Strona:PL Pisma Henryka Sienkiewicza t.2.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Jakże się nazywa to indywiduum?
Your name? — wołają na niego — your name? Odpowiada: „Thrysley,“ czy coś podobnego.
— Dobrze więc — mówi mój towarzysz — powiedzcie temu frantowi, że gdyby w Europie kota ktoś tak nazwał, toby trzy dni miauczał.
All right! all right! wołają uradowani obecni.
Wkrótce potém zbliżył się ku nam jakiś poważny dżentleman o siwiejącéj brodzie i oliwkowéj cerze, i oświadczył nam że jeśli chcemy, to on postara się przez swoje stosunki, aby ów grubiański celnik został wypędzony. Nie żądaliśmy tego wcale, oświadczyliśmy jednak swoje zdziwienie, że w kraju mającym pretensyą do cywilizacyi, mogą się tak ludzie zachowywać.
— Cóż panowie chcecie? — odpowiedział dżentleman. — Pod względem uobyczajenia, nawet wyższe nasze klassy zostają daleko jeszcze za Europą. Zresztą od czasu jak republikanie z naszym kochanym prezydentem utrzymują się przy władzy, wszystkie posady urzędowe obejmują podobne indywidua, które raczéj powinny siedzieć za kratą. Mamy jednak nadzieję, że to się wkrótce zmieni.
Tymczasem wpłynęliśmy do bloku, w który okręt nasz wsunął się, jak w pochwę i wysiedliśmy do wielkiego drewnianego budynku, w którym sprawdzają deklaracye, czyli rewidują rzeczy. Nowy jakiś celnik zbliżył się do nas i chciał otwierać nasze kufry, ale uwolniliśmy się od tego, tak jak widzieliśmy, że uwalniają się wszyscy, to jest za pomocą dwóch dolarów wsuniętych w rękę celnika. Wolny amerykański obywatel nietylko przyjął łapówkę, ale pomógł jeszcze włożyć nasze rzeczy na fiakra; słowem, w tym kraju