Konopielka/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Edward Redliński
Tytuł Konopielka
Wydawca Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza
Data wydania 1973
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Zachodze. Jest uczycielka, jest Dunaj, Dunaicha i Kozakow Stach Jej Bohu. Uczycielka chodzi wielkimi krokami pod ściano, tam i nazad, Dunaicha ściany bielo, Stach Jej Bohu dechy hebluje, długie.
Uczycielka, jakaż ona wysoka, większa ode mnie, długa, cieniutka. A uroda cygańska, oczy czarne, włosy czarne kręcące sie, cera czarniawa. I żadnej sodomy gomory na niej nie widać: młodziutka, milutka.
Co cie gnało, mówio Dunaj, wilki?
Grzegor!
Abodajby jego małanka spaliła, co on już dokazuje, ten Grzegor! klno Dunaj. Że to ni ma na niego sposobu! Opowiadaj.
To im opowiadam jak było: stanoł ja pod chwojo, popatrzyć na jełowiec z rosochami, co mówio że pod nim złoty koń zakopany, aż tu coś z tyłu jak nie skoczy na mnie, cap za włosy! Jakoś udało sie wyrwać, tylko czapka została sie w jego rękach. Pewno zadusić chciał!
Nu i co? pytajo sie Dunaj uczycielki. A wy wczoraj nam tłómaczyli, że duchow nima!
Jakże ni ma, ja na to, wczoraj ja na własne uszy słyszał Grzegora, jak cepem młocił w stodole.
Uczycielka dawaj wypytywać, na co on umar ten Grzegor. Mówim że przy sianie dziewiętucha jego ukąsiła, taka kuzaka, co jak ukąsi, to dziewiątego dnia sie umiera. A wypalić jad żelazem, ona na to. My: nie, nic z tego, nima na hadzine ratunku. Ona: A czemu niby Grzegor ma straszyć? My: naznaczony był, białe włosy miał, białe brwi, czerwone oczy, bezdzietny!
Uczycielka kręci głowo, śmieje sie, tłómaczy, że mnie sie wydało: chce pan, zaraz pójdę z panem po czapkę i nic mnie za włosy nie chwyci. Ale o tym Grzegorze porozmawiamy jeszcze nieraz: na razie znajdźmy kwatere, panie Dunaj. Naprawde tak trudno znaleźć jakiś pokój z łóżkiem?
Może u ryżego Litwina na chacie? zastanawiajo sie Dunaj.
Na chacie? dziwi sie ona. Na dachu?
To Dunaj tołkujo, że na chacie znaczy w pokoju: u nas na duże izbe mówi sie chata, a na małe zapieco. Litwin z żonko śpio na chacie, a moglib swoje łóżko oprożnić dla pani, jakby przeszli zapiec, na łożko babczyne, bo babka śpio sama. Tyle że trzeba wcisnąć babke do dzieciow.
Dunaicha pytajo, jakże obydwoje Litwiny zmieszczo sie w babczynym łożku? Niewąskie ono, ale zobacz ty, jaka Litwinicha gruba! Toż jej dwiema rękami nie obejmiesz!
To może Litwinow przenieść zapiec z ich łożkiem, a babczyne wystawić dla pani do pokoju? radżo Dunaj, zapomniawszy, że babczyne łóżko krótkie, o, tyle trzeba by paninych nogów uciąć, żeb sie pani zmieściła, pokazuje jej ile. I radze, że lepiej bedzie jak do dzieciow abo do babki pójdzie Litwin, a pani legnie z Litwinicho: Litwinicha gruba, pani cieńka, zmieścicie sie.
Uczycielka sie przeciwi: nie, nie, ja chce spać sama, musze mieć oddzielne i łóżko i pokój.
Zaraz, zaraz, a u Kuśtykow? przypomniało sie Dunaisie: Na Szymonowym szlabanku, co?
A dzie legno Szymon, jak sie im zabierze szlabanek, pytajo Dunaj.
Dunaicha najpierw bez słowa w głowie wszystkich układajo, przekładajo, a poprzekładawszy tłómaczo: Na nowym łóżku śpio Handzia, Kazio i Stach, na starym babka, Jadzia i Szymonicha, Szymon na szlabanku, w pokoju. Zrobi sie tak: Szymon zostawio szlabanek dzie był i bedzie pani miała i spanie, i pokoj. A teraz co z Szymonem: Szymona sie położy zapieco na starym łóżku.
Z babko, żonko i córko? krzywio sie Dunaj: To ja stary by nie ryzykował, a Szymon? Toż on z dziesięć lat młodszy!
Ścichnij plejto, ciągno Dunaicha, Jadzi sie z Szymonem nie zostawi: ona przejdzie na nowe łożko, a Szymon zostanie z żonko i babko. Dunajewi sie nie podoba i to, że Jadzia miałaby na nowym łożku spać z Handzio, Stachiem i Kazikiem: Toż Jadzi już lat z siedymnaście, Stachowi ze dwadzieście, jakże kłaść ich w jednym łożku!
Dunaicha nie ustępujo: A czyż ja mówiła, że Stach bedzie leżał bok w bok z Jadzio? Trzeba ich rozdzielić! Dajmy na to Jadzie położyć od ściany, a potem Handzie, a ileż jej, z dziesięć lat, potem Kazia, ileż jemu, ze dwanaście! A za Kaziem, z brzega, ten Stach, najstarszy.
Ale ale, kto ich tam noco upilnuje, poprzełażo, nie dowierzajo Dunaj. A Dunaicha wywodzo, że nowe łożko stoi w jednej izbie ze starym: czyż stare nie naglądno, czy tam młode nie dokazujo?
Po mojemu bezpieczniej bedzie przerzucić do chłopcow nie Jadzie, ale babke, radzo Dunaj, babce osimdziesiont pare.
Tak? A Jadzie zostawić z Szymonicho i Szymonem? Z ojcem rodzonym? Ty Stachu zdaje sie wstydu ni masz!
Ale Dunaj uciszajo żonke, że już jest sposób: A tak, bedzie spał Szymon z córko i z Szymonicho, tylko że Jadzie trzeba położyć od ściany, potem Szymoniche, potem Szymona.
Ot i jakoś wydumalimy razem. Nu to co? Niech panienka bierze waliski, pojdziem!
Nic z tego, ja ogłaszam: Jakże Szymon ma spać z Jadzio i żonko, kiedy noga!
Co noga?
A podkurczona! Toż dwie baby spalib jemu na kuśtyku!
Dunaj aż za głowe sie złapali z żalu, ale Dunaicha nie ustępujo: Przekręci sie na taki bok, żeb kuśtyczysko wystawało jemu nie na łóżko, ale za łóżko, a Dunaj: Boj sie Boga, kobieto, całe noc trzymać noge za łóżkiem? Kto wytrzyma!
Ławke pod noge podstawi!
Ależ i święty nie wytrzymałby nocy na jednym boku!
A jak Filip śpi na ławie? Jeden bok odleży, to co robi? Przekręca sie głowo tam dzie nogi i znow kolana ma do chaty, nie w ściane. Tak samo Szymon, przekręci sie nogami na poduszke: bok sobie zmieni, a kuśtyczysko znowuś bedzie sterczało za łóżko, jak sterczało!
Uczycielka stoi pod ściano, trzewiczkiem o trzewiczek postukuje, a odziana letko, w jakiś paltocik z kapiszonem, sukienka ledwo kolana zakrywa, głowa goła, bez chustki, słucha i głowo kręci z podziwu, że tak wszystko wiemy, i raz po raz czub z oczow odgarnia. Dunaj ogłaszajo, że jest lepszy sposob!
No no? Zaciekawiło nas, co też Dunaj wymyślili. A oni, że u Złośnego Bartoszka murek nie zajęty! Niech tylko Bartoszek pójdzie na murek i już całe łożko puste!
Dunaicha sie przeciwio: pani ma życzenie, żeb mleko było. A Złośnemu krowa zdechła.
A prawda, wzdychajo Dunaj, tak kiepsko, tak niedobrze.
Wtem za ręke mnie łapio: A Kaziuk krzyczo, toż u niego krowa ocieliła sie!
Przestraszyli mnie:
Jakże u mnie, bronie sie, toż my same w mituś śpimy! A uczycielka: W mituś? Co to takiego?
Dunaicha tłumaczo, że spanie w mituś to w przekładanke, jedne drugim nogami pod głowe, jak snopki, tak więcej mieści się w łożku. Ale Dunaj od razu jo pocieszajo, że nie bedzie z nami w mituś spała: Toż u ciebie Kaziuk drugi pokoj jest! Pokoj pusty i łożko puste!
Puste, bo tam zimno, mowie, szyba wybita.
Nu to wstawisz!
Skąd szkło wezme?
Dobra, szkło bedzie, moja w tym głowa. Nima co, niechaj pani waliske składa, idziem do Kaziuka, cieszo sie Dunaj, dzieciak umar, Handzia wolniejsza, lepiej zadba, ugotuje!
Ja tylko do lata, panie Kazimierzu, powiada ona przymilnie, niech sie pan nie boi, gmina zapłaci za kwatere.
I wychodzo z Dunaicho zapiec. A Dunaj caps mnie za rękaw i tołkuje z bliska: człowieku sto złotych dostaniesz, sam by ja sie połakomił, ale chata już na klase oddana, a zapieco miejsca nimo.
Sto za rok, namyślam sie, czy to tak dużo?
A oni: Sto za miesiąc, człowieku!
Za miesionc? O, choroba, sto za miesiąc, dużo pieniondza! Ileż to mączki, gwoździow, nafty można dostać u Kramara, za sto złotych! Ale czy oni czego nie knujo? Czemu dajmy na to Kozak jej nie bierze? Czemu ty Stachu jej nie bierzesz, pytam sie.
On hebel odstawia: Myślisz, że sie boje? Nie! Ciasnota, a do tego żonka gruba, lada dzień rozwali sie.
A Dunaicha z uczycielko już czekajo na drodze. To i my wychodzim. Dunaj bioro od nich torbe ze skorzanymi pasami, ja czarne płaskate skrzynke z rączko, idziem, Dunaj pierszy, za nim Dunaicha, potem uczycielka, ja na końcu, a głowa huczy od tego wszystkiego! Uczycielka wsadziła ręce w kieszonki i stąpa delikatnie: łydki cienkie, tyłek maleńki, a wysoka jak palma i jak wierzbowa palma giętka, idzie i gnie sie, przegibuje: czasem pod prąd ryby tak sie przeginajo, bluszcz na nurcie tak faluje. Stąpa sobie, przegina sie i włosy z oczow odrzuca raz po raz.
Lekcje zrobimy na dwie zmiany, ogłasza do Dunajow, do obiadu dzieci młodsze, po obiedzie starsze.
Wtem spod płota wyłażo Szymon Kuśtyk: Niech bedzie pochwalony Jezus Hrystus i czapke zdymajo przed uczycielko.
Na wieki wiekow, dzieńdobry, odpowiada ona, Kuśtyk dołączajo, hycajo nad ziemio: tu ręko sie podepro, tam podskoczo, nadążajo za Dunaicho, na uczycielke popatrujo z dołu. I pytajo sie wreszcie jakie litery bedo uczone: i pisane i drukowane?
Tak, mówi ona, pisane i drukowane.
Czytać pisane i drukowane, i pisać pisane i drukowane?
Pisać tylko pisane.
E, to słabo. Nieboszczko Grzegor pisał drukowanymi.
A pisanymi?
Pisanymi nie umiał, on na książkach wyuczony. A czytał tak prętko, jakby rozmawiał! Pani które litery bedzie uczyć, polskie czy ruskie?
Polskie.
A ja umiem pare ruskich. Umiem be, we, cze i że. Kiedyś uczył tu u nas ruski partyzant, ale jakieś przyjechali i zabrali jego. A czy to prawda co mówio, że od czytania rozum miesza sie?
Może, ale nie tylko od czytania. Znałam jednego co zwariował, choć nie umiał ni czytać, ni pisać.
A czy nie nazywał sie Boluś?
Nie, Rurka Jerzy.
Bo u nas był kiedyś durny Boluś, ale w świat poszed i zaginoł. A może to był Boluś? może sie przemianował na rurke, głupie to lubiejo. Lewe oko miał niżej?
Nie, obydwa równo.
To nie ten.
Oni gadu gadu, a tu już chata blisko, Jezu, na pewno śmieci nieprzymiecione, słoma spod cielaka porozciągana. Macie, ponieście! daje Kuśtykowi waliske i lece naprzód, dolatuje do chaty, wpadam, a jakże: Handzia w ceberku kartofli sieka, a podłoga jak klepisko po młoćbie! Zamiataj, uczycielka z Dunajami ido!
Przestraszyła sie, zamiast za miotłe złapać, dawaj dzieci lać po dópach, z cielakiem sie drażnili. Co robić? Kołyske łapie, sznury z goździa zdzieram, wynosze, ale już oni w sieniach. Daleko kołyski nie chowaj, niezadługo przyda sie, przygadujo Dunaj, a tu kury im pod nogami skaczo, trzepio sie, wrzeszczo. Trudno, laze po drabinie na góre, rzucam kołyske w ciemno, coś tam przewróciło sie, zahuczało i złaże.
A to ten cielak, co my wczoraj pani opowiadali, pokazujo Dunaj małego w kątku.
Uczycielka przyklękła i gładzi bydlaczka po szyi: Śliczny, jakie śliczne oczy ma, czarnuszek! Ale co wy od niego chcecie, dziwi sie, przecież on całkiem normalny.
On rżał, mówio Dunaj. A ciele powinno meczyć.
Nie wierze, kręci ona głową, zróbcie coś żeby zarżał, wtedy uwierze.
Teraz on meczy, tłómaczo tatko: Ale z początku rżał.
Albo ze mnie kpicie dziadku, albo z siebie, powiada uczycielka i do Ziutka sie odwraca: Jak sie nazywasz?
On oczy kułakiem zatyka.
Nie wstydź sie, mówi ona. Ile masz lat?
Chłopiec fajt, obrócił sie do niej tyłem i w kątek sie wciska, Handzia bach jego po zadku, bach drugi raz: Co ty, dziki? Gadaj jak pani sie pyta.
Ona pogłaskawszy główke pociesza jego, żeby sie nie bojał, my sie jeszcze polubimy, mówi. Dunaicha odmykajo drzwi na chate, pokaż Handzia pokoj panience, mówio, kfaterować u was bedzie. Wchodzo, wchodzim, uczycielka rozgląda sie, a dzie spojrzy, nasze oczy za swoimi ciągnie. Tak oglądnęli my łożko, na łożku poduchy, na poduchach poduszki, na poduszkach poduszeczki, obraz Matkiboski pocentkowany, ławe, kuferek, szmatniki na podłodze.
To pani tkała, pyta sie uczycielka i Handzia czerwienieje, na nas patrzy, nie wie, czy przyznawać sie, czy nie.
Ładne, mówi uczycielka.
Naprawde?
Bardzo ładne.
Dopieroż pochwalona, przyznała sie Handzia, że to jej robota: Ja tkała mowi.
I teraz jak tak stojo koło siebie, baba przy babie, teraz ja widze, jaka różnica między uczycielko a żonko! Jak brzoza przy stogu! Rózga i kopica! Jak konopka, konopielka i jak kapusta. Aż sie widzi, co by było, jakby tak jo Handzia wpół złapała swoimi renkami: toż mogłaby nio wywijać jak snopkiem konopiow, jak gałęzio, jak grabiami!
Ładny pokoj, podlizuje sie uczycielka. A poduszke z okna chyba wyjmiemy: dopóki szyby nie ma, może dykto zasłonić?
Dunaj przyrzekajo, że Kozak to zrobi. I może już pani sie rozgaszczać. Wynieś, Handzia, trochu poduszkow, przysposob łożko do spania. A ty, Kaziuk, chodź na strone.
Wyszli my do sieni.
Najtrudniejsza sprawa ze sraniem, mowio Dunaj po cichu. Dzie ona chodzić bedzie? Toż nie za stodołe!
A coż takiego?
Y, jakoś nie wypada, żeb urzędniczka dópe na wiater wystawiała.
Przyzwyczai sie. A u was dzisiaj dzie chodziła?
Do świńskiego chlewa.
Toż i u mnie chlew jest.
Ale przydałby sie specjalny budyneczek.
E, nie bede deskow marnował na czyjeś wydumki. Jak jej w chlewie kiepsko, niechaj kroi do waliski!
Wracamy sie do chaty, a ona akurat te waliskie odmyka, rzeczy z waliski wyjmuje i z plecaka, i po chacie rozkłada. Stajem przy drzwiach, tato, Dunaj, Dunaicha, Handzia, ja, Szymon i dzieci, patrzym.
Wyjeła najsampierw papierowe torebke i nam podsuneła, częstuje, biore i ja cukierek czarniawy, lepki, słodki, w samym środku trochu gęstej marmuladki. Smoktawszy, patrzym co bedzie.
Wyciąga ona z torby koszule w paski i nogawki, tak, nogawki, też w paski. Sfeter. A potem jakieś pudełeczka i słoiczki, szczoteczki na trzoneczkach, pantofelki i gumiane boty z cholewkami. A z waliski wyjmuje papuge koszulow, majtkow, bluzkow, z sześć książki i kajety. A wszystko to rozkłada na ławie, stole, kuferku. W końcu odwija ze szmaty zygareczek, nie większy od kułaka, zygarek ten nakręca, wskazowki nastawia: naraz dzwoni on drobnym dzwonieniem!
O, dzwoni, chwalo Szymon, ale półgębkiem, bo cukierka w gębie obracajo, a Dunaj tołkujo nam, że to budzik: nastawiasz na jake chcesz pore i sam tobie dzwoni. Chcesz rano, zadzwoni rano, chcesz w nocy, zadzwoni w nocy.
To co, bedzie noco wstawać, pytam sie, choroba niedobrze, nafte bedzie wypalała. A Dunaicha rozczulajo sie nad nio jak nad sierotko: Pani pewno jeść już chce? Tak, tak, na pewno panienka zgłodniała, może Handzia przyszykujesz co prętkiego? Może jajeczni?
E, na co smażyć, jajka najlepsze syrowe, doradzajo tato, a cukierek oblizuje jak kot patelnie.
A dzie tam syrowe! Smaż, rozkazujo Dunaj, hojne, bo z cudzych jajkow ta jajecznia: Jajeczni niech sobie panienka zje, a co, nalatała sie! Jajecznie smażcie!
Handzia smażyć poszła, a my patrzym, co uczycielka jeszcze ma.
Atramenty miała w buteleczkach, ołówki i obsadki, poustawiała ich na stole jedne przy drugich, tata tak ciągneło oglądnoć to z bliska, że aż za kuferek zawendrowali: A panienka ni majo takiej kręcawki, co jak zakręcić, to jedno wylatuje, a drugie z boku naskakuje i brum! stukajo sie i sie błyska? pytajo sie mlaskawszy nad cukierkiem. Ona mówi, że nima takiej kręcawki. Tato chwalo sie: A w Surażu jedna pani miała. Ale ona nie wyszła za mąż, bo chciała do klasztoru. A jej tatko rower miał, uczył sie na nim jeździć, uczył sie, uczył, aż wzięli i ukradli jemu te maszyne! Nie znała ich panienka?
Oj, nie zawracajcie pani dópy, obsztorcowali Dunaicha, ploto, ploto, a pani pewno potrzebuje do pokoju jakieś wiadro z wodo i miske? Nie zapomnij, Kaziuk, wyszykować pani jakiś czyściejszy skopek. A ty, Handzia, co ty, jajecznie w patelni dajesz? Na miske raz dwa przesyp i nie łyżke, nie łyżke dawaj, widelca poszukaj! Ni masz, to pożycze.
Ale tatko dobrze pamiętali, dzie nasz widelec leży: Jest jest, na policy koło kubka z mączko! Handzia nic nie powiedziała, tylko pogroziła im palcem, już oni wiedzo za co, przyniosła widelec, miske, powycierała jedno i drugie fartuchem, jajecznie przesypała do miski, a sama staneła z boku, popatrzyć na jedzenie tego. My tak samo rozsiadamy sie, kto na ławie, kto na kuferku, dzieci na progu, Szymon na kuśtyku.
Usiadła przy obrusie, chleba ukroiła sobie nie skibke, ale listek i trzyma w dwóch palcach przed sobo, jakby pokazywała co trzyma. I widelec ściska leciutko i zgrabnie i robi tak: skosem ucina trochu jajeczni, nabiera, niesie widelcem i pac! ni to wrzuca do środka, ni zgarnia językiem, prędziuśko, leciuśko. Teraz łypy zacisnąwszy, żuje, a przeżuje, to chlebem zakąsi. Chleb żuwszy opuszcza widelec do miski, ale jeszcze nim nie dziobie: dożuwa, a widelec sobie czeka w misce, ona w tymczasie popatruje po ścianie, po szlaczku, co leci pod sufitem, kogutki tam namalowane i rożyczki. Potem znowuś jajeczni łyknie, żuje, przeżuwszy popatruje, to na Matkeboske, to na makatke z gołombkami. Jadła tak, jadła, wtem na nas spojrzała i jak nie buchnie śmiechem! No to i my sie z nio śmiejem, bo ładnie sie roześmiała, wesoło. Wyśmiawszy sie, patrzymy sobie dalej, ona już nie rozgląda sie, tylko w miske patrzy. Nareszcie kładzie widelec, powiada dziękuję, wstaje. Zaraz podchodzi Handzia po miske: A co, dziwi sie, nie smakowało? Smakowało, bardzo smakowało, ale najadłam sie, mówi ona. Handzia niesie miske zapiec, my za nio, patrzym: z pół jajka niezjedzone! I czemu? Czy kto widział kiedy takiego, co by wszystkiej jajeczni nie zjad! Kartofli, bywa, nie zje sie do końca, kapusty bywa, zostanie, czasem i żuru nagotuje sie za dużo. Ale jajeczni, ludkowie, czy komu kiedy było za dużo jajeczni!
A może ona, uczycielka, jaka chora? Może sie za co obraziła? Może jakiego robaka znalazła zapieczonego i zbrzydziło jo? Obraca Handzia jajecznie na druge strone: nie nic hadkiego nie widać. A może przesolona? pytajo sie cicho Dunaicha. Próbujem: dzie tam, dobra, tylko jeść i z palcow zlizywać!
Jak jej ta jajecznia nie smakuje, to czymżesz, do choroby, bedziem my jo karmić, pytam sie Dunajow. Nie bojś, pocieszajo Dunaicha, przyzwyczai sie do was, wy do niej.
Uczycielka wchodzi zapiece: znowuś w paltosiku z kapiszonem, kajet w ręku ma i obsadke: To co, panie Dunaj, ruszamy po chatach stódentów spisywać? Ty, Ziutek, też bedziesz chodził do szkoły, mówi, głaskawszy chłopca po włosach. I wychodzo z chaty, Kuśtyk z nimi.
Nareszcie my sami w domu, bo cały dzień ruch był jak na weselu. Patrzym sie, ja na Handzie i tata, tato na nas, Handzia na mnie, patrzym sie i czegoś straszno sie robi. A już ciemnawo w chacie.
Tak, straszno. Wszystko niby jak było: piec ten sam, sagany, stołki te same, dzieci te same, niby tak samo, a jakoś inaczej! Nasza chata, a trochu jakby nie nasza! Słychać zygarek za drzwiami: straszno, nikogo tam nima, a on cyka, jak żywy. Jak jaki zwierzaczek!
Żeb ona jakiego nieszczęścia nie przyniosła, powiadajo wreszcie tato. A Handzia: E, taka cieniutka?
Sto złotych za miesiąc, pocieszam.
A tu zaszamotało się w słomie i co sie nie robi: cielak wstaje na przednie nogi! Wstał i zaraz bach gębo w słome.
Ale nic, znowuś próbuje: mocuje sie, podryguje, stęka, i co widzim: dźwignoł sie jakoś! Przednimi nogami stoi, zadnimi jeszcze siedzi, jak pies. Jak wilk. Tylko brakuje, żeb morde zader i zaczoł wyć do pułapu.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.