Król Piast/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Król Piast
Tom II
Podtytuł (Michał książe Wiśniowiecki)
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1888
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.

Częstochowa, któréj wizerunek cudowny tysiące pielgrzymów ściągał od wieków, — w tych latach była jeszcze nowym, świeżym okryta blaskiem wspomnień obrony od Szwedów.
Wszystko tu jeszcze przypominało te chwile walki nierównéj, gdzie po jednéj stronie stała ziemska pięści potęga, szwedzki żołnierz liczny, zbrojny, wprawny, uzuchwalony zwycięztwami — z drugiéj garstka mnichów, gromadka ludzi pościąganych losem pod chorągiew Matki Bozkiéj. Zwyciężcy wszędzie Szwedzi, wysiliwszy się na zdobywanie małéj twierdzy, siłą niewidzialną bronionéj, w końcu z niczém odejść musieli.
Rozgłos téj obrony, imie Kordeckiego, nadawały miejscu temu nowy blask, aureolę szeroko roztaczającą się nad błogosławioną świątynią na niewzruszonéj opoce. Świeże jeszcze pamiątki tych dni heroicznéj walki, — cierpień, niedostatku, trwogi naprzemian i nadziei spotkać można było wszędzie. Tam tylko, gdzie tego wymagało bezpieczeństwo, pozalepiano wyłomy, pozapełniano szczerby, zakryto blizny chlubne; gdzieindziéj stérczały w murach kule bezsilne, widać było drogi i ślady pocisków, które się rozbiły o słabe ściany kościoła i klasztoru.
Żyli jeszcze ludzie, którzy tu walczyli, co byli świadkami tych dni, już jako starożytne jakieś dzieje ozłoconych blaskiem legendy, opromienionych cudami.
Nie było w podwórzach, przy narożnych basztach, w krużgankach miejsca, z którem by się jakieś nie łączyło wspomnienie. Starzy dziadkowie kościelni drżącemi rękami pokazywali gdzie stał Kordecki, którędy dobijali się Szwedzi. Nieme teraz też same działka niewielkie odpoczywały na murach, które ich zwycięzko obroniły.
Historja była tak cudowną, tak dziwną, iż słuchając jéj pielgrzymi płakali, klękali i całowali ziemię uświęconą tą łaską niebios...
Wszystko znowu powróciło na miejsca swe, co w obawie nieprzyjaciela naówczas skrywać musiano, owe skarby, które nęciły żołdaków dobyto, mnogie vota okrywały wspaniały, hebanowy ołtarz Ossolińskich, a lud podwojonemi zgliszczami płynął z całéj Polski, z sąsiedniego Szlązka, z Rusi, do łaskami słynącego obrazu.
Szczególniéj we dnie czci Marji poświęcone, mała twierdza, przedmieścia i wioseczki poblizkie nie mogły pomieścić pątników.
W końcu Lutego następującego roku, chociaż żadna z tych uroczystości nie przypadała, Częstochowa, twierdza, miasteczko, okolice były przepełnione przyjezdnemi. Do klasztoru ani się docisnąć było można, liczne straże wojskowe ustawione były wszędzie i tłumowi napływać nie dawały. Nie był on téż podobnym do tych gromad pobożnych wędrowców, które tu pieszo przyciągały z kijmi w rękach i węzełkami na ramionach. Ogromne wozów tabory rozciągały się pod murami, namioty i chałupy, mimo pory zimowéj, osłaniały ludzi i konie, nie mogące się w murach pomieścić.
Nadzwyczajne przygotowania kazały się domyślać jakiegoś obchodu wspaniałego. We wrotach głównych widać było rusztowania świeżo pobudowane, a obok nich stosy zielonéj jedliny i jałowców. Około kościoła na drabinach ludzie rozwieszali długie sploty gałęzi, mające przyozdabiać ściany. Wszędzie ruch i krzątanie się były nadzwyczajne, — kominy buchały słupami gęstego dymu, a naprędce z kamieni i cegieł powznoszone kuchnie żarzyły się niezmiernemi ogniskami, przy których całe sztuki zwierzyny i różnego mięsiwa się piekły. Strażom zbrojnym, chodzącym z halabardami, rozpędzającym tłumy, ciężko było je w granicach naznaczonych utrzymać. Krzyki dawały się słyszeć tu i owdzie. Tymczasem dzwony zwykłym porządkiem wołały na modlitwę — a z kościoła słychać było brzmienie organów i dobywające się pieśni.
Niedaleko od wnijścia bocznego do kościoła, obok szeregu ławek, straganików i budek, w których sprzedawano obrazki, szkaplerze, medaliki, świece i vota różne, w gwarze ciągle płynącego dwoma prądami ludu, stało dwóch szlachty, ludzi średniego wieku, jeden chudy z szyją długą, którą kołnierz kożucha lisiego po troszę osłaniał od zimna, drugi okrągławy z twarzą mocno zaczerwienioną, z uśmiechem na ustach w wilczurze podpalanéj i ciepłych butach.
— A co? a co? — mówił żywo, spluwając ciągle baryłkowaty szlachcic — nasz król szlachecki, albo się to gorzéj prezentuje niż ci, którzy go poprzedzili?? Ot, jak wystąpił!! — a nie powiedzą téż, aby się małżeństwem upośledził, boć bierze arcyksiężniczkę austryjacką, cesarską córkę, którą sama cesarzowa aż tu do Częstochowy ma przeprowadzić! Sub intelligitur że i posag musi być cesarski i splendor niemały spływa na naszego elekta!
Szlachcic z szyją długą słuchał obojętnie, oczyma biegając dokoła.
— No — no, panie Grzegorzu — odparł po namyśle — tak ono to się wszystko wydaje w łaskawych oczach waszych — ale... ba! ba! ba!
I ręką począł w powietrzu dziwnie kręcić, głową téż potrząsać, a po ustach uśmiech mu szyderski latał.
— Na oko, w istocie — mówił daléj — splendidissime wszystko to wygląda. Możnaby sądzić, że pan nasz szczęśliwy, potężny, bogaty i że mu ptasiego mleka tylko braknie — a no w rzeczy saméj wcale jest inaczéj.
Grzegórz zdumiony, z za pasa ręce okryte futrzanemi rękawicami wydobył.
— Co acindziej mówili — zakrzyknął — możeż to być?
Szlachcic o długiéj szyi strząsnął się, bo mu zimno być musiało, i rzekł:
— Ja tu, mosanie, na mrozie i wietrze długo w konwersacji nie dotrzymam, chcesz pogawędzić, idźmy gdzie pod dach, bo wiatr smaga i mróz się wzmaga...
— A gdzież tu pod dach? — westchnął Grzegórz — wszędzie jak nabito...
Za husarzami, za hajdukami, za czeladzią królewską nigdzie się nie docisnąć...
— Ja tu mam braciszka znajomego, a po troszę i pokrewnego — przerwał z otuchą... Mała figurka, bo nawet nie mszalny tylko — braciszek, ale wiele dziś znaczy, bo mu, słyszę dozór nad spiżarniami i piwnicą powierzono...
— A jakże wy się chcecie do niego dostać, — zawołał Grzegorz, — to to właśnie jak na lep wszyscy muszą do niego się ściągać — i oblegać.
Chudy głową potrząsnął.
— On nikogo nie wpuszcza do siebie — rzekł — a choć w sukni zakonnéj chodzi, ale to taki zawadyjaka, że sobie nikomu nie da imponować, a i siłę ma potemu, bo z jego garści trudno całym wyjść. Dla tego pewnie go na straży tych skarbów postawiono... Chodź no za mną — sprobujemy...
Probować w istocie trzeba było i nie bardzo szczęśliwie przecisnęli się do klasztoru, bo im bliżéj murów i wnijść, tem tłum stał gęstszy, a gdzie niegdzie tak zbity że na wpół zduszone niewiasty w niebogłosy krzyczały.
Nie byłoby się im może udało wnijść do środka, bo tu straż wojskowa niedopuszczała lada kogo, gdyby u drzwi bocznych klasztoru nie wybiegł w habicie paulinów, w czarnéj z futerkiem czapeczce na głowie, mężczyzna olbrzymiéj statury, z twarzą rumianą, z oczyma na wierzch wysadzonemi, z wargami na wpół otwartemi jakby niedokończonem wołaniem.
— Ojcze Czesławie! — zawołał rękę ku niemu wyciągając w lisiurkę odziany, — na miłość Bożą, pozwól nam we dwu przysiąść i spocząć u siebie!!
Usłyszawszy ten głos błagający, skrzywił się, niezmiernie zajęty i spieszący zakonnik, ale poznawszy mówiącego, twarz mu się rozjaśniła.
— A, Ireneusz... jak Bóg miły! a ty tu zkąd! zawołał.
— Nie pytaj, a ratuj — odparł chudy — boki mam poobijane, a uszy bodaj poodmrażane... Zlituj się!
— Wielu was jest? zapytał Czesław.
— Dwu tylko, dwu! daję słowo...
— Czekajcież tu na mnie, gdy powracać będę, rzekł głos zniżając zakonnik, zabiorę was z sobą...
Dokończywszy tych słów, a odpowiedzi nie czekając, puścił się O. Czesław pośrodkiem największego ścisku i ciżby i tak sobie umiał przejście zdobywać potężnemi rozmiarami, że się aż słaniali ludzie. Znikł wkrótce gdzieś w stronie kuchni, a oczekującym nie pozostawało nic tylko rękami bić po plecach dla rozgrzania się i nogami tupać.
Chwila oczekiwania wydała się dosyć długą, ale tłum znowu falować i przeć się zaczął, a czarna czapeczka z uszami O. Czesława wypłynęła po nad głowy a i mnich dał im znak aby w ślad za nim postępowali...
Nie było to łatwem, bo miejsce sobie musieli przebojem zdobywać, ale w progu z pomocą zakonnika zsunąwszy się po dwu stopniach w dół znaleźli się w korytarzu, gdzie już nie było takiego natłoku, mogli odetchnąć, chociaż i tu pusto nie było.
Ruch panował wszędzie...
Szli w milczeniu daléj i coraz daléj krużgankami aż do drzwi które kluczem z kieszeni wydobytym otworzył O. Czesław i wpuścił ich do wnętrza i za sobą je zatrzasnął.
Nie była to cela zakonna, jak się spodziewali, ale rodzaj składu czy spiżarni, na ten czas w wielkim nieładzie...
O. Czesław witał ich uśmiechem...
— Dwa stołki może sobie gdzie znajdziecie, albo zydel, albo pustą faseczkę, odpocznijcie, — ja czasu niemam... Patrzcie co tu się koło mnie dzieje.
W istocie nie jedna ale dwie izby dosyć obszerne, polspione, które para okien po nad samą ziemią umieszczonych olśniewała skąpo, bo w dziedzińcu ludzie stojący całkiem je prawie zasłaniali, wyglądała na spiżarnię na wpół zrabowaną.
Nie było czasu porządku utrzymać żadnego. Tuż przy drzwiach ogromną baryłkę czuć było octem, którego pełną być musiała... dalej parę beczek z liwarem i z balijkami — ogromna fasa z nadwerężonemi obręczami, na podłodze konewki, wiadra — necki.. Na ścianach pułki zastawione były garnkami przeróżnéj wielkości czarnemi, czerwonemi, białemi, butlami i słojami. W drugiéj izbie był wprawdzie stół jako tako z desek zbity i rądelek przy nim, ale jedno i drugie zarzucone naczyniami i szmatkami, tak że miejsca tu sobie znaleźć nie było łatwo.
— Gospodarujcie, siadajcie, a mnie nie pytajcie, zawołał O. Czesław... nie mam na nic czasu. Zdano na mnie spiżarnię królewską, w części i klasztorną, głowę tracę... Gdzie tu temu wydołać!.. A nakradną przy téj sposobności — strach pomyśleć. Cynamon, gwoździki, pieprze najprzedniejsze cetnarami im trzeba wydawać!
Chwycił się za głowę; ale nie tracąc czasu, mówiąc ze stołu wziął gąsiorek próżny, powąchał go, przystawił z lejką do beczki, natoczył płynu bursztynowego koloru i postawił przed gośćmi, którzy na zydlu przysiedli... Oczyma poszukał kubków, prędko je zdjął gdzieś z pułek i rzekł.
— Ogrzejcie się... ale nie przebierajcie miary. —
Okrągłemu szlachcicowi cała twarz drgać i śmiać się zaczęła, aż do najmniejszéj zmarszczki... Zdawało się że nawet włosy trochę po zdjęciu czapki rozrzucone wesołość tę, oblicza dzielą.
— Dobroczyńcą naszym jesteście! zawołał, bo to mróz, wiatr że człowiek do szpiku kości przemarzł...
— To ostatki już zimy, przerwał zakonnik, dziś a jutro nastąpi odwilż i wiosna...
— Ej? ej? podchwycił p. Ireneusz — a wy to zkąd wiecie?
— Pijawki mi to powiadają, a to nigdy nie chybia — odpowiedział O. Czesław, który nie przerywając rozmowy, ciągle się krzątał, chodził, cóś dobywał, zawijał, mruczał, ważył na szalkach... a na chwilę nie spoczął.
— Panu Bogu podziękuję, gdy się to wszystko skończy, mówił — a Najjaśniejsi państwo do Warszawy odjadą. Szczęść im Boże!! Ale, dziś dopiero wieczorem sam król przybywa, jutro ślub: uczta potem a wesele, tak że ledwie na św. Kaźmirz ztąd wyruszą. Przez wszystek ten czas, ani się pomodlić, ani zdrzemnąć. Modlitwy odmawiam chodząc, a często jednę pięć razy poczynam, niemogąc dokończyć. Pan Bóg mi to przebaczy, bo i pierwsze posłuszeństwo niż nabożeństwo, wedle reguły zakonnéj.
— Ale to na was zbyt wielkie włożono brzemię, kochany wujaszku — odezwał się chudy p. Ireneusz, żeby wam choć do pomocy kogo dali...
— Miałem ich dwu! zawołał O. Czesław — cóż myślicie? tylko mi przeszkadzali a bałamucili — wolę sam... Otarł pot z czoła, bo mimo chłodu, pocił się i cały był zdyszany..
Ireneusz spoglądał na niego z czułością wielką...
— Jak mi was żal! wyjąknął, ale dla króla to naszego czynicie — a to jest nasz król, nasz!!
— Jakto — nasz? zapytał zakonnik...
— Bo myśmy go a nie panowie i senatorowie królem okrzyknęli — rzekł Piotrowski, gdyż on to był...
— No — to ja wam powiem, rozśmiał się O. Czesław, że choć się jutro z cesarzówną żeni, choć go splendory królewskie otaczają — ale nie musi wam być wdzięcznym!
— Jak to! dla czego! krzyknął Piotrowski.
Zakonnik się rozmyślił, potarł ręką po twarzy, odetchnął i nie odpowiadając — zapytał.
— Możebyście co przekąsili!..
— A! co tam, przekąsili, podchwycił Piotrowski — nie o przekąskę idzie, ale coście powiedzieli?? Dla czego wdzięcznym być niema?
O. Czesław, który towarzysza swojego siostrzeńca nie znał, zamruczał tylko.
— Ciężka to rzecz korona — ta którą nam na głowie balwierz wygoli, daleko lżejsza i łatwiéj ją nosić...
To mówiąc obrócił się do swych faseczek i począł gospodarować.
Orzeźwiająca woń korzennych przypraw rozeszła się po izbie... krągły p. Grzegorz nosem ją wciągał z przyjemnością.
— Toć to będą łakocie — szepnął — a na te tłumy gości, jak nastarczycie... dalipan ani wiem!..
— Nastarczym — rzekł śmiejąc się O. Czesław, bo nas uprowidowano i my się sami też zmogli na zapas taki, aby lepiéj co pozostało, niż odrobiny zabraknąć nam mogło...
Co wy sobie myślicie? hę? zjedzą nam husarze i wojsko z Senatorami razem czterysta wołów? cztery tysiące baranów, drugie tyle z czubem jagniąt, sto jeleni, pięciu łosiów, parę tysięcy zajęcy, kilkadziesiąt dzików, pięć tysięcy par kuropatw, sześć tysięcy indyków, trzysta bażantów — i cieląt już niewiem wiele...
Szlachta za głowy się chwyciła...
— Tak, tak, śmiał się z ich podziwienia O. Czesław, ale pamiętajcie, że król prowadzi z sobą pułki całe, a to naród żarłoczny... czeladź i ciury też powietrzem nie żyją.
— A cóż oni wypiją!! zawołał okrągły szlachcic.
— O! tego ani wymierzyć, ani obliczyć — pucował O. Czesław, samego przedniejszego wina hiszpańskiego i węgierskiego beczek dosyć naściągano.
— I co to kosztować będzie! zamruczał Piotrowski...
Zakonnik się rozśmiał.
— Króla JMci dosyć, a i klasztor nie mało, bo my choć zakonnicy ubodzy, nie możemy dopuścić abyśmy też panu coś naszemu nie przynieśli. Gdyby mu to przynajmniéj na szczęście było! westchnął mnich, ale. — Ręką zamachnął i umilkł.
— A dla czegoż nie miałby być szczęśliwym? — odparł Piotrowski.
Czesław długo nań patrzył.
— Bo te królewskie i cesarskie małżeństwa, rzekł, kojarzą się na los szczęścia... Nie znają się z sobą przyszli małżonkowie, a często jedno z nich kogo innego ma w sercu, a innemu rękę oddać musi...
Na dwoje babka wróżyła!
— Nasz król — począł Piotrowski — nic mu ująć — młody, przystojny, wedle ich obyczaju ubrany i ufryzowany, grzeczny i układny, czemuby się podobać nie miał??
— Nie zapominajcie o tem że z cesarskiego domu Arcyksiężniczka — mówił ojciec — która może pamięta, jak u dworu nasz król naonczas podkomorzując chodził za stołem... — nosem będzie pokręcać... zamilkł chwilę ojciec Czesław.
— Jako powiadam, po co mu było koniecznie Cesarzownéj albo królewnéj szukać — dodał — wybraliście Piasta, trzeba mu było Rzepichy poszukać, a byłaby się znalazła — z rakuskiego zaś domu...
Ksiądz się zamyślił i urwał nagle... Do drzwi stukać zaczęto — wybiegł za głowę się porwawszy. Z pierwszéj chwili słychać było głosy pomięszane... O. Czesław się spierał i fukał...
Kuchmistrze nalegali i na ostatek poczęto coś wydawać, a szlachcice zdala świadkami byli, jak zabierano oberemkami najkosztowniejsze przyprawy.
— Nam w domu, czasem chrzanem, koprem i kminem obchodzić się trzeba — rzekł Grzegorz — i jakoś się z tem żyje, ale tu... korzenno być musi, a dostatnio... my też ogórkami się obchodzim, gdy im limonij i pomarańcz mało.
O. Czesław powrócił odprawiwszy kucharzy.
— Nie powstydziemy się choćby i cesarskiego dworu i Cesarzowéj matki, która córkę odprowadza — rzekł — Kuchmistrzów mamy, z których jeden pryncypalny u Jerzego Ossolińskiego się aplikował a potem kuchnię prowadził, inni też i za granicą u książąt różnych uczyli się swéj sztuki... Obiecują też cuda! Sami cukiernicy co budują, do postawienia na stołach, to tylko iść patrzeć a zdumiewać się z taką oni sztuką piramidy całe wznoszą... jakby z marmurów, alabastrów, i kryształów...
Piotrowski się uśmiechał, po troszeczku wino cmoktając...
— A gdybyście byli króla tego naszego widzieli, gdy w dzień elekcji stał pod chorągwią, niepoczesny, skromny, zbiedzony... — począł z pod wąsa — na pole przybył bodaj samotrzeć, konie pożal się Boże, barwa wyczesana... i oto cośmy dokazali, dziś on Cesarzównę zaślubił — i tysiącami zamierza gości jego nie nakarmić.
— Ja zaś powiadam wam — przerwał zakonnik, aby tylko wdzięczen był... Nasza głowa kościoła — Prymas cierpieć go nie może choć musi, Hetman także nieprzyjaciel, między Senatorami dobrze połowa wrogi... gdyby mogli w łyżce wody by go utopili.
— Ale królem jest! podchwycił Piotrowski gwałtownie. Na jego miejscu wszystkich tych wrogów króla a per consequens i ojczyzny nauczyłbym rozumu.
— Gdyby było komu pomódz — rzekł ciszéj zakonnik — ale on bez mała, sam stoi jak palec...
Zamilkli wszyscy.
— Teraz już mu szlachcie pomódz będzie trudno — odezwał się pomyśliwszy Piotrowski — ale, jednak, gdyby bardzo Prymas ze swemi bruździł — kto to wie?? możemy stanąć przy nim i obronić.
O. Czesław zamilkł...
— Biedny to człowiek, rzekł po chwili, wiem od tych co go otaczają. Męczennikiem jest — a siły mu P. Bóg nie dał do takiéj walki nieustajnéj, gdzie na każdym kroku trzeba patrzeć sidła i zasadzki... Powiadają że czasem wszedłszy do gabinetu swego modli się a płacze... czasem wybucha, ale to ogień słomiany, podrażni tylko nim nieprzyjaciół, a nazajutrz zmięknie... A przytem — dodał ciszéj zakonnik — szczęścia niema! Nic mu się nie wiedzie, Bóg go kocha bo mu krzyże zsyła. — Dla tego ja i tego małżeństwa więcéj się obawiam niż niem cieszę.
— Hm! mruknął Piotrowski.
O. Czesław sparł się na stole i pochylił ku niemu.
— Ks. biskup chełmiński — ciągnął daléj, — panu i królowi jak najlepiéj życzył swatając arcyksiężniczkę Eleonorę, ale czy o tem wiedziała co ludzie powiadają, że była przeznaczoną księciu Lotaryńgskiemu i z nim od dzieciństwa w wielkiéj i serdecznéj poufałości?? Jedzie tedy pewnie ze łzami do nas, a ze wstrętem do narzeczonego jéj męża... a że krew w sobie czują cesarską... ten zaś potulny i łagodny jest — czego się tu spodziewać?
— Ale bo — gwałtownie podchwycił Piotrowski, — wy mój ojcze, widzicie wszystko tak czarno, że aż mnie się zrobiło straszno w duszy... niech Bóg uchowa!! Król, mężczyzna!! powinien się postawić tak aby mu nikt nie śmiał...
Dobrodusznie O. Czesław począł się śmiać mocno.
— Ireneuszu mój — zawołał — widziałeś ty kiedy mężczyznę aby nad niewiastą górę wziął? i nigdy w świecie! Dla tego ojcowie kościoła zowią ją kusicielką, istotą nieczystą, niebezpieczną. Grzech i kara na ziemię przez nią przyszły...
— Ale też i odkupienie — przerwał Grzegorz...
Zakonnik zamilkł chwilę...
— Tak, ale na to było potrzeba istoty bez zmazy poczętéj i nad wszystkie niewiasty wyniesionéj — odezwał się poważnie.
A no dosyć téj teologij! — dosyć. Oto macie po kawałku piernika — dodał, — pijcie wino, zakąście i wynoście się, bo ja muszę do ojca przeora, a potem do innych spiżarni... Wszystko na mojéj głowie.
Odprawieni w ten sposób goście, dopili kubki i podziękowawszy za przyjęcie wyszli nazad w podwórce, gdzie ścisk się jeszcze powiększył, bo ciągle nadjeżdżały wozy królewskie i sługi. A około murów, bram, pełno było drabin i ludzi na nich kończących przyozdobienia...
Kolebki na saniach właśnie zatrzymały się były za służbą i jezdny który im towarzyszył wołał niecierpliwie dopominając się stanowniczego... a nie łatwo go było odszukać.
W tłumie szeptano, że z Warszawy przybyły panie dworskie z ochmistrzynią, które przyszłéj królowéj frauencymer składać miały i w istocie z zafiranek widać było wyglądające i kryjące się zaraz od ciekawych oczu twarzyczki kobiece.
Nim stanowniczy się zjawił jeszcze, młody dworzanin królewski pędem przybiegł do kolebek i począł do nich zaglądać szukając kogoś znajomego. Był to Kiełpsz, a domyśleć się łatwo, że kogo innego tak chciwie szukać nie mógł tylko panny Heleny Zebrzydowskiéj, o któréj wiedzieć musiał, że się tu znajdowała. Jakoż wykrzyk wesoły oznajmił że ją znalazł, ale twarz która się ukazała witając go tak była blada i smutna, że nawet Kiełpsza wnet ostudziła.
— Czekamy niewiedząc gdzie wysiąść i pomieścić się — odezwała się Hela obojętnie... Nigdy tu nie byłam... a moją pielgrzymkę radabym rozpocząć od ołtarza Matki Boskiéj, bo ona tu panią i gospodynią... Ale same z panną Popielówną i towarzyszką moją nie trafiemy...
— Ścisk okrutny — ale wziąwszy jednego z czeladzi — odezwał się Kiełpsz, — podejmuję się panie do kaplicy wprost poprowadzić.
Kobiety już wysiadać miały, gdy Sobolewski stanowniczy przypadł zdyszany i niedopuścił, mówiąc że wyznaczone komnaty mają na dole, a z nich daleko łatwiéj korytarzami dostać się do kościoła, nie potrzebując przez tłum się przebijać.
Tak się téż i stało, on i Kiełpsz wysadzili wszystkie panie przed samemi drzwiami, u których straż stała i towarzyszyli im do sklepionych pokojów dla nich przeznaczonych, w których ciepło było i mniéj więcéj na przyjęcie gotowo. Rozumie się tylko, że przy takim natłoku, panie się musiały obozowem na ziemi posłaniem zaspokoić. Młode i wesołe prawie wszystkie gościnę tą klasztorną przyjęły śmiejąc się i ochoczo.
Kiełpsz, który Helą wprowadził nie miał siły się od niéj oddalić chociaż ona wydawała się tak zmęczoną, była tak milczącą, jakby jéj wszelkie towarzystwo ciężyło.
— Każesz mi pani sobie pokazać drogę do kościoła? — jestem na usługi — odezwał się. Gdyby nie to nie byłbym natrętnym.
Kilka towarzyszek Zebrzydowskiéj oświadczyło też chęć pomodlenia się naprzód przed cudownym obrazem i Kiełpsz, teraz tytułujący się Krajczym przyszłéj królowéj, — poprowadził je znanemi już sobie przejściami do kościoła i kaplicy.
Tu jednak mimo godziny w któréj się już żadne nie odbywa nabożeństwo, ścisk pobożnych był tak wielki iż fraucymer królowéj z największą trudnością się mógł dostać do kaplicy... przepełnionéj pobożnemi, z których wiele krzyżem leżało, płakało i modliło się głośno..
Cisza panowała tam i tylko przejmującemi niekiedy przerywana westchnieniami pobożnych, a z podwórców głuchy zaledwie szmer dochodził...
Hela upadła na kolana i cała pogrążona w jakiemś uczuciu głębokiem, zdała się zapominać co się do koła jéj działo. Z oczyma wlepionemi w obraz ciemny modliła się gorąco. Kiełpsz stojący nie daleko dojrzeć mógł płynące po jéj twarzy łzy... Długa chwila upłynęła tak nim nareszcie zmęczone podróżą powstawać zaczęły, a jedna z nich szepnęła Heli, iż także powinna była iść a spocząć.
Wstała więc i ona, powolnym krokiem z Kiełpszem idąc za swemi towarzyszkami.
— Króla się dziś spodziewamy — rzekł Kiełpsz... — i radzibyśmy doczekać...
— Jedzie — krótko odparła Hela.
— Pani go pewnie widziała? — mówił daléj Kiełpsz — mnie się wydał gdym go opuszczał tak smutnym, że mi się aż serce ścisnęło. Ktoby się domyślił że na wesele jedzie?
Hela westchnęła.
— Pan wiesz że go zmusili do tego, — odparła smutnie Hela, — ksiądz Olszewski głównie, który koniecznie chciał z domem Cesarskim związku, bo się obawiał aby francuzkie intrygi nie uwikłały króla. Ale tak jedno jak i drugie ożenienie — biednemu panu...
Niedokończyła i zamilkła.
— O już to że biedny to biedny, — szepnął nowo mianowany Krajczy, — my co się ciągle o niego ocieramy wiemy to najlepiéj. Prymas i Hetman w czem mogą i jak mogą szkodzą, nękają, sprzeciwiają się, prześladują, a on — zbyt dobry jest.
— A i to prawda — przerwała Hela żywo — nadto powolny i łagodny — ale natury jego nic zmienić nie potrafi... Co to małżeństwo mu gotuje — dodała — jeden Bóg wie... Miał dotąd przynajmniéj czasem chwilę wytchnienia — teraz i tę mu ono odbierze...
— No — rzekł Kiełpsz — ja się tém pocieszam, że arcyksiężniczka młoda, król miły i umiejący serca pozyskiwać, nie może to być aby ona się do niego, a on do niéj nie przywiązał.
Na twarzyczce bladéj panny Zebrzydowskiéj nagle zjawił się rumieniec, oczy jéj błysnęły ogniem jakimś dziwnym, wargi zadrgały, lecz nic nie odpowiedziała długo — a potem cicho szepnęła.
— Daj Boże! daj Boże!
— Pani widziała jéj konterfekt? — zapytał Kiełpsz...
— Tak — król mi go pokazywał — odparła krótko.
— Dosyć przystojna — odparł Krajczy.
— Ja tego nie znajduję — rzekła Hela — twarzyczka pospolita, a wyraz jéj dumny... Zresztą malarze nie zawsze trafiają.
— I to téż pani słyszeć musiała — szepnął Kiełpsz — bo to wszyscy powtarzają, że była słyszę przeznaczona, innemu... Lotaryngskiemu podobno, z którym się znała od dzieciństwa.
— Żal mi jéj — odpowiedziała Zebrzydowska — ale się za swój los na naszym panu mścić gotowa...
— Ja niewiem — począł młody Krajczy — ale mnie się zdaje że naszego króla choćby kto miał nawet ochotę nienawidzieć, on go swą dobrocią i łagodnością rozbroi. Prawda że tego starego nieznośnego klechę niepotrafił skruszyć, ale — to człowiek nie... dobry... niech mu Bóg nie pamięta.
Szli tak po cichu rozmawiając powoli, aż ku drzwiom pokojów przeznaczonych dla fraucymeru. Kiełpsz westchnął.
— Panno Heleno, rzekł pocichuteńku — kiedyż ja się doczekam tego co dla mnie jest życiem lub śmiercią?? Mam przyrzeczenie że...
Hela podniosła oczy ku niemu.
— Panie Zygmuncie — odezwała się — cierpliwości! Myślmy teraz o królu nie o sobie.
— Ale ja już czekam tak długo?
— Chcesz więc abym prędzéj mu — podziękowała? i powiedziała — nie mogę?
— A! Boże uchowaj! krzyknął aż nazbyt głośno zapominając się Kiełpsz. Gotówem czekać byle nie dostać grochowego wianka. Ja wiem iż jéj wart nie jestem, panno Heleno — ale kocham tak...
Nastąpiło milczenie. Szli już do drzwi, Kiełpsz schylił się do jéj ręki, pocałował ją i musiał odejść, a frauencymer wesoło wbiegł do przeznaczonego mu mieszkania.
Krajczy zadumany wolnym krokiem udał się ku wyjściu. Co chwila króla się spodziewano, a choć przyjęcie tego dnia nie miało być, uroczyste — duchowieństwo, senatorowie i wojsko wyglądało przybycia.
Późno już kolebka otoczona znacznym oddziałem jazdy, a za nią, dwie inne, wszystkie na saniach, ukazały się we wrotach i król wprost udał się do kaplicy, na któréj progu biskupi, przeor i mnogi kler oczekiwał na niego. Lubomirski i jeden z młodych Paców mu towarzyszyli.
Przed ołtarzem padł na kolana i modlił się. W godzinę potem już — sam jeden — siedział z Lubomirskim zamknięty, wyprosiwszy sobie spoczynek. Marszałek dworu przyjmował gości w refektarzu... Wieczerzę dla króla podano mu osobno... — ale tego dnia — ów co jeść zwykle lubił i był smakoszem, nic prawie nie tknął.
Lubomirski patrzył i ramionami poruszał.
— Zmęczony jesteś — rzekł z dumną poufałością do niego.
— Nie — odparł Michał — jestem jakiemś przeczuciem, trwogą niewypowiedzianą tęsknicą przygnębiony.
Załamał ręce.
— Ja jéj, ona mnie nigdy kochać nie będzie — począł chmurno. Obojętną może pozostać — serca zmusić niepodobna, wiem że kocha innego, ale mścić się zechce na mnie za to że los mnie jéj narzucił.
— To są urojenia — rzekł Lubomirski, tak jak ów projekt wydania jéj za Lotaryngskiego jest plotką. Tworzysz sobie troski przedwczesne... Król westchnął i ręce na piersiach złożywszy chodzić począł.
— Wszystko to być może — rzekł, nazwij urojeniem jak chcesz — czuję nadciągającą burzę nową. Powiedz mi com ja zawinił że tak pokutować muszę. Wiesz co cierpię...
— Zawiniłeś, bracie mój a najjaśniejszy panie, odezwał się Lubomirski usiłując rozmowę uczynić weselszą — tem, że wszystkich chcesz rozbrajać dobrocią, ujmować łagodnością.
— Próbowałem iść za radą waszą — przerwał król — sam wiesz żem kilka razy otwarcie i groźno wystąpił cóż to pomogło? podrażniło ich tylko.
— Bo wiedzieli dobrze iż to nie wyszło z ciebie, ale z nas, że trwać nie mogło. Bądź nieubłaganie surowym.
— Cóż to pomoże? uśmiechając się smutnie odparł król — Prymasa złożyć nie mogę, skarżyć się na niego do Rzymu, — nie pomoże nic. Hetmanowi władzy niemam odebrać prawa. Ufają w to — i póki ja i oni żyją — wojna trwać będzie.
Lubomirski zamilkł...
Zapukano do drzwi, wszedł dworzanin służbowy.
— Co przynosisz? spytał król.
— Cesarzowa stanęła na noclegu szczęśliwie i nasz posłaniec przybył oznajmić o tém. Zdaje się że do jutra też i śnieg tajać zacznie, bo się na odwilż zbiera, kolebki więc nasze pójdą łatwo, a gościniec już ludzie spędzeni z okolicy znacznie oczyścili.
Król dał tylko znak głową, dworzanin wyszedł. Stał długo w miejscu zadumany...
— Gdy mnie okrzyknięto — odezwał się do Lubomirskiego chmurno — mimowolnie mi się wyrwało z ust Transeat a me celix iste, dziś też same wyrazy powtarzam w duszy — ale kielich żywota mego pełen goryczy spełnić potrzeba do dna! Bądź wola Twoja!.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.