nie odpowie twierdząco. Zresztą pogoda istnie trwa, statek kołysze się niewiele, wszyscy więc nabierają zaufania, niektórzy nawet objawiają głośno, że gotowi są zrozumiéć wszystko, ale nie rozumieją obawy morza.
Kołysanie swoją drogą ma miejsce, tylko że statek jest tak wielki, że tego nie czuć. Stojąc jednak ku tyłowi okrętu, można doskonale dostrzedz, jak przód jego to zsuwa się po pochyłości wodnéj na dół, to znowu podnosi się ociężale do góry. Za statkiem leci kilkanaście mew, które raz wraz rzucają się na wodę, gdy z kuchni okrętowéj wyrzucą coś przez okno.
Około godziny pierwszéj po południu, w salonie jadalnym i po korytarzach, gdzie są kajuty, odzywa się barbarzyński głos gongu, czyli tam-tama, zwołujący pasażerów na lunch. Siadamy do stołu. Tu znowu rozpoczyna się dla mnie biéda z angielszczyzną. Nie rozumiem jadłospisu i nie wiem co sobie kazać dać jeść. Przychodzi stewart, czyli lokaj okrętowy. Jestto stara i wyschła jak wosk mumia, ubrana we frak i biały krawat. Mumia ta staje nademną, zamyka oczy, otwiera usta, pokazuje żółte zęby i zaczyna coś mówić, a raczéj skrzypić mechanicznie jak blaszana chorągiewka, którą porusza wiatr. Nie wiele myśląc, pokazuję jéj na karcie jakąś potrawę, której nazwa angielska podobała mi się więcéj od innych, z powodu swego brzmienia. Mumia odchodzi, następnie powraca i przynosi mi morele. Chciałem zupy, wszyscy jedzą zupę, ale cóż robić: zabieram się do moreli.
Po morelach nieubłagany los zsyła mi sér, po sérze pomidory, po pomidorach tartą bułkę. Zjadam to wszystko; na deser zaś dowiaduję się, że siedzący koło mnie podlotek umié po francuzku, i że mógł mi służyć za tłómacza w moich utrapieniach. Zamawiam więc sobie jego pomoc i łaskę na przyszłość, poczém lunch kończy się i wychodzimy na pokład.
Już wstając od obiadu uczułem że wiatr musiał się zwiększyć. Idąc wzdłuż stołów ku drzwiom tego ogromnego salonu, oświeconego przynajmniéj trzydziestu okrągłemi oknami, trzeba się było od czasu do czasu chwytać krzeseł, które przymocowane są do podłogi, albo mogą się obracać. Na pokładzie zastaję już liczne grono pasażerów, którzy przypatrują się sobie wzajemnie i próbują rozmawiać, oczywiście nie o czém inném jak o pogodzie, którato rozmowa na statku bynajmniéj nie jest tak czczą i błahą jak na lądzie.
Ale tymczasem statek zaczyna się coraz lepiéj kołysać. Po upływie półgodziny jedna z dam, która dotąd rozmawiała najweseléj, nagle wstaje, spogląda obłąkanemi oczyma na około, mówi przygnębionym głosem: „O Boże! Boże!“ poczém zbiega szybko po schodach na korytarz prowadzący do kajut. Za nią wkrótce podąża druga i trzecia, po nich mężczyzni; pokład staje się coraz pustszy; nakoniec na pobojowisku zostaje tylko kilka osób trwalszéj natury, między któremi liczę się ja, mój towarzysz, jakiś doktór z rudemi faworytami i młoda para amerykańska: mąż podobny do Otella, żona do anioła.
Zabieramy ze sobą znajomość. Na szczęście i doktor i młoda para umieją po francuzku. Oczywiście rozmawiamy tylko o morzu i przypadłościach żeglugi. Po niejakiéj chwili Otello pyta mnie:
— Pan dużo podróżował po morzu?
— Jadę pierwszy raz, ale dotąd nic mi nie jest. A pan?
— O! ja znam się z morzem, i moja żona także.
— Ależ zaczyna się kołysać nie na żarty.
— To mnie mało obchodzi — odpowiada Otello, po niejakiéj chwili zaś dodaje:
— Myślę jednak, że musiałem zjeść coś niezdrowego.
— Istotnie uważam, że pan pobladł.
— O! ale to przejdzie. Tu na pokładzie najlepiéj: ani myślę schodzić na dół.
— Noc będziem mieli piękną?
— Bardzo piękną: niezawodnie zjadłem coś niezdrowego.
— Świeże powietrze pana wyleczy.
— Jednakże...
Tu Otello składa tak niezbite dowody, że musiał zjeść coś niezdrowego, iż nie pozostaje mu nic, jak tylko zejść na dół i położyć się w łóżko. Na pokładzie zostaje nas troje. Poczynam jednak czuć zawrót głowy, ale zapalam cygaro, które przynosi mi ulgę. Doktór rozmawia z moim towarzyszem, ja z młodą lady. Uważam jednak, że zaczynam głupiéć, skutkiem czego rozmowa nie klei się, jakkolwiek młoda lady jest bardzo ładna. Tymczasem zaczyna ściemniać się: majtkowie ściągają wielki żagiel na przodzie okrętu i ciągnąc w kilkunastu linę, wołają żałosnym głosem: Ooo! ho!
— Pójdziemy zobaczyć — mówi do mnie młoda lady.
Idziemy tedy zobaczyć; ale w pół drogi, lady zatrzymuje się i spogląda na mnie tak szczególnym wzrokiem, że krew rzuca mi się do twarzy. W jéj oczach widać czułość i omdlenie, policzki jéj bledną i rumienią się, chce coś mówić, i jakby nie śmie, ale przewraca oczyma jak heroina na scenie. Boże wielki! co to się znaczy? myślę sobie...
Czyżby?... ale nie, to byłoby zbyt nagle, zbyt po amerykańsku. Jednakże!
— Panie... — szepcze słabnącym głosem młoda lady.
— Pani! dwie dusze jak nasze...
— Oh! oh! przerywa młoda dama.
— Dwie dusze jak nasze...
— Śliwek, śliwek jak najprędzéj!
Wiadro zimnéj wody, wylane na głowę, nie ostudziłoby mnie tak skutecznie, jak to jedno małe słowo: „śliwek!“ Jeszcze w Liverpool wdowa Clynton mówiła mi, że najdzielniejszém lekarstwem na chorobę morską są suszone śliwki. Więc to ten powód? Oby Ocean pochłonął wszystkie śliwki z obu półkuli ziemskich! Ja myślałem... Ale cóż robić? Biegnę tedy do stewarta po śliwki i po chwili wracam z pełnym talerzem: młodéj lady nie zastaję już jednak na pokładzie.
Tymczasem chiński tam-tam daje znać, że czas na obiad. Karmią nas wspaniale, ale do obiadu nie siada już ani pół tyle osób, co do południowego lunchu. Mojego podlotka niema także. Po prawej stronie ode mnie siedzi natomiast jakiś kapitan okrętowy, którego statek rozbił się na brzegach Anglii. Jest to człowiek dwa razy grubszy od zwykłego chrześcijanina; ale ta bryła łoju mówi nadzwyczaj cienko i je tyle, że połowa tego wystarczyłaby dla całej załogi okrętowej. Rzekłbyś: jest to waliza, służąca za skład żywności. Apetyt ten jedna mu szczególniejsze poważanie w oczach naszej starej mumii, która usługuje mu dwa razy staranniej, niż mnie.
Obiad trwa w milczeniu i kończy się w milczeniu, przerywanem tylko skrzypieniem filarów, podpierających sufit dining-roomu i służących zarazem za szafy do książek; czasem znów fala z łoskotem zalewa okna, to z prawej, to z lewej strony salonu. Wszystkie twarze są smutne i blade. Siedzący naprzeciwko kapitana jakiś dżentleman uderza szklanką o stół i mówi:
— Pomorek na taką pogodę!
— Pogoda jest piękna, — piszczy cienkim głosem waliza — ale w nocy lub jutro rano będzie burza.
Potem napełnia usta połową ogromnego homara, i twarz jej przybiera wyraz nieopisanego szczęścia.
Uważam, że na dole, w salonie, daleko mi się więcej w głowie kręci, niż na górnym pokładzie; uważam także, iż umysł mój z każdą godziną tępieje coraz bardziej; dlatego natychmiast po czarnej kawie wybiegam znowu na pokład. Ciemno jest już zupełnie. Silny wiatr łopocze w żagle, na całym okręcie słychać żałosne: »Ooo — ho!« majtków. Ocean zaś szumi złowrogo. Z mroku i z oddalenia dobywają się jakieś, jakby ogromne a smutne jęki i westchnienia. Fala za falą uderza ciężko o wysokie boki statku, który zdaje się stękać, ale płynie naprzód. Jest to widok wspaniały, choć złowrogi. Ta ciemność i nieskończona przestrzeń wodna ma w sobie coś mistycznego. Umysł przeraża się ogromem, który go otacza i wije w sobie; dusza odczuwa wrażenia, ale niemi nie włada. Chwilami zdaje mi się, że z ciemności ktoś zawołał na mnie po imieniu. Gubię wzrok w przestrzeni i próbuję myśleć i wspominać, ale nie klei się: własne moje myślątka wydają mi się rozproszone, błahe, zwietrzałe i tak marne, jak nigdy; na stosunki, którymi zajmowałem się jakby wielkiemi sprawami w rodzinnem mieście, mimowoli spoglądam niby przez odwrotny koniec lunety. Przychodzi wreszcie zapomnienie i utrata świadomości: zlewam się z otoczeniem i przestaję istnieć odrębnie. Dla zmęczonych ludzi ma to taki urok, jak bardzo głęboki sen, albo jeśli kto nawet woli: śmierć. Żałosne »Ooo — ho!« majtków rozlega się ciągle: ciągną tam znów jakieś liny, a w pomroku widzę czarne ich sylwetki, pochylające się i prostujące jednocześnie. Wielkie kominy zaczynają wyrzucać deszcz czerwonych i złotych iskier; na przednim maszcie wiszą latarnie, które to zniżają się, to podnoszą w takt ze statkiem. Wnętrze okrętu pełne jest światła. O godzinie dziesiątej schodzę na dół, ale po drodze wstępuję jeszcze do smoking-room’u, to jest do pokoju przeznaczonego dla palaczów. Kilkunastu dżentlemanów siedzi tu naokoło na kanapkach pod ścianami, z nogami pozakładanemi na stół i kapeluszami ponasuwanymi na tył głowy. Niektórzy grają w karty, inni spluwają nadzwyczaj celnie i daleko w ogromne fajansowe spluwaczki, których pełno stoi na podłodze. Atmosfera zadymiona, cały zaś pokój ma pozory knajpy niemieckiej, w której ludzie dla wygody zdejmują buty. Żal mi się zrobiło mojéj ciszy i samotności na pokładzie, ale wracać tam było już zbyt późno; dlatego zeszedłem do kajuty...
Kajuta nasza jestto mały pokoik, mający nie więcéj jak cztery łokcie kwadratowe przestrzeni, przy jednéj ścianie przymocowane są, jedno nad drugiém, dwa łóżka, a raczéj dwie głębokie szuflady z wysokiemi bokami, które nie pozwalają wypaść śpiącemu w czasie kołysania statku; przy drugiéj ścianie stoi czerwona aksamitna sofka, między sofką a łóżkiem umywalnia, i oto wszystko. Cała kabina schludna, wykwintna nawet, ale mała. Dama, któraby, jak mówi pan Dickens, w skutek skromności niewieściéj spodziewała się znaleźć w kajucie tylko dwie ogromne szafy na suknie, zawiodłaby się srodze. Zaledwo tu można się obrócić, a rozbierać się inaczéj niepodobna jak po kolei. Wiele osób, zwłaszcza pierwszéj nocy na morzu, nie rozbiera się wcale. Istotnie kładąc się spać, doznaje się dziwnego uczucia na myśl, że pod sobą ma się niezmierzoną głębię, naokoło nieprzebyte pustynie wodne; jest się na statku, który mimo swéj wielkości i mocy, jest tylko piłką rzucaną falami olbrzymiego Oceanu. Człowiek mimo woli sobie mówi: jeżeli możnaby postawić dziesięć za tém, że jutro się obudzę, przynajmniéj dziewięć możnaby trzymać za tém, że się jutro nie obudzę.
Cóż jednak robić? Jeżeli przypłynie góra lodowa, jeżeli kocioł pęknie, zdarzy się pożar na statku, tak samo zginę ubrany jak nieubrany. Tymczasem sen skleja powieki; głowa, w której fale wstrząsały mózg przez cały dzień, cięży, idzie się zatem spać rozumując: co jutro będzie, nie wiem; że mi się chce spać, wiem.
Noc jednak przeszła spokojnie, to jest bez żadnego nadzwyczajnego wypadku. Nazajutrz rano jednak, do brekfestu siadło znowu dwa razy mniéj osób, niż wczoraj do obiadu, a twarze były jeszcze więcéj pomartwione. Jedzono tylko śliwki i kaszę jaglaną z mlékiem. Statek się kołysał bardziéj niż wczoraj, a poważna twarz kapitana zdawała się mówić, że będzie raczéj gorzéj niż lepiéj.
Wyszedłem na pokład. Dzień był ponury, szary, wietrzny. Mewy rzucały się w powietrzu, fale zaś były rozigrane. Trudno się było utrzymać na nogach. Naokoło statku piętrzyły się takie bałwany, w jakich istnienie trudno uwierzyć. Zawsze uważałem za przesadę, gdy opowiadano mi dawniéj, że fale morskie dochodzą wielkości domów; teraz przekonałem się, że istotnie jest to przesada, ale in minus. Otaczały nas po prostu góry wodne. Chwilami zdaje ci się, że cały statek wraz z tobą znajduje się w bardzo głębokiéj dolinie, zamkniętéj górami, przewyższającemi o wiele, tak np. o dziesięć razy szczyty masztów. Nagle dolina zaczyna się zmniejszać z przerażającą szybkością, a góry lecą ze wszystkich stron na statek, rycząc jak wściekłe. Przymykasz oczy i mówisz sobie w duchu: jak się macie ryby! przysiągłbyś bowiem, że żadna siła ludzka nie wyrwie już statku z tego przeklętego lejka, na którego dnie zostanie pokryty warstwą wodną, grubą na kilkadziesiąt sążni. Po chwili jednak, cóż się stało? oto otwierasz znów oczy, i widzisz się teraz na wierzchołku góry, przed tobą zaś przepaść, do któréj zlatujesz po linii prawie prostopadłéj. W ten sposób jechaliśmy cały dzień.
— Czy to jest burza? — pytam jednego z majtków, umiałem bowiem ten frazes po angielsku.
— Nie, to nie burza, — odpowiada majtek — czas jest piękny.
Przekleństwo na twoje oczy! jeżeli to jest czas piękny, cóż wy tedy nazywacie burzą? On to nazywa czasem pięknym! Jeżeli nie utoniemy, to chyba dlatego, że ty i twoja załoga będziecie wisieć, co zaś ma wisieć, to nie utonie. Tymczasem fale zalewają nawet górny pokład, tak, że trzeba zejść na dół. Przy samych schodach spotykam doktora z rudemi faworytami, który pochyla się nademną i krzyczy, żeby przekrzyczeć szum morski:
Comment ça va monsieur!?
Jestem tak pognębiony, że nietylko nie odpowiadam doktorowi, ale nie mogę trafić do schodów. Nie choruję, ale czuję zawrót głowy i ogłupienie posunięte do tego stopnia, że gdyby to był stan normalny mego umysłu, mógłbym odznaczyć się nawet w kółkach ultra-konserwatywnych à tout prix. „Trzymałem się za coś, mówi w podobném położeniu pan Dickens; może to był komin od pieca, może majtek, ale może i krowa.“ Ja wiem, że nie mogłem trafić do schodów.
— Patrz pan — woła doktor — ja się niczego nie trzymam, ja mogę teraz przechadzać się po pokładzie.
— Jakto — jęknąłem — pan nie upadnie?
Je suis trop vieux marin pour cela! — odpowiedział, i w téj chwili zobaczyłem nagle jego nogi w tém miejscu gdzie była głowa, co mi dowiodło, że nietylko przechadzać się, ale może nawet przewracać koziołki.
Prawdziwa burza rozszalała jednak dopiéro wieczorem, chociaż wiatr wzmagał się przez cały dzień. Kiedy nadeszła chwila lunchu, położono na stołach poręcze, inaczéj bowiem wszystkoby z nich pozlatywało na ziemię. Nic zabawniejszego, jak widzieć gości idących wzdłuż stołów na swoje miejsca i taczających się jak pijani. Wchodzi naprzykład jakiś pastor presbiteryański, a może kwakier. Ale zaledwie ukazał się we drzwiach i puścił się klamki, rzuca się w największym impecie na kominek, jakby tam spostrzegł coś takiego, na co poprzednio czatował; następnie odbija się od kominka, uderza o krzesło, chybia poręcz, którą chciał uchwycić rękoma, odbija się od krzesła, wpada w objęcia jakiejś panny, porywa ją za głowę, poczém siada na podłodze, wywiesza język i poczyna piszczeć konającym głosem: oj! oj!
Lunch, mimo przegródek i poręczy na stołach, mamy tańcujący, gdy bowiem statek położy się na lewym boku, wszystkie półmiski, talerze, szklanki, karafki, noże, widelce, zsuwają się z brzękiem, szczękiem, hałasem i tartasem na lewą stronę, po chwili znów na prawą, i tak ciągle. Stewardowie posługują nam chodząc w ten sposób, że tworzą z podłogą kąt ostry; zupa wylewa się z talerzy, woda ze szklanek, wino z kieliszków; panie poczynają krzyczeć, panowie kląć bez względu na obecność dam; słowem: powstaje nieopisane zamieszanie i połowa osób opuszcza stół przed czasem.
Obiad odbywa się tak samo jak lunch. Co więcéj, przy obiedzie nie ma kapitana, co poczytują za zły znak. Jakoż przy czarnéj kawie, wyraz: „storm! storm!“ (burza! burza!) rozlega się po całym salonie, na korytarzach i w kajutach. Burza istotnie rozpoczyna się. Mimo mego godnego politowania stanu, chcę ją widzieć, i ubrawszy się w gumowy płaszcz z kapturem, wychodzę na pokład, a raczéj wyłażę na czworakach. Wicher jest tak silny, że trzymając się obiema rękoma poręczy, zaledwie mogę ustać na nogach. Chwilami woda oblewa mnie od stóp do głów. Morze zdaje się być pomieszane z chmurami, chmury z morzem. Patrząc na to, nie mogę opędzić się myśli, że Ocean się wściekł. Ale właśnie ta jego wściekłość ślepa i głupia budzi ku niemu rodzaj pogardy. Huczy, ryczy, ciska się, opluwa niebo pianą, miesza się z powietrzem, słowem, szaleje. Nie przystoi to ani jego ogromowi, ani majestatowi, témbardziéj, że złość ta wydaje się nie mieć żadnéj przyczyny. Wściekł się i kwita, tak, jak wpada czasem bez powodu w szaleństwo słoń. To wyuzdanie się ślepych sił, ta przemoc brutalna, skierowana przeciw statkowi, który w porównaniu jest atomem, budzi w tobie chęć oporu i gniew. Chciałbyś zaciąć zęby, chwycić w rękę topór i z iskrzącym wzrokiem czekać na tę olbrzymią hałastrę wiatrów, piany, fal, wściekłości, zaślepienia, ryczącéj orgii i przemocy. Postępek Xerxesa, który kazał wychłostać fale, wydaje się wówczas zrozumiałym. Zwierzę potrzebuje bata. Jeżeli tylko nie jesteś z natury tchórzem ostatniego rzędu, mówisz wówczas Oceanowi: rycz, wyj, wściekaj się: drwię z ciebie! Jest w tém wszystkiém nawet pewna rozkosz, bo wobec podobnych uczuć, największa nawet wściekłość staje się bezsilną.
O północy burza doszła do swego maximum. Statek prawie nie odpłynął naprzód, ale rzucał się tylko od chmur w przepaść i odwrotnie. Nie było już widać nic prócz chaotycznéj i wściekłéj mieszaniny nieba, wody, powietrza, wichru i ciemności. Wiatr uderzył czasem jak młotem, czasem zakręcał jak świdrem, słowem, pastwił się nad falami i statkiem. Tumany kropel wodnych uderzały od czasu do czasu o moją twarz i kręciły się w powietrzu, jakby słupy dymu. Ogromne massy wody wpadały co chwila na pokład lub przelatywały przezeń na drugą stronę. Musiałem się trzymać ze wszystkich sił, aby nie być spłukanym.
Nagle spostrzegłem, że ktoś stoi koło mnie, również w gumowym płaszczu i kapturze. Był to mój towarzysz. Próbowaliśmy mówić, ale niepodobna było ust otworzyć, wiatr bowiem wbijał nam napowrót aż w gardło słowa. Pasażerowie wszyscy pochowali się w kajutach, tak że na pokładzie byli tylko majtkowie.
Cała załoga, prócz palaczy, była na górze. Majtkowie to ciągnęli liny, to czepiali się drabin, to związywali nowemi sznurami żagle, biegając, krzycząc, klnąc, lub powtarzając swoje żałosne: oo-ho! W ciemnościach, wśród wichru i huku fal, rozlegały się ostre głosy świstawek miczmanów, które dla majtków są słowami komendy. Głosy te nie ustawały ani chwili. Walka w takich razach trwa dopóty, dopóki burza nie zmęczy się, nie wydmucha, nie wypluje wszystkiéj piany, nie ochrypnie i nie uzna się za zwyciężoną.
Koło godziny pierwszéj po północy, zeszliśmy wreszcie na dół, zmienili odzież i bieliznę, przemoczoną mimo gumowych płaszczów do nitki, następnie rozebraliśmy się i położyli spać. Ale cała noc była niespokojna. Chwilami trzeba się było trzymać, żeby nie wylecieć z szuflady. Statek kołysał się tak, że leżąc w łóżkach, od czasu do czasu znajdowaliśmy się w pozycyi stojącéj: dobrze gdy na nogach, gorzéj gdy na głowie. Futro wiszące na przeciwległéj ścianie od mojego łóżka, nagle spostrzegłem wiszące wprost nademną. Kuferki nasze i buty latały po całéj podłodze i po ścianach, bijąc z łoskotem w przepierzenia. Torby podróżne zawieszone na hakach, wiły się w powietrzu, jakby je ktoś okręcał.
Około drugiéj w kajutach leżących bliżéj schodów rozległ się krzyk. Sądziłem, że stał się jakiś wypadek, témbardziéj, że w téj saméj chwili usłyszałem wodę płynącą z szelestem w wewnętrznym korytarzu. Rozbudzili się wszyscy; okrzyk: „woda! woda!“ zabrzmiał w całém wnętrzu statku; kobiéty poczęły wrzeszczeć na różne tony lub biegać po korytarzach w kostiumach, których prostoty, najprostszy opis nie byłby w stanie oddać. Wreszcie nadszedł młody miczman, cały mokry, z twarzą zarumienioną walką, i oświadczył damom, że woda nader zwyczajnym sposobem dostała się przez schody na korytarz, i że nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
Nazajutrz z rana morze jeszcze było wzburzone, ale wiatr już ustał; koło południa zaś uciszyło się i morze. Mnóstwo osób przyszło na lunch. Żartowano i śmiano się z wczorajszego przestrachu. Opowiadano przytém zabawne dykteryjki o różnych psotach, jakich w czasie nocy narobiła burza. Oto przepierzenia, rozdzielające kajuty, nie dochodzą do saméj podłogi, mnóstwo więc drobniejszych rzeczy przesunęło się skutkiem kołysania się gwałtownego statku, z jednych kajut do drugich. Wyobraźcie więc sobie zdziwienie i wściekłość naszego Otella, gdy wstawszy nazajutrz rano, spostrzega w kabinie Desdemony nie swoje pantofle i... mamże wyznać?... jeszcze inne części męzkiéj garderoby w paski czy w kratki. Oczywiście Otello poczyna ryczéć, Desdemona klnie się na swoją niewinność i blaski srebrnego księżyca, że nie wié o niczém; pastor zaś w sąsiedniéj kajucie nie może iść na lunch, i każe sobie wydobywać kufer z dna okrętu. Stewart odnosi mu wprawdzie po chwili zagubione rzeczy, ale wielebny uważa je za sprofanowane, i woła o kufer z dna okrętu; gdy mu zaś oświadczają, że kufra wydobyć niepodobna, przepowiada za rok koniec świata i ubiera się w swoje dawniejsze.
Oczywiście w anegdocie téj nie ma niezawodnie i słowa prawdy, ale opowiadają ją wszyscy. Pogoda i spokojne morze, dziwnie wpływają na wesoły humor pasażerów. Spostrzegam mnóstwo osób, których nie widziałem dotąd wcale. Ubiory kobiét są staranniejsze niż kiedykolwiek. Po lunchu i czarnéj kawie następuje przechadzka na pokładzie; znajomi robią się łatwo. Małe ploteczki krążą z ust do ust. Chwilami zdaje mi się, że jestem gdzieś na wodach zagranicznych; gdyby zaś nie język angielski, i gdyby nie brak podziału na arystokracyą i demokracyą, sądziłbym, że się przechadzam na szczawnickim deptaku lub pod ciechocińskiemi tężniami.
Ale podziału na arystokracyą i demokracyą nie ma, towarzystwo bowiem jest przeważnie amerykańskie. Jakkolwiek towarzystwo to składa się z ludzi, którzy podróżowali po Europie, zatém bogatszych i ogładzonych, ogłada ich jednak nietylko nie wyrównywa europejskiéj, ale nie odpowiada nader skromnym wymaganiom. Do stołu niektórzy z tych panów siadają w czapkach; pewien dżentleman siedzący naprzeciw konsulowéj francuzkiéj z San-Francisko, codziennie pod koniec obiadu zdejmuje buty, oświadczając z całą dobrą wiarą, że tak mu jest wygodniéj i namawiając innych, aby poszli w jego ślady. Po obiedzie niektórzy z pasażerów zajmują się czytaniem pism illustrowanych i czytają je nigdy inaczéj, jak z nogami pozakładanemi na stół. Amerykanie w ogóle przedstawiają się szorstko, nawet twarze ich o rysach grubych, pospolitych i gminnych, zdradzają odrazu brak tego poloru i wykwintności, która uprzyjemnia życie towarzyskie i czyni miłemi stosunki, nawet między ludźmi nieznanemi sobie nawzajem.
Bardzo niewiele osób mówi po francuzku, te zaś które nawet mówią, gryzą francuzkie wyrazy, jak twarde orzechy, i można powiedzieć, że nie wymawiają ich, ale wypluwają je raczéj, jak coś bardzo niesmacznego. Otello i piękna Desdemona wracają wprost z Paryża, w którym przepędzili miodowe miesiące, dlatego oboje najwięcéj mają dystynkcyi i są najrozmowniejsi. Mamy prócz tego wiele innych ciekawych typów. Prócz doktora z St. Louis, z Missouri, który jest kłamcą pierwszéj wody, i mego sąsiada obiadowego kapitana, który po dawnemu pochłania przy każdem daniu nieprawdopodobne ilości pokarmów, uwagę moją zwróciła pewna para kwakierska. Oboje są chudzi, milczący, posępni, starzy. Jego twarz o zapadłych policzkach i wytrzeszczonych, jakby z powodu solitera oczach, jest typem twarzy hypokryty i łakomcy; ona ma fizyognomią kwaśnéj dewotki, wodzącéj męża za nos i patrzącéj na wszystko, co jest młodością, wiosną, uśmiechem i wesołością, ze stanowiska ogniów czyścowych.
Pod koniec obiadu, kiedy podają słodycze, oczy biednego kwakra przybierają wyraz nieopisanéj pożądliwości, a na twarz występują mu rumieńce. Radby jeść kompot, a nie chciałby iść do piekła, jednakże kręci się; łyżeczka w jego ręku drga niespokojnie i nieszczęśliwy pożądliwym wzrokiem odprowadza każdą śliwkę, którą skazany na potępienie wiekuiste sąsiad jego niesie do ust, słowem: cierpi męki Tantala. Żona pogląda wówczas na niego złośliwie i słodkim głosem mówi se wspaniałą ironią: „Pozwól sobie; dlaczegobyś nie miał sobie pozwolić? Zjédz śliwek, a o resztę nie dbaj!“ Biedaczysko wzdycha i kładzie łyżeczkę na swojém miejscu.
Wśród podobnych spostrzeżeń i dopatrywań śmiesznych stron w moich sąsiadach, upływa mi dzień za dniem. W końcu jednak podróż zaczyna mnie nudzić. Dzień podobny jest do dnia, jak rodzeni bracia: brekfest, przechadzka na pokładzie; lunch, przechadzka na pokładzie; obiad, przechadzka na pokładzie, a potém spać. Zresztą wiecznie tenże sam widok: ogromne, zielonawe bałwany i przestrzeń pusta, na krańcach któréj gubi się wzrok; wiecznie też same kilkanaście mew za okrętem i żałosne „Oooo — ho!“ majtków zwijających lub rozpinających żagle. Nadchodzi niedziela: ale jest jeszcze nudniejsza jak dnie poprzednie. Po śniadaniu stewartowie przynoszą kilkadziesiąt egzemplarzy biblii i kładą je po stołach, amerykanie zaś siadają i czytają ją, myśląc o czém inném i ziewając. Wszyscy są poważni i milczący, ale więcéj w tém jest sztuczności i rutyny, niż prawdziwego nabożeństwa. Po skończonych modlitwach zakładają nogi na stół i siedzą w milczeniu, jak chińskie lalki.
Po południu zdarza się jednak wypadek, który jak iskra elektryczna wstrząsa wszystkich. Oto na widnokręgu pojawia się okręt. Nic to wielkiego napozór, ale wśród nudów i jednostajności, jestto prawdziwa uczta dla instynktów gapiowstwa, drzemiących w każdéj naturze ludzkiéj. Wszyscy cisną się na pokład; patrzą to przez lunety, to przez szkła teatralne, to gołemi oczyma. Wszędzie pytania, odpowiedzi i sprzeczki: „To jeden z Cunarów? — To Alan! — Nie! to Somerya!! — Alan! — Somerya! — Trzeba nie miéć oczu, żeby nie widziéć że to Alan. — Dziwię się jak można za Alana brać Someryę! — Zakład! — Zakład!“ Powstają więc i zakłady. Wytrzeszczam oczy, ale oprócz dwóch słupów dymu nie widzę nic więcéj. Nasz statek wywiesza dwie chorągwie: jednę flagę angielską, drugą: Whitestar, to jest białą gwiazdę na czerwoném polu. Dwa słupy dymu zbliżają się coraz bardziéj, wreszcie dostrzegam potężny biało malowany parowiec, wspinający się dzielnie na grzbiety fal, i znaczący swą drogę srebrnym zapienionym szlakiem. Po chwili jednak statek przechodzi, zmniejsza się: oto wydaje się już jak łódka i wreszcie rozpływa się w sinéj dali.
W nocy z niedzieli na poniedziałek mieliśmy znów burzę, lubo nikt o niéj nie wiedział, wszyscy bowiem spaliśmy doskonale, ani domyślając się, że braknie trzy ćwierci do śmierci. Wicher przygnał z północy dwie góry lodowate, które wziąwszy statek między siebie, płynęły jak dwa piekielne psy, tuż koło niego, grożąc mu każdéj chwili zgnieceniem na miazgę. Kapitan kazał pospuszczać żagle, zgasić ogień w maszynie, i zdał statek na wolę fal i wiatru. To jedno ocaliło nam życie, bo od téj chwili statek miotany temi samemi co i lodowe góry falami, nie zbliżał się już do nich. Świtaniem dopiero, gdy ucichło trochę morze, puścił się całą siłą pary, i potwory piekielne zostawił w tyle.
— Co to było? Co to było? — pytano nazajutrz rano na okręcie.
— To była śmierć — odpowiadał kapitan Kennedy, głaszcząc ręką podobną do wielkiéj warząchwi szpakowaty podbródek.
Niektóre damy chciały mdleć, jak gdyby miały ochotę wynagrodzić sobie dobrą sposobność, która już minęła. Kapitan wyrosł w naszych oczach na prawdziwego bohatéra, i odtąd téż nie traktowano go inaczéj, chociaż poczciwy ten marynarz pełen prostoty, ani rusz nie chciał i nie umiał się zgodzić na tak wysokiego polotu rolę. Trzeba jeszcze oddać sprawiedliwość, tak kapitanowi, jak oficerom i całéj załodze, że są to ludzie dzielni, znający swoję służbę i swoje obowiązki na wylot, a przytém karni, spokojni i dla pasażerów uprzejmi bez granic.
Germanicus jest przytém jednym z najszybszych okrętów, jakie przebiegają drogę między Liverpool a New-Yorkiem. Jesteśmy z tego dumni, a ów patryotyzm White-star staje się coraz między nami wybitniejszym, jakbyśmy należeli do akcyonaryuszów téj linii. Drwić sobie z Cunarów należy do dobrego tonu. O wszelkich innych liniach wyrażamy się z politowaniem. Codzień rano mnóstwo osób ciśnie się do tablicy, na któréj jeden z oficerów oznacza liczbę mil przebytych ubiegłéj doby, i zarazem oznacza ją linią na morskiéj mapie. Nie płyniemy jednak tak szybko, jak to Germanicus umié, bo czas ciągle jest zły i żagle rzadko mogą pomagać parze. Podróż staje się coraz nudniejszą, jednakże mewy lecące za okrętem, których ilość coraz się zwiększa, oznaczają że zbliżamy się do lądu. Istotnie, jesteśmy na wysokości ławy piaszczystéj, otaczającéj New-Foundland, ale brzegów z okrętu nie widać. Po całych dniach wpatruję się z pomostu w morze; mówią bowiem, że w tych okolicach można dostrzedz czasem wieloryby. Fale jednak wydają się puste i niezamieszkane. Raz tylko potworna jakaś głowa wychyla się na chwilę z wody, ale niknie, nim mogę poznać do jakiego stworzenia należy.
Szóstego dnia mamy na okręcie koncert. Pogoda jest śliczna; przez grube soczewki szklane, stanowiące okna okrętu, wnikają czerwone promienie słońca. Koncert rozpoczyna mówka jakiegoś ogromnego gentlemana z twarzą jowialną, który z niezachwianą powagą, staje obok pianina i mówi:
— „Ladies and gentlemen!“ Usłyszycie za chwilę jednę z najznakomitszych artystek na świecie: Miss N. Jeżeli nie słyszeliście o niéj dotąd, to tylko dlatego, że jéj skromność jest równie wielką jak talent. Ameryka jednak chlubi się nią, Europa zgrzyta zębami z zazdrości. Dlatego radzę wam, żebyście cali pozamieniali się w téj chwili w uszy. Miss N. wykona etiudę skomponowaną przez bardzo znakomitego dżentlemana Szopena. Słuchajcie! słuchajcie!
Miss siada do fortepianu i poczyna do tego stopnia fałszować Szopena, że nasze polskie uszy literalnie więdną; potém następuje grzmot oklasków, mówca zaś wstaje i mówi znowu:
— „Ladies and gentlemen!“ Wiadomo wam ile szkody w naszych zapasach żywności i kufrach robią niegodziwe szczury i myszy. Ale nadeszła godzina zemsty: oto jest najznakomitszy w świecie tenor, M. Charli, który nieporównanym głosem swym wnet je tu wszystkie wystraszy. Zapewniam was, że każdy szczur, stokroć razy będzie się wolał rzucić w nurty Oceanu, niż słuchać téj melodyi, którą będziemy się zachwycać za chwilę.
Nowy grzmot oklasków kończy przemówienie naszego oratora. Dają się słyszeć okrzyki: „hip! hip!“ M. Charli[1] staje obok akompaniującéj miss i poczyna śpiewać[1] włoską pieśń: „O fanciulla mia!“ którą gdyby usłyszał jaki włoch, dostałby niezawodnie pomieszania zmysłów. Trudno mi opisać i wypowiedzieć, jak mało zdolności muzycznych posiada anglo-saksońska rassa. Między kilkunastu śpiewakami i śpiewaczkami nie słyszałem ani jednego głosu, któregoby można słuchać bez zgrzytania zębami. Amerykanie byli jednak nadzwyczaj zadowoleni z siebie i z swoich talentów. Pytali nas nawet z pewną dumą: czy słyszeliśmy coś podobnego w Europie? ja zaś odpowiadałem z całą szczerością, że istotnie nic podobnego w Europie nie słyszałem.
Szósty ów dzień był dniem uroczystości na okręcie, po koncercie nastąpił bowiem obiad z najrozmaitszemi toastami. Między innemi mówca koncertowy wniósł bardzo uroczysty toast na cześć kapitana Kennedy. Mówca przypomniał że winniśmy życie nasze i spokój naszych rodzin dzielnemu kapitanowi; gdyby nie on bowiem, góry lodowe pogrążyłyby nas niezawodnie w otchłań morską, poczém porównał Bogu duszę winnego kapitana do rozmaitych bohatérów starożytności, a w końcu wyraził opinię, że zgromadzone lady i dżentlemanowie uznają zapewne za słuszne i sprawiedliwe wykrzyknąć po trzykroć na cześć naszego kapitana: „hip! hip! hourra!“ Zgromadzone lady i gentlemanowie uznali to za słuszne i przyzwoite, poczém nastąpiły okrzyki tak przeraźliwe, jak gdyby na statku zdarzył się pożar!
Poczciwego kapitana toast ten zaskoczył nader niespodziewanie, w téj chwili bowiem właśnie zapychał usta olbrzymim kawałkiem rumsteku; zanim więc przestraszony rozum jego zdołał pojąć wszystkie owe porównania do starożytnych bohatérów i stanąć na wysokości położenia, trzeba było przedewszystkiém skończyć raz z rumstekiem, i połknąć go choćby za jakąkolwiek cenę. Biédny więc bohatér starożytny sponsowiał, oczy wyszły mu z orbit, rumstek utknął w gardle; wreszcie jeszcze z zapełnionemi ustami, oświadczył, że mu jest tak przyjemnie, jak gdyby wypił szklankę groku, że dziękuje wszystkim zgromadzonym, i że przeprasza, jeżeli rumstek był twardy, ale że „kanalije kucharze musieli się upić“ etc. etc.
Po téj wykwintnéj mowie zanucono jeszcze pieśń narodową angielską: „Boże zachowaj królowę!“ — co było dowodem wielkiéj uprzejmości ze strony amerykanów, i obiad się skończył. Nazajutrz z rana dowiedzieliśmy się z tablicy, że tego jeszcze dnia przybijemy do lądu. Na całym okręcie panowała niekłamana radość. Jakoż wszystko zwiastowało blizkość ziemi. Majtkowie przywdzieli nowe kaftany. Okręt cały wymyto starannie, każda jego szrubka błyszczała w słońcu jak złota. Za masztami ulatywały całe stada mew, piszcząc i przewracając w powietrzu koziołki. Spotykamy coraz więcéj okrętów: wielkie parowce, statki żaglowe, łodzie rybackie przesuwają się po cichém i przezroczystém zwierciadle wód, odbijając się w niém z masztami i żaglami. Ostry i zimny wiatr, jaki nieustannie dął na Oceanie, ucichł zupełnie, a twarze nasze całuje teraz słodki i ciepły oddech wiosenny. Woda jest srebrna, powietrze srebrne, spokój i słodycz rozlane wszędzie. Zbliżamy się coraz bardziéj. Nakoniec na zachodnim krańcu widnokręgu, pojawia się wydłużona sinawa chmurka.
— Ląd! ląd! — wołają wszyscy.
Jakoż po małéj chwili, na tle owéj chmurki poczynają się rysować zielone i żółte piaszczyste wybrzeża, lasy masztów, spiętrzone dachy domów, spiczaste wieże kościelne, białe mury: słowem śliczne miasto, jak ongi Wenus, wynurzało się z morskiéj kąpieli coraz dokładniéj i coraz wyraźniéj dla oka. Bywalcy odróżniają już New-York i Hoboken. Wpływamy do portu. Pogoda ciągle równie śliczna; przysiągłbym, że przybyliśmy do kraju wiecznéj wiosny. Na gładkiéj toni czerwone beczki oznaczające mielizny kołyszą się poruszane leciuchnym powiewem. Statek nasz wywiesza znowu potężną flagę angielską i swoję własną, poczém zwalnia bieg i zaledwie sunie się po falach.
Tymczasem od małéj wysepki, obok któréj przepływamy cicho, odrywa się mały, jak łupina orzecha, parowiec, na którym jedzie dwóch dżentlemanów i trzeci może ośmioletni, siedzący tuż obok komina na dachu kajuty. Są to lekarze z kwarantanny. Statek nasz staje. Spuszczają im drabinę, po któréj lekarze wchodzą pomiędzy nas, a tymczasem małoletni dżentleman pokazuje nam z dołu język, i wywiesiwszy go aż po brodę, trzyma tak z pół godziny. Następnie przewraca się na grzbiet, chwyta rękoma za palce u nóg i pozostaje w téj ultra-demokratycznéj pozycyi przez cały czas rewizyi.
Rewizya nie trwa jednak długo, bo na statku niéma nikogo chorego. Lekarze zamieniają parę słów z kapitanem i okrętowym doktorem, potém wykrzykują, „all right“ i odpływają napowrót, my zaś ruszamy daléj. Ale po małéj chwili znowu: stój! Teraz komora. Przybywa nowy parowiec, również z dwoma dżentlemanami, ubranemi po cywilnemu, ale ze srebrnemi blaszkami na piersiach. Są to celnicy. Obaj mają twarze skończonych rzezimieszków; ubrani są przytém w wytarte surduty, brudną bieliznę i pogniecione kapelusze. Młodszy z nich, o popielatéj cerze, kręconych blond włosach, siwych oczach, z których jedno jest szklane i osadzone na skówce sterczącéj mu w kącie oczowym koło nosa, ma minę takiego drapichrusta, że nie powierzyłbym mu dziesięciu centów. Dżentlemani ci schodzą do salonu i rozdają pasażerom kartki, czyli drukowane deklaracye, na których ci ostatni się podpisują. Kto się podpisze, ten tém samém, składa przysięgę że nie wiezie nic zakazanego, rewidują go téż potém w porcie bardzo lekko, ale jeżeli co znajdą, karzą bardzo surowo. Gdy przyszła na nas koléj, drapichrust ze skówką w oku podaje memu towarzyszowi kartkę i pyta go o nazwisko.
— Nazywam się tak, a tak! — odpowiada mój towarzysz.
— Jak? jak? — woła śmiejąc się drapichrust — Tschchapischouschki?
Co to jest? Obecni amerykanie wybuchają grubiańskim śmiechem, co nigdy nie zdarzyłoby się w żadnym ucywilizowanym kraju. Porywa nas obydwóch złość.
— Czego te nieucywilizowane zwierzęta pokazują zęby? — woła do mnie głośno po francuzku mój towarzysz.
Niektórzy amerykanie, którzy zrozumieli powyższe słowa, poczynają się wstydzić i wymyślać swoim współziomkom, towarzysz mój zaś zwraca się do nich i pyta, pokazując palcem na zmieszanego drapichrusta:
— Jakże się nazywa to indywiduum?
Your name? — wołają na niego — your name? Odpowiada: „Thrysley,“ czy coś podobnego.
— Dobrze więc — mówi mój towarzysz — powiedzcie temu frantowi, że gdyby w Europie kota ktoś tak nazwał, toby trzy dni miauczał.
All right! all right! wołają uradowani obecni.
Wkrótce potém zbliżył się ku nam jakiś poważny dżentleman o siwiejącéj brodzie i oliwkowéj cerze, i oświadczył nam że jeśli chcemy, to on postara się przez swoje stosunki, aby ów grubiański celnik został wypędzony. Nie żądaliśmy tego wcale, oświadczyliśmy jednak swoje zdziwienie, że w kraju mającym pretensyą do cywilizacyi, mogą się tak ludzie zachowywać.
— Cóż panowie chcecie? — odpowiedział dżentleman. — Pod względem uobyczajenia, nawet wyższe nasze klassy zostają daleko jeszcze za Europą. Zresztą od czasu jak republikanie z naszym kochanym prezydentem utrzymują się przy władzy, wszystkie posady urzędowe obejmują podobne indywidua, które raczéj powinny siedzieć za kratą. Mamy jednak nadzieję, że to się wkrótce zmieni.
Tymczasem wpłynęliśmy do bloku, w który okręt nasz wsunął się, jak w pochwę i wysiedliśmy do wielkiego drewnianego budynku, w którym sprawdzają deklaracye, czyli rewidują rzeczy. Nowy jakiś celnik zbliżył się do nas i chciał otwierać nasze kufry, ale uwolniliśmy się od tego, tak jak widzieliśmy, że uwalniają się wszyscy, to jest za pomocą dwóch dolarów wsuniętych w rękę celnika. Wolny amerykański obywatel nietylko przyjął łapówkę, ale pomógł jeszcze włożyć nasze rzeczy na fiakra; słowem, w tym kraju obywatelska prawość i cnota okazały się zaraz na wstępie dobrą względem dolara koczotką. Ale indykowi wszystko jedno z jakim sosem ma być upieczony, gdy zaś zapytany o to, odpowiedział: że wcale sobie nie życzy być upieczony; odpowiedziano mu kwaśno: „wychodzisz z kwestyi!“ Otóż nie chcę naśladować tego indyka i ażeby nie wychodzić z kwestyi, powiem tylko że zaraz na drugim kroku w New-Yorku obdarł nas woźnica; dalszemi zaś miały się opiekować hotele.
Miasto, które na pierwszy rzut oka z morza zarysowywało się tak majestatycznie i wdzięcznie, widziane z bliska nie zachwyciło mnie wcale. Pobrzeże portu brudne, między drewnianemi budynkami nie masz bruków; wszędzie leżą kupy śmieci; doki drewniane połyskujące brudną wodą, ludność zaś, jak zwykle ludność portowa, wygląda jakby przed chwilą urwała się od szubienicy. Takie było pierwsze moje wrażenie, ale zaledwo zdążyłem rzucić na okół okiem, fiakr potoczył się ulicą. Ściemniało się. Wjechaliśmy na sławną Broadway: wystawy sklepowe biły łuną gazowego światła, czarna i biała ludność tłoczyła się na chodnikach, szeregi latarni ginęły w oddaleniu. Wreszcie fiakr stanął, wysiedliśmy i po chwili znaleźliśmy się w białym marmurowym przedsionku hotelu, ubranym w kwiaty, dywany, jaśniejącym tysiącami świateł. Tu mieliśmy zatrzymać się kilka dni, ażeby odpocząć i nabrać sił do nowéj podróży, któréj kres miał być aż u fal Oceanu Spokojnego.





Przypisy

  1. 1,0 1,1 1,2 1,3 Przypis własny Wikiźródeł Fragment tekstu nieczytelny; tekst (zaznaczony kolorem szarym) uzupełniono na podstawie wyd. z 1899 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.