Król naftowy/Część piąta/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Część piąta
Rozdział Na zwiadach
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część piąta
Pobierz jako: Pobierz Cała część piąta jako ePub Pobierz Cała część piąta jako PDF Pobierz Cała część piąta jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


NA ZWIADACH

Skoro tylko Nijorowie odjechali, biali ruszyli za nimi. Winnetou i Old Shatterhand wkrótce się przekonali, że Nijorowie posuwają się naprzód coraz powolniej. Jaki mógł być powód tej domniemanej ociężałości?
Obaj znakomici mężowie nie mieli zwyczaju zasięgać rady, lub opinji osób trzecich w kwestjach, które sami mogli wybadać; nie wtajemniczyli więc nikogo, nawet Sama, w treść swego spostrzeżenia. Natężyli tylko uwagę i wkrótce przekonali się, że nie są w błędzie.
— Co powie o tem brat mój Shatterhand? — zapytał Winnetou.
— Że nie śpieszą się do Nawajów — odparł biały.
— Mój brat podziela moje zdanie. Zdaje się, że chcą odłożyć atak na Nawajów. Z tego wynika, że występują przeciwko komuś innemu.
— Przeciwko nam oczywiście?
— Tak, Ale dlaczego? Nie mogą przecież przedsięwziąć nic mądrzejszego nad szybką napaść na Nawajów, dopóki ci są zdezorientowani brakiem wiadomości od wywiadowców.
— Ale mój brat Winnetou niech rozważy, że jedziemy tuż za nimi i że dosiadamy kilku wyśmienitych koni. Możemy, jeśli nie wszyscy, to przynajmniej niektórzy, dzięki forsownej jeździe przegonić ich drogą okrężną i zawiadomić Nawajów.
Uff! — potwierdził Apacz. — Tak będzie.
— Tak, bardzo być może. Chcą sobie zabezpieczyć tyły i zapobiec tej ewentualności. Można przypisać taki plan ich wodzowi. Dlatego zmniejszyli szybkość, aby znaleźć się bliżej nas, i, skoro nadarzy się miejscowość odpowiednia, nie czekać zbyt długo. Jeśli moje przypuszczenie jest słuszne, trzeba się zastanowić, jaka miejscowość na naszej drodze jest dla nich najdogodniejsza do ataku.
Uff! — zawołał Winnetou po chwili. — Istnieje takie miejsce, u którego staną jeszcze przed wieczorem. Mianowicie Zimowa Woda.
— Tak, może tam będą nas oczekiwać. Czy mamy pójść pod ich strzelby i noże?
— Nie. Musimy ich wyśledzić. Ale który z nas?
— Hm. Zimowa Woda jest dość obszerną miejscowością. Za wiele trudu i mitręgi dla jednego wywiadowcy.
— Pojedziemy obaj.
— Tak. Właściwie powinniśmy zabrać ze sobą jeszcze kogoś.
— Poco?
— Jeśli na nas zechcą napaść, obronimy się o własnych siłach; ale, jeśli nie mają takich względem nas zamiarów, lecz poprostu wyruszyli na Nawajów, musimy tamtych zawiadomić. Jednakże nikt z nas dwóch nie może się oddalić. Musimy zatem zabrać ze sobą jeszcze kogoś.
— Winnetou proponuje Szi-So. Jest dobrym jeźdźcem i zna tę miejscowość lepiej, niż kto inny. Czy powiadomimy naszych towarzyszów o celu tej wycieczki?
— Czy mój brat Winnetou sądzi, że lepiej przed nimi utaić?
— Tak. Nie wszyscy mężowie w naszym gronie są bohaterami, a squaws i dzieciom nie wolno nadaremnie rozpowiadać o niebezpieczeństwach.
Szybko powzięli postanowienie i niemniej szybko wprowadzili je w czyn. Już po krótkim czasie razem z Szi-So galopowali na przodzie, podczas gdy reszta towarzystwa nadal jechała powolnym krokiem.
Teren był gładki. Na lewo ciągnął się płaski nagi step; po prawej stronie płynęła rzeka, obrzeżona pasmem lasu, zagajnika, a następnie murawy. Powietrze, niebywale w tych stronach czyste, uprzystępniało oczom rozległy widok. Nie zachodziła więc obawa, że znienacka i niespodzianie można się natknąć na umyślnie, czy nieumyślnie ociągających się Nijorów.
Jechano wciąż dalej aż do późnego popołudnia, od czasu do czasu badając uważnie ślady. Widać było, że zbliżano się coraz bardziej do Indjan. Dzieliła ich zaledwie godzina jazdy.
Z lewej strony, z południa, ciemne równe pasmo zarośli dokładnie pod kątem prostym przecinało rzekę. Woddali, na południu, składało się z pojedynczych, suchych roślin mezquito, które następnie łączyły się w zagajniki. Dalej rośliny skupiały się jeszcze bardziej, bardziej soczyste i zielone, niż na południu, gdzie miały szare, wygłodniałe zabarwienie. Im bliżej rzeki, tem roślinność była gęstsza i wspanialsza; las nadbrzeżny sięgał aź tuż nad samą wodę.
To pasmo roślinności stanowiło brzeg łożyska Zimowej Wody. W krótkiej porze opadów woda skupiała się w tem łożysku i nadawała przez kilka tygodni świeży wygląd roślinom, zazwyczaj suchym, skąpym i smętnie obumarłym. Im bliżej rzeki, tem dłużej trwała radość życia, najbliższym zaś drzewom udawało się nawet zachować życie przez rok cały. — —
Trzej jeźdźcy znajdowali się w takiej odległości od wyschłego koryta, że można ich było stamtąd zobaczyć. Dlatego byli zmuszeni jechać pod osłoną zagajnika i lasu. Zsiedli teraz z koni i wyszukali kryjówkę dla zwierząt, przy których zostawić mieli Szi-So, Dostał także ich broń, ponieważ strzelba zawadza tylko skradającemu się przez zagajnik, lub pełzającemu wywiadowcy. Następnie Old Shatterhand i Winnetou poszli dalej wzdłuż rzeki, z oczami czujnie wpatrzonemi w przestrzeń.
Przebywszy połowę drogi, zatrzymali się i Shatterhand zapytał:
— Przekonamy się przedewszystkiem, czy Nijorowie zostali nad Zimową Wodą, czy też pojechali dalej?
— Tak. Te drzewa są odpowiednio wysokie.
— I gęsto ulistwione, więc nikt nas nie odkryje.
Wyszukali dwa drzewa odpowiedniej wysokości, zbliżone do siebie tak, że można było porozumiewać się z nich półgłosem. Obaj w spinali się sprawnie i nie minęły dwa pacierze, a siedzieli już u wierzchołków. Widok, który się przed nimi roztoczył, ucieszył ich bardzo: mogli wygodnie spoglądać ponad drzewami na ciągnącą się po stronie przeciwległej równinę. Nie dostrzegli nikogo na całej jej rozciągłości.
— Zaczaili się nad Zimową Wodą — rzekł Old Shatterhand do Winnetou.
— Tak, bo gdyby pojechali dalej, zobaczylibyśmy ich na stepie, — odpowiedział Apacz. — Mój brat niech odwoła się do swej rurki.
Old Shatterhand wyjął przedtem dalekowidz z torby u siodła. Teraz zwrócił go ku zagajnikowi i przez chwilę trwał nieruchomo w zapatrzeniu. Następnie odłożył lunetę i oznajmił:
— Obozują po tamtej stronie zagajnika, tuż nad brzegiem Zimowej Wody. Właśnie teraz przyprowadzili swoje konie z wodopoju nad Chelly.
— A więc poczekamy do zmroku i podkradniemy się, aby ich podsłuchać!
— Tak. Ale nie tutaj na górze, lecz na dole będziemy czekać; tam jest wygodniej.
Chciał już zejść z drzewa, gdy usłyszał okrzyk Apacza:
Uff!
— Czy mój brat coś spostrzegł? — zapytał.
— Tak. Spójrz na tamten brzeg... Długi wąż jeźdźców posuwa się wpobliżu drzew. Mój brat niech poczeka, aż się znowu pokażą. Wkrótce przejadą przez odkrytą równinę, która leży nawprost nas.
Obaj westmani z uwagą spoglądali na przeciwległy brzeg. Ukazali się z początku dwaj jeźdźcy; byli to Indjanie. Jechali w galopie — przewinęli się kilkakrotnie przez zagajnik. Wreszcie jeden zawrócił i dał znak; nie znaleźli bowiem nic podejrzanego.
— Mój brat niech spojrzy przez szkła; może pozna twarze — powiedział Winnetou.
Old Shatterhand spojrzał. Na znak wywiadowcy z zagajnika wysunęli się jeźdźcy, długi szereg jeźdźców, wymalowanych farbami wojny; nie można było przeto rozpoznać ich twarzy. Nakońcu wszakże jechało dwoje niemalowanych, których Old Shatterhand zmiejsca poznał. Byli to Nitsas-Ini i jego biała żona. Skoro skrył ich zagajnik, rzekł Apacz:
— Musieli to być wojownicy Nawajów. Czy poznałeś kogo?
— Tak, Nitsas-Ini i jego squaw jechali nakońcu.
— Obozowali na pewno nad ujściem rzeki. Czemu opuścili to miejsce?
— I czemu jadą prawym wybrzeżem?
— Tak, to dziwne. Wiedzą przecież, że Nijorów należy szukać na lewem wybrzeżu, gdyż tutaj ciągną się ich tereny.
— Znajduję tylko jedną odpowiedź: król naftowy sprowadził ich na manowce.
Uff! Na pewno pojechał do nich po broń. Pragnąc zyskać na czasie, skierował Nawajów na złą drogę.
Zleźli z drzew. Wkrótce zapadł zmierzch. Obaj mężowie puścili się w najeżoną niebezpieczeństwami drogę. Z początku wzrok sięgał na odległość sześciu bo ośmiu kroków. Skoro się jednak zbliżyli do Zimowej Wody, było już tak ciemno, że nie mogli ufać oczom, i musieli zdać się na zmysł dotyku.
Chelly płynęła tu prawie ze wschodu na zachód. Napomknęliśmy, że Zimowa Woda ciągnęła się z południa na północ; a zatem przecinała rzekę pod kątem prostym. Brzegi obu łożysk były obrębione drzewami i zagajnikami dosyć wysokiemi. Od brzegu do powierzchni Chelly można było naliczyć sześćdziesiąt stóp. W obecnej porze roku Zimowa Woda składała się z kijku kałuż, nie utrudniających przejścia. Lecz nad ujściem grunt był bardzo skalisty i brzegi spadały tak stromo, że niepodobna było zjechać konno. Kto chciałby się przeprawić na drugą stronę, musiał raczej jechać wzdłuż brzegu do miejsca bardziej pochyłego, do jedynego brodu, który był zarazem najdogodniejszym terenem do napadu, czy zasadzki. Tutaj powinien był wróg czekać, aby w stosownym momencie zamknąć sidła.
Nijorowie nie obozowali jednak nad tym brodem. Obsadzili drugi — lewy — brzeg aż do ujścia. Kto chciał napoić konie, musiał zawrócić do brodu i następnie, posuwając się suchym łożyskiem Zimowej Wody, dotrzeć do ujścia Chelly. Była to dosyć uciążliwa wędrówka. Wygodniej było obozować nad ujściem; ale pozostałyby ślady, których Nijorowie nie zdołaliby zatrzeć całkowicie.
Ponieważ obozowali po drugiej stronie, więc Old Shatterhand i Winnetou musieli się na nią przeprawić. Skoro przybyli na wysoki brzeg Zimowej Wody, zobaczyli na drugiem wybrzeżu ogniska obozowe, świecące między wielkiemi i licznemi głazami.
— Jakże nieprzezorni! — rzekł Winnetou.
— Tak — potwierdził Old Shatterhand. — Czują się bardzo bezpiecznie.
Doszli do brodu i przeprawili się na drugą stronę; poczem skradali się ku obozowi ze zdwojoną ostrożnością. Sunąc od drzewa do drzewa, od zagajnika do zagajnika, omijali starannie każde miejsce, na które padał promień ogniska.
Skoro można było rozróżnić poszczególne postacie, Winnetou szepnął:
— Niech brat mój tu poczeka. Wyjdę z zagajnika i podkradnę się do lasu od równiny, aby zbadać, gdzie, stoją konie, i czy zaciągnięto straże.
Wrócił, gdy upłynęło pół godziny, i zameldował:
— Konie stoją po tamtej stronie obozu, a zatem nie zdradzą naszej obecności parskaniem. Warta czuwa nad równiną.
— Mój czerwony brat mógł dotrzeć wzrokiem do wnętrza obozu. Czy widział wodza Mokasziego?
— Tak. Siedzi z trzema starymi wojownikami na szerokim głazie.
— Bodajbyśmy mogli się podkraść!
— Będziemy mogli, jeśli zachowamy ostrożność. Wódz i jego towarzysze siedzą tuż przy brzegu. Niema tam innych Nijorów. Ja pójdę naprzód, mój brat za mną!
Nie można było nadal poruszać się swobodnie. Położyli się na ziemi, czołgali na brzuchach, szukając osłony pod każdem drzewem lub krzewiną, pod każdą roślinką, każdym kamieniem.
Celem ich był głaz, o którym wspomniał Winnetou. Długi, a niezbyt szeroki, dwukrotnie przerastał wysokość człowieka. Zarośnięty zwierzchu mchem, przez długie lata zatrzymywał nasobie opadające liście. Niesprzątnięte wiatrem, czas stłamsił je w grubą warstwę ziemistą; pokrywającą kamień i zatykającą jego rysy i szpary. Dzięki temu mogło się rozwinąć na głazie kilka krzewów i rozpostrzeć gałęzie ponad całą skałą.
Od stromego brzegu głaz ów dzieliła przestrzeń wąska, ale dostateczna dla celów obu wywiadowców. Udało im się niepostrzeżenie dotrzeć do bloku i zaczaić za nim. Wspomniany odstęp był przeciętnej szerokości człowieka, wskutek czego znaleźli się tuż nad samą krawędzią brzegu. Gdyby krawędź składała się z luźno spojonych grud ziemi, rozstąpiłaby się pod ciężarem obu mężczyzn — runęliby nadół. Przedewszystkiem więc zbadali grunt i stwierdzili, że jest skalisty. Postanowili wspiąć się na głaz. Z góry doskonale mogli podsłuchać Nijorów.
Jednego miejsca można się było uchwycić rękami. Old Shatterhand uchwycił się, wlazł na barki Winnetou i wydźwignął się wgórę. Było to nader ryzykowne poruszenie, gdyż najdrobniejszy krok fałszywy mógł go zepchnąć w przepaść. Następnie należało umieścić się w miarę, nie za wysoko, aby nie zdradzić się przed Nijorami. Na górze Old Shatterhand położył się napłask, spuścił splecione w pętlę lasso i wciągnął Winnetou do siebie.
Leżeli więc na górze. Lecz biada im, gdyby ich ujrzano! Za sobą mieli przepaść, a pod sobą obóz, obsadzony trzema setkami. Musieliby bezzwłocznie zrezygnować z oporu i poddać się wrogom.
Leżąc na bloku, ogarnęli wzrokiem, poprzez krzewy, cały obóz. Płonęło niemniej, niż osiem ognisk, przy których Indjanie przygotowywali wieczerzę. U stóp skały siedzieli Mokaszi oraz trzej najstarsi wojownicy, odosobnieni od zwykłych Indjan. Zamieniali ze sobą zdania urywane i przerywane jużto długiemi, jużto krótkiemi pauzami. Jak wkrótce dosłyszeli wywiadowcy, Nijorowie różnili się w poglądach. Jeden z nich, stary ale bardzo jeszcze krzepki siwowłosy mężczyzna, rzekł:
— Mokaszi pożałuje, że działał w myśl dzisiejszego postanowienia. Powinniśmy się byli śpieszyć i czem prędzej odszukać psy Nawajów, aby ich zabić.
— Mój stary brat nie bierze pod uwagę, że różnica wynosi tylko jeden dzień. Skoro jutro schwytamy białych, wyruszymy natychmiast przeciwko Nawajom.
— Różnica wynosi więcej niż jeden dzień, ponieważ, oczekując zbliżenia się białych, jechaliśmy bardzo wolno.
— Nie szkodzi. Szakale Nawajów nie opuszczą swoich jaskiń przed naszem najściem. Nie mogą opuścić obozu, dopóki nie wrócą wojownicy, wysłani na zwiady. Mój stary brat powinien był o tem pomyśleć!
— Pomyślałem; ale rok posiada zimę i lato, i wszystko ma dwie strony. To samo stosuje się do naszej sprawy. Mokaszi sądzi, że Nawajowie będą czekać, ponieważ wysłali wywiadowców, a ja sądzę, że wyślą innych, gdyż za długo na tamtych czekają. Nowi wywiadowcy odkryją nasze ślady i doniosą o tem swojemu wodzowi. Nie my napadniemy na Nawajów, lecz oni na nas!
Mówił ostrym tonem, jakim się nie przemawia do wodzów. Dlatego Mokaszi odpowiedział:
— Śnieg starości oprószył głowę mego brata. Widział więcej zim, niż ja, i przeżył wiele. Może bez obsłonek wypowiadać swoje zdanie. Atoli nie on jest wodzem, lecz ja. Wysłuchuję wprawdzie zdania doświadczonych mężów, lecz decyzja należy wyłącznie do mnie!
Stary opuścił głowę i rzekł:
— Masz słuszność. Twojej woli niech się stanie zadość!
— Tak, stanie się jej zadość. A może sądziłeś, że udałoby się nam zaskoczyć Nawajów?
— Niewątpliwie.
— Nie, z myślą o niebezpieczństwie wysłali straż przednią, podobnie jak my. Musimy ich obóz dopiero odkryć przez wywiadowców. Jakże łatwo można ich podpatrzeć, schwytać, jak to schwytaliśmy ich wywiadowców. Ale nie jest to rzecz najważniejsza. O jednem, zdaje się, mój stary brat wcale nie pomyślał. Mianowicie o tem, że Nawajowie wiedzą już o naszej wyprawie.
Uff! — zawołał stary. — Któż im powiedział?
— Trzej biali, którzy zbiegli.
Uff! uff! To prawda! Jeśli pojechali do Nawajów...
— Na pewno do nich pojechali. Może już nawet dzisiaj natknęli się na nich.. W takim razie Nawaje zmiejsca wyruszą na nasze spotkanie. Ale właśnie na to czekam.
Uff! uff! Mój brat Mokaszi zna przecież stare prawo wojny, że zwycięża ten, kto pierwszy przybywa.
— Nie we wszystkich wypadkach stosuje się to prawo. Nawaje niechaj przybędą i napadną na nas, ale w miejscu dla nich zgubnem. Będziemy ich oczekiwali tutaj, nad Zimową Wodą!
— Nie tędy prowadził nasz pierwotny plan.
— Nie. Chciałem zaskoczyć Nawajów; teraz muszę wyrzec się tej myśli, ponieważ zawiadomili ich trzej biali zbiegowie. Trzeba więc było koniecznie zmienić plan. Zaczaimy się tutaj, nad Zimową Wodą. Skoro przybędą Nawaje, pozwolimy im zejść z wysokiego wybrzeża w głąb łożyska, a potem napadniemy na nich. Tam, na dole, nie potrafią się obronić, ponieważ zboku zamkną ich skały.
Uff, uff! — zawołał stary z wypogodzoną twarzą. — Nowy plan Mokasziego jest dobry, i sądzę, że powinien się udać, jeśli go coś nie pokrzyżuje.
— Tylko jedno może go pokrzyżować, i te mu właśnie zamierzam jutro zapobiec.
— Teraz pojmuję. Masz na myśli białych?
— Tak. Jadą za nami; chcą odszukać Nawajów. Jeśli ich przepuścimy, wyjawią wrogom, że tutaj na nich czekamy. Byłaby to niepowetowana strata. A więc schwytamy w niewolę Winnetou i Old Shatterhanda wraz ze wszystkimi ich ludźmi.
— Czy poniosą śmierć?
— Tak, jeśli się będą bronić.
— A jeśli nie będą się bronić?
— Weźmiemy ich do niewoli i będą uświetniać nasz powrót. Nie przywiążemy ich do palów męczarni, ponieważ wypaliliśmy z nimi kalumet, ale każemy im walczyć na śmierć i życie z naszymi wojownikami.
Uff, uff! — oczy starca rozbłysły radością.
Nawet obaj dotychczas milczący czerwonoskórzy nie mogli się powstrzymać od okrzyków zdumienia.
Mokaszi, zadowolony z wrażenia, ciągnął dalej:
— Żadne miejsce nie nadaje się tak świetnie jak Zimowa Woda do zasadzki na wrogów, do schwytania i wytępienia ich bez trudu. Moi bracia zobaczą jutro, jak łatwo schwytamy białych, aczkolwiek prowadzą ich najznakomitsi mężowie Zachodu.
Stary znowu się zasępił i odparł:
— Wszakże dlatego plan nasz może się nie udać.
— Bynajmniej! Wiem, że są nader mądrymi ludźmi i przenikają zamysły innych; ale naszego planu nie odgadną. Sądzą, że wyruszyliśmy na Nawajów, i że na nich wcale uwagi nie zwracamy.
— Chciałbym, aby tak było w rzeczywistości; atoli myślę o tem, czegośmy niedawno doświadczyli. Żaden orzeł nie ma tak przenikliwych oczu, żaden mustang tak czułych uszu, żaden lis tak wielkiej chytrości, jak Old Shatterhand i Winnetou. Czyż nie mieliśmy ich w swej mocy? Czyż nie byli nawet spętani? A jednak się uwolnili!
— Tym razem będziemy mądrzejsi. Wszak już dzisiaj zaczęliśmy rozwijać nasz plan działania. Rozbiliśmy obóz na górze, a nie na dole, gdzie mogliśmy zostawić tropy. Skoro biali jutro przybędą, nie dostrzegą żadnego śladu, i przeto bez podejrzeń pojadą nadół, podczas gdy my będziemy tutaj czekali na nich w ukryciu. Pójdą do wody Chelly, aby napoić konie, a wówczas napadniemy na nich znienacka.
— Przewidujesz więc, że nie pojadą prosto przez bród, lecz zabawią tu chwilę?
— Tak. Na rozległej przestrzeni, na bardzo rozległej, jest to jedyne miejsce, gdzie z wysokiego brzegu łatwo zejść do wody. Nie przepuszczą tedy sposobności, wloką bowiem ze sobą squaws i dzieci. Kiedy znajdą się na dole, wpadniemy na nich z góry hurmem  — — —
— Hurmem? Musimy zostawić kilku wojowników przy koniach i jeńcach!
— Ani jednego. Przywiążemy jeńców i konie do drzew. Każde dwie ręce przydadzą się do walki. Skoro biali policzą nasze siły, wyrzekną się myśli oporu. Mój stary brat niech rozważy, w jakiej sytuacji się znajdą! Z prawej i lewej strony — strome ściany łożyska, przed sobą — Chelly, a za sobą naraz trzystu wrogich wojowników. Byliby chyba obłąkańcami, gdyby chcieli się bronić.
— A jeśli spróbują się salwować?
— Nie może to być! Dokąd się zwrócą?
— Do Chelly.
— Do wody? Wiedzą niegorzej od nas, jak łatwo zastrzelić pływaka. I jakaż to hańba dla nich, gdyby można było o nich powiedzieć, że opuścili kobiety i dzieci, których bezpieczeństwo było im powierzone!
— Mokaszi ma słuszność. Jego mowa rozproszyła moje wątpliwości. Możemy spokojnie oczekiwać białych, ponieważ będą zmuszeni poddać się bez walki. A następnie to samo powtórzymy z psami Nawajów!
— Tak, zwabimy ich do głębokiego łożyska Zimowej Wody i nie wypuścimy stamtąd.
Uff! To dopiero będzie radość, gdy, zaczajeni za skałami, drzewami i zagajnikami, będziemy mogli ich powystrzelać, jednego po drugim, bez uszczerbku dla siebie. Uff, uff, uff!
Indjanie coraz bardziej się ożywiali. Gdybyż to wiedzieli, kto nad nimi leżał i podsłuchiwał ich narady! — Winnetou cofnął się nieco i pociągnął Shatterhanda za rękę.
— Wycofamy się? — zapytał pocichu biały.
— Tak. Wystarczy nam, co słyszeliśmy. Niech mój brat idzie za mną.
Podpełzli do krawędzi skały. Old Shatterhand opuścił Winnetou na lassie, poczem i sam ześlizgnął się przy pomocy wodza Apaczów.
Powinni byli opuścić miejsce równie niepostrzeżenie, jak przybyli. Czołgając się, wracali tą samą drogą, i szczęśliwie dotarli do miejsca, gdzie już się mogli swobodnie podnieść. Przeprawiwszy się przez bród, wyszli poza obręb niebezpieczeństwa. Tu zatrzymali się i Winnetou rzekł:
— Chcą zastawić na nas pułapkę, i ani wątpią, że nas przymkną!
— Tak, to świetna pułapka, bardzo dobra! A my wejdziemy!
— Tak. Mój brat ma te same myśli, co ja. Sprowadzimy Nawajów; ci zamkną za nami otwartą pułapkę w taki sposób, że Nijorowie sami w niej utkwią. A teraz wróćmy do Szi-So! Niema potrzeby wysyłać tego młodego, dziarskiego wojownika do Nawajów, albowiem sami ich odwiedzimy.
Chciał się oddalić. Wówczas Old Shatterhand położył mu rękę na ramieniu i rzekł:
— Mój brat niech poczeka chwilę! Jeśli mamy jutro wejść w zasadzkę, to musimy przedtem się upewnić, czy to ta sama, o której teraz słyszeliśmy?
— Mój brat mniema, że Nijorowie mogą co zmienić?
— Tak. W takim razie wejdziemy w pułapkę, nie znając jej zatrzasku.
— Słusznie! A zatem ja tu pozostanę, aby śledzić Nijorów. Mój brat Old Shatterhand potrafi lepiej ode mnie rozmówić się z białymi mężami i kobietami. Niech więc do nich jedzie z zawiadomieniem.
— Dobrze! Na noc możesz opuścić to stanowisko; wystarczy, jeśli jutro rano przyjdziesz.
— Tak. Muszę zresztą wrócić do swego konia. Przy nim przepędzę noc.
— A więc chodź!
Wracali tą samą drogą, którą przybyli, ale tym razem mogli się nie kryć, gdyż osłaniał ich mrok. Szli po otwartym stepie, co pozwalało im na szybszą marszrutę. Po drodze omawiali sposoby wykonania planu.
Przenikliwy ich wzrok przeszywał oćmę leśną. Wkrótce zbliżyli się do wybrzeża. Zawołali na Szi-So, odpowiedział i wyszedł z końmi z pomiędzy krzewów, śród których się ukrywał.
— Dobranoc! — rzekł Winnetou, biorąc konia za uzdę i kierując się ku zagajnikowi.
— Dobranoc! — odpowiedział Old Shatterhand, dosiadając swego konia.
Wzięli, oczywiście, także swoje strzelby. Szi-So był może zdumiony rozstaniem się obu myśliwych, ale nie śmiał o nic pytać. Dosiadł wierzchowca i pojechał za Old Shatterhandem.
Mknęli jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Old Shatterhand zapytał młodzieńca:
— Szi-So nie wie, co się święci?
— Dowiem się o tem — odpowiedział uprzejmie Indjanin.
— Dowiesz się później. Narazie powiem ci tylko coś, co cię bardzo uraduje: widziałem twoich rodziców.
— Naprawdę, naprawdę? Gdzie?
— Na tamtym brzegu. Jechali z licznem wojskiem w poszukiwaniu Nijorów.
— A więc w nocy rozbiją obóz! Gdybym ich mógł powitać!
— Muszę właśnie do nich śpieszyć; możesz mi towarzyszyć. Myślę, że jeszcze w ciągu tej nocy zobaczysz ojca i matkę. Czas nagli. Pojedziemy galopem!
Jedno krótkie słówko, a rumak pomknął jak strzała; Szi-So pojechał za nim, z radością myśląc o spotkaniu z rodzicami.
Odszukanie obozu białych nie wymagało wielkiej przenikliwości, gdyż Old Shatterhand poprzednio z Samem Hawkensem wyznaczył miejsce na jego rozbicie. Przybyli też po krótkiej, ale szybkiej jeździe; ku zdumieniu i radości zastali w obozie wodza Nawajów wraz z jego białą squaw. Nastąpiło powitanie, które poprzednio opisaliśmy. — — —




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.