Kościół Święto-Michalski w Wilnie/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


(4 Października 1639 r.).

Nie każdy pójdzie do nieba,
Ale każdemu umierać potrzeba!

Prawda.

Z gmachów akademii wytoczyła się większa część młodzieży z Zarankiem na ulicę Biskupią i hurmem pobiegła ku kościołowi św. Stanisława i dolnemu zamkowi.
— No, kto ma ręce, panowie, niech tu idzie, zaprzęgnijmy się do armaty, inaczej jej nie pociągniem — zawołał Zaranek — a bez niej dyablo trudno dać będzie radę. Nie mamy się czem bronić i napastować, bo nieboszczyk król — bodaj zgnił w piekle Niemiec — surowo zakazał używania i noszenia rusznic[1], i odtąd mało ich kędy zobaczysz. A jak to działo weźmiemy, a do niego kule i proch, dopieczem niem dysydentom!
Gdy to mówił, kilkunastu porwało armatę i potoczyło ją jak piórko ku ulicy Zamkowej, wzdłuż której spierały się tłumy ciekawego ludu.
— Tak! to dobrze! — zawołał Zaranek — naprzód! zmieniać się kolejno. A gdzie amunicya?
— Jest! jest! ruszajmy! ruszajmy! no dalej! — Tak wołając i krzycząc, doszli do bramy Zamkowej, lecz tu spotkała ich przeszkoda. Niepodobna było przecisnąć się przez tłumy, ale Zaranek zapalony, z iskrzącemi się oczyma, z szablą w ręku, przodkował swoim towarzyszom, rozpędzał, gromił, łajał, namawiał. Udawało się to przez czas niejaki: nareszcie tłum różnego rodzaju ludu tak silnie drogę im zastąpił, że krokiem dalej ruszyć się nie mogli. Zaranek przecisnął się trochę, i widząc przed sobą szlachcica wysokiego wzrostu, z czapką aksamitną na bakier, z siwym wąsem, w wytartym kontuszu orzechowym, z karabelą pod ręką, zawołał:
— Hola! panie szlachcic! a ustąp jeno trochę, przejdziem tylko z armatą na tych zborowych.
Szlachcic odwrócił głowę, spojrzał marsem, splunął i obracając się do jakiejś otyłej kobiety w czółku lamowym, adamaszkowej spódnicy i chustce jedwabnej, bąknął:
— Słyszysz jeno, moja panno! ten hajdamaka chce mię spędzić z drogi! hm! A ja — dodał, obracając się do Zaranka — ani tobie, ani nikomu krokiem nad sobą nie dam przodować, żeby i samemu królowi Jegomości. Hę? Kto mi zabroni stać tu, kiedy mi się podoba?
— Ja! — zawołał zapalony Zaranek — czas nagli, radzę ci, panie szlachcic, precz z drogi, bo szablą pokażę, którędy mnie masz ominąć.
— Ho! ho! myśliszże, żem ja z domu z kijem wyszedł, migdaliku? — odpowiedział szlachcic. — Fiu! fiu! mam i ja, mój ciaścioszku, szablicę ongi na Turkach zdobytą, która już nie jednemu takiemu zuchowi, jak wasze, rozpłatała łbisko na ćwierci!
— Powtarzam ci raz jeszcze: z drogi, bo ja tu nie jeden! — rzekł Zaranek — potrafim cię stąd odepchnąć, aż się oprzesz na Rosie. Nie certuj się, bo nam pilno, idziemy bronić świętego Michała od kalwinów, prowadzim armatę, ustępuj, bo ci ją pociągniemy po grzbiecie!
— E! panie Macieju! Jegomość się ustąp do licha! — szepnęła tłusta jejmość na ucho szlachcicowi — to jakiś zawadyaka, gotów cię i zabić!
— Ho! alboć to ja rąk nie mam!... Ja waści radzę, skręć się na prawo, koło klasztoru, bo tędy prosto, jak mi miły Bóg i Najświętsza Panna Ostrobramska, krokiem cię nie puszczę! Rób, co chcesz!
Ledwie kończył te słowa, Zaranek z szablą, wzniesioną nad głową, przystąpił ile mógł dla natłoku ku niemu i pchnął go z drogi. Ale szlachcic nie dał się zwojować: lewą ręką chwycił żonę, aby ją w tłumie nie ściśnięto, drugą świsnął szablicą i gotował się do obrony. Bardziej jeszcze oporem rozjątrzony Zaranek zmarszczył się, porwał go za kark i przez łeb tak silnie ugodził, iż krew trysnęła. Mimo rany, szlachcic nie ustąpił, podniósł szablę i krzyknął:
— Ratujcie, panowie bracia!...
Zaranek ciął go raz drugi, szlachcic zachwiał się, a żona jego, czepiając się do niego, wołała:
— Kochany mężu! ustąp temu rozbójnikowi! — Z płaczem i lamentem wierna żona, zasłaniając go sobą, nie przestawała błagać, aby zszedł na stronę. Ale nic nie pomogło, uparty Mazur stał jak wryty, a Zaranek, zniecierpliwiony, uderzył silnie płazem przez plecy żonę szlachcica, ciął go jeszcze raz po głowie i pan Maciej padł na ziemię bez zmysłów.
W jednej chwili odsunąwszy tę zawadę, odpychając naokoło, z krzykiem i hałasem posunął się dalej Zaranek, rozkazując prowadzić za sobą armatę. Tysiące przekleństw szło za nim.
— Do turmy go, do turmy!... — wołano zewsząd — rozbójnik! trzymajcie go!! łotr! Bodaj go własna matka nie poznała!!
Zaranek nie zważał na te krzyki, otarł skrwawioną szablę o połę kontusza i prowadził dalej towarzyszów, przeciskając się z trudnością przez lud, grożąc i prosząc wedle okoliczności. Na zawrocie Święto-Michalskiego zaułka spotkali rudego Zabłockiego.
— Napróżno się tędy ciśniecie! — zawołał na nich przybywający — ani armata, ani wy nie możecie przejść tędy. Tu właśnie sieką nasi piechotę. Trzeba się wrócić na Bernardyński zaułek.
— O! pleciesz — przerwał nieustraszony Zaranek — a szabla od czego?
— Choćbyś ich miał sto, nic tu nie pomogą! jeszcze gdyby wy tylko sami, to może; ale z armatą ani myśleć. Wierz mi, nie tracąc czasu, wracajmy na Bernardyński zaułek, tam przynajmniej niema piechoty.
— Ha! cóż robić, zawróćmy się jeszcze bracia: a prędzej, żeby nam kto nie uciekł. A ty, mój Judaszu rudy, powiedz, co się dzieje koło zboru?
— Ho! kuso! kalwini ani nosa nie pokazują; okna już we zborze niema ani jednego całego i muru dobrześmy nadbili. Tylko te psy dyabelską jakąś mocą bramę trzymają, że jej żadna siła ludzka sprostać nie może!
— Damy jej rady z armatą!...
Zawrócili się nie bez trudności na wązki, Bernardyński zaułek, na którym natłok nie tak był wielki, jak na Zamkowej ulicy. Uszedłszy dopiero kroków ze dwadzieścia ku kamienicy kupca Desausa, której druga brama wychodziła na zaułek, ujrzeli, iż niepodobna było wprost przedrzeć się na plac, bo ścisk w tem miejscu był nie do pokonania.
Nie zraziło to jednak przebiegłego Zaranka, który umiał, kiedy chciał, dobić celu. Obrócił się ku tylnej bramie kamienicy kupca Desausa, zawołał kilku towarzyszów, sparli ją i spróchniałe podwoje runęły na podwórze, a po gruzach ich Zaranek z armatą i akademikami rzucił się w dziedziniec, chcąc się przedrzeć na placyk.
Zostawały jeszcze jednakże do pokonania drzwi żelazne ogromne, bo armata inaczej jak przez sam sklep Desausa wejść nie mogła, a sklep był zaryglowany silnie. Porwano z dziedzińca kamienie i po kilkakrotnem uderzeniu odbito zamki i wprowadzono armatę do sklepu. Akademicy, pobudzani wspomnieniem obelg ucierpianych od piechoty, służącej kalwinom, rwali się do zemsty z nadzwyczajnym zapałem.
Ostatnie drzwi łatwo otwarto, gdyż były tylko zaryglowane ze środka, i widok zamieszania i zgiełku ich uderzył.
Mnóstwo księży z krzyżami w ręku krzyczało na lud, poduszczając go; biły dzwony na gwałt, leciały kamienie na dach zboru, na wieżyczkę zegarową, na dzwonnicę; co tylko było pod ręką, użyto dla dostania się do środka, ale kalwini ubezpieczeni byli grubym, wysokim i niedostępnym murem. W zborze nikogo nie było widać, żadnego stamtąd nie dawano oporu, zdawało się, jakby się wszyscy stamtąd wynieśli, chociaż nie było innego wychodu, nad dwie bramy: jedna przy domu Daniela Naborowskiego, druga z boku na dziedzińce, obie zaparte ze środka; domyślano się, że lękając się pocisków, musieli skryć się w dolnych mieszkaniach, gdzie od nich bezpieczni być mogli.
Jak tylko otworzyły się drzwi i armata pokazała się w sklepie Desausa, rozstąpił się lud; Zaranek z pomocą młodzieży wprowadził ją na placyk, ustawił przy samej dzwonnicy Święto-Michalskiego kościoła, nabił i w momencie, z ogromnym hukiem, kula roztrzaskała mur, otaczający zbór i zrobiła ogromny wyłom. Wszyscy rzucili się do środka, a pospólstwo, widząc na roścież otwarty sklep Desausa, wbiegło i rozerwało wszystko, co tylko wpadło pod ręce; tak, że w chwil parę pozostały tylko gołe półki, szuflady i nic więcej z całego składu Francuza. Jego samego nie widać było, i wszyscy się domyślali, że się z córką do piwnicy skryć musiał: nikt tam jednak po niego iść nie myślał, bo nie było po co kupcowi powracać do sklepu, gdyżby w nim ni odrobiny dawnych nie znalazł zapasów, tak go dobrze pospólstwo oczyściło.
Tymczasem przez wyłom w murze młodzież z szablami wzniesionemi rzuciła się do zboru, pod przewodnictwem Zaranka. Przebiegli dziedziniec, gdzie żywej nie napotkali duszy, i wszyscy razem pośpieszyli do środka.
Zupełne milczenie panowało wszędzie, w górnych mieszkaniach zboru, w celach nie znaleziono nikogo; w sali tylko, w której się odprawowała biesiada, wszystko okazywało, że się z niej niedawno oddalono.
Powywracane krzesła, puhary i dzbany, porozlewane zapewne z pośpiechu wina, spływały po podłodze, kilka płaszczów niebieskich leżało po krzesłach, ale nigdzie żywej duszy.
W dolnych mieszkaniach, dokąd się część napastników udała, nie było także nikogo, lecz podobnie jak i w górnych, wszystko oznaczało, że się stąd tylko co oddalono, i nikt domyślić się nie mógł, co się z nimi stało, którędy oni, żony ich, dzieci, drużyna cała wynieśli się tak tajemnie. Mszczono się za nich na wszystkiem, co tylko znaleziono, nic nie zostało całego; zburzono, zniszczono, zgruchotano do szczętu naczynia, suknie, księgi, wszelkie zapasy, zabierając co się zdać mogło, psując czego unieść było niepodobna.
Nie jeden zbór jednak i sklep kupca Desausa szkodował tak mocno; ze zbliżającą się nocą, mnożyły się liczne bezprawia. Łotry i złodzieje, korzystając z oddalenia się mieszkańców, plondrują po ich domostwach, porywając co tylko na podorędziu widzą, kiedy im nikt w tem nie staje przeszkodą, bo wszyscy jedną sprawą poruszeni, nie już o majątek i dostatki, lecz o przeważną ojców wiarę jednozgodnie się piecząc, w zawieszeniu umysłu i zupełnem zapomnieniu spraw ziemskich skutku starań swoich oczekują.
Sam wojewoda Radziwiłł, wiedząc i poczuwając się, jak wiele był winien przeciw ludowi pobłażaniem bezprawi swojej piechoty, nie omieszkał tajemnie z miasta się oddalić, lękając się ze strony obrażonej jakiego na życie swoje zamachu. Nie wiedziano dokąd się udał z córką swoją, którą kochając jako klejnot swej duszy, nie chciał zostawić samą jedną w niepewnych losu trafunkach.
W tej chwili ukazał się dopiero w całym blasku tryumf katolików, z tak dawna już przyciśnionych. Nikt z kalwinów nie ważył się nigdzie pokazać na ulicach, i wszyscy jak w wodę wpadli. Walały się ciała zabitych żołdaków wojewody, nad któremi pospólstwo nielitościwie się pastwiło. Tłumy rabusiów tymczasem napadały domy, obdzierały kościoły i pod zasłoną nocy i zamieszania niesłychane broiły bezprawia i swawole.


Przed kościołem Bernardyńskim, na cmentarzu, w bramie kościoła świętej Anny, kilku żołnierzy z wojewódzkiej piechoty stało, drżąc z przestrachu. Było ich sześciu i między nimi krył się Rakowski, sługa pana Piekarskiego, którego bojaźń wytrzeźwiła już nieco.
— No! chodźmy! — zawołał jeden, wysokiego wzrostu i okropnej twarzy — wszyscy Bernardyni pouciekali z klasztoru do Dominikanów i Franciszkanów... możem śmiało drzwi wyłamać i nieźle się pożywim.
— No! dobrze! ale cicho! cyt! ostrożnie! bo jak kto posłyszy, ukamienują nas w kościele. A słyszycie! koło zboru jeszcze jak szturmowali, tak szturmują, lud, choć noc, nie odchodzi... No! prędzej! podważyć! o! mocniej! już i po zamku! My tu nic bez światła nie zrobim, pójdźcie, zapalcie latarenkę; drzwi zaprzyjmy, żeby tak na roścież nie stały, byle tylko wiatr nie otworzył.
Tak mówiąc, weszli do Bernardyńskiego kościoła i odgłos ich kroków obił się w oddaleniu o sklepienia, a każde słowo ich ust napełniało ich strachem, rozchodząc się po obszernym gmachu. Długo u drzwi czekali, aż jeden wszedł z latarenką i wszyscy z nim posunęli się na palcach ku wielkiemu ołtarzowi. Wtem jeden uderzył się o coś i stanął.
— A to co po środku?
— To trumna! — odpowiedział drugi, podsuwając latarnię. — Wartoby obedrzeć trupa, jeśli jest co koło niego. Hej! panie bracie, wieko odejmij... latarnię postaw na ziemi! Ho! co ja widzę? jakaś panienka! Ale co to za hałas koło zboru! Panie Boże! żeby nas tu te opętańcy nie zeszli. Leży blada, jakby spała, a zimna, jak kawał lodu! co to za paluszki w tych rączkach, białe, pulchne, musiała być bogata. Rączki te nie pracowały, bo bardzo ładne, jeszczem takich nie widział! o! otóż i zdobycz! pierścionek na palcu! przecież i to coś warto! ściągnę!! a jucha!! palce pobrzękły! ani weź! tfu, do dyabła!
To mówiąc, tak silnie pociągnął trupa za palec, że trumnę wywrócił i martwe ciało padło, jak kawał drzewa, opodal na posadzkę. Nie rozczulił się tem jednak bynajmniej rabuś, posunął tylko bliżej latarnię, uchwycił znowu za palec trupa i targał nim silnie, póki nareszcie pierścienia nie zerwał.
— Ha! przecież! — zawołał z dzikim uśmiechem — pewno się nikt za życia tak nad tą panną nie wymęczył, jak ja po śmierci i to dla marnego pierścionka! a pierścionek... — rzekł, zbliżając się do latarki — może i nie złoty, ale pewno go miała od kochanka, nieboraczka! na nim dwa serca i dwie rączyny! biedna!! a teraz wala się po ziemi... Chodźmy, bracie Grzegorzu, nie traćmy czasu — dodał, popchnąwszy nogą trupa — chodźmy do ołtarza i zakrystyi, tam więcej złota znajdziemy.
I posunęli się ku wielkim drzwiom, na lewo od wchodu w głębi będącym. Poodbijali szuflady, schowania, powyjmowali kielichy, patyny, monstrancye, wota; wszystko, co tylko w ich oczach jakąkolwiek miało cenę, nie uszło ich łapczywości. Kiedy się nareszcie przebrało, a powszechna cisza wróżyła, że Bernardyni nie wracają, lękając się napadu, bo od zboru lud jeszcze nie odchodził, jeden z nich zawołał:
— No! a gdybyć to jeszcze pójść do sklepów! nie jeden tam leży wojewoda: Pac, Radziwiłł, może jaki Sapieha! obedrzem pasy, buty, karabele, może znajdziem pierścienie, lub inne precyoza, to nie wadzi... Tędy łatwo, odwaliwszy kamień!
— Tylko strach, żeby nas tu nieboszczyk jaki nie zatrzymał za kark i nie położył w trumnie, na swojem miejscu.
— O! czyżeś ty takie dziecko, żebyś się bał upiora! Zresztą weźmiem święconej wody, a do północy daleko, ledwie dziewiąta, uwiniem się i basta... o tu! tu! Chodźcieno! pomóżcie mi kamień odwalić! tak! za ucho! weź z drugiej strony! no!... mocniej! pomóżcieno tam jemu, bo słaby jak gołąbek!... jeszcze! jeszcze! odwal na bok! powoli! nogi mi potłuczesz!... ot tak!! — Kamień grobowy odwalił się z łoskotem, a jeden z łotrów, świecąc w otworze latarnią, zawołał:
— A czy są wschody?... no! są! uważnie! chodźcie za mną, powoli, bo tu ślizko i zimno dyabelnie, zupełnie jakby w grobie!
— Pfe! co za smród!... zgnilizna jakaś!! dalibóg, gdyby nie pierścionki tych nieboszczyków, nigdybym tu za życia nie wlazł do tej dziury, a po śmierci jestem pewny, że nie będę, bo Bernardyni darmo do lochów nie wsadzą, a ja nie mam czem zapłacić! Powoli! to ostatni stopień, idźcie prosto za mną! Szelmy nietoperze! co ich tu lata nad głowami. A szczury... o tu im rozkosz! Hej! Mateusz, odemknijno wieko tej trumny! bogata! obita aksamitem pąsowym, ze złotym galonem... nieboszczyk musi mieć choć pierścień lub spinkę, albo kawał złotogłowiu!
— O! patrz jeno! sterczą czarne kościska, jak pałki od maku, kiedy im główki pozrywają. Jaki łeb... a palce!... o... sygnet błyszczy na kościach. Jemu on nie potrzebny, daj go tu... zda się... poszukaj koło przegniłego kontusza, czy niema tam spinki złotej?
— Niema!
— Szkoda!
— Nie zamykaj, niech się trupisko przewietrzy!
— Ot, tu na prawo...
— Co?
— Jakaś błyszcząca trumna!
— Napisano coś na blasze!
— Podaj latarkę!
— Nie przeczytamy, bo nie umiemy, ale blacha srebrna, obedrzyjno ją; zobaczym, co w środku...
— Powoli, bo trumnę wywrócisz, a po ziemi trudno między kościskami szukać złota i drogich kamieni.
— Fiu! jaka gidya, rycht cepy te ręce! ale czółko ze złotogłowiu... weź je...
— O! na ręku coś błyszczy... jeden, dwa, trzy pierścienie!
— Daj tu! tu! daj! ale jak poczerniała jejmość nieboraczka! tfu! ktoby to uwierzył, że te kości i proch paskudny i śmierdzący był kiedyś kobietą, pewno ładną, kochaną... ktoś ją może nieraz w tę ręczyska popróchniałe całował, aż mu po sercu chodziło! a teraz... ho! chodźmy dalej, panie Antoni!
Po pustych sklepieniach odbijały się kroki rabusiów, którzy tak od trumny do trumny się przechadzali i brali co mogli, póki szelest jakiś na wschodach, prowadzących do lochów, nie przerwał tego zatrudnienia.
— Cyt! czy nie idzie kto? — Uciszyli się, ale oprócz oddalonego gwaru ludu, który jeszcze zbór oblegał, bliżej nic słychać nie było.
— No! chodźmy dalej! przywidziało się waszmości ze strachu! tu żywy duch nie zajrzy! możemy być spokojni, panie Marcinie!...
— Prosto! prosto przed siebie... do tej trumny trzeba zajrzeć.
— Hm! wieko zabite, nie oderwiem, bo jeszcze nie spróchniałe... niema na co tracić czasu; a co tam?
— Tylko co nie padłem! czort mi pod nogi kości naniósł i jakąś głowę jak wiadro, pośliznąłem się na tej czaszce i tylko co, żebym się za antabę nie chwycił, byłbym upadł szkaradnie, a co gorzej, zgasłaby nam latarnia!
— Ostrożnie! no! czy słyszysz? dalibóg, coś szeleści, jakgdyby kto chodził za nami... strach mię bierze!
Gdy to mówił, mimowolną przejęci bojaźnią, skupili się wszyscy sześciu między dwie trumny: najśmielszy wzniósł naprzód latarnię, spojrzeli i wzrok ich utonął w ciemnościach, a ucha doszły tylko oddalone, słabe głosy od zboru i nic więcej...
— Próżno tylko straszysz nas, mosanie... to szczury chodzą, a tobie się zdaje, że ktoś idzie... Już ja ci ręczę, że tu nikt nie zajrzy...
— Zobaczymy jeszcze w tej trumnie... pięknie obita... napisy jakieś złocone... odwal wieko! ho! no! powoli, bo wyłamiesz!! tak! rzuć je na bok!... poświeć tu! jakiś zawadyaka! patrzno! nie spróchniał!! biały jak wojewodzianka, która nigdy gołego słońca nie widzi, chyba przez zasłony. O! i on też dawno słońca nie musiał oglądać.
— Ale co za fatalna mina! wąsy! czupryna... oczy wypadłe... zobaczno!... tam koło rąk i szyi... czy niema nic?... jest sygnet!
— A na czapce, którą dusi ten nieboszczyk pod pachą... spójrzno! hej! czy niema jakiej spinki... jest! o! i pióro czaple!
— Mole objadły ze wszystkiem! szkoda! ale nieboszczyk nie był ubogi... A jak spokojnie leży... No! znowu coś słychać! dalibóg ktoś chodzi... uciekajmy, to upiór!
Gdy to mówił i z przestrachem toczył wzrok obłąkany po czarnych sklepieniach, na których gdzieniegdzie świecił błędny promyk latarki, od wchodu usłyszano wyraźnie czyjeś kroki... Rabusie pobledli, włosy im stanęły na głowie...
Wtem postać biała błysnęła między trumnami... Wszyscy krzyknęli i padli... latarka potoczyła się daleko między trumny i, powoli błyskając jeszcze, oświeciła osobę jakąś, wielką, w bieli stojącą, błyszczące antaby i galony trumien, i zgasła.
— Czegóż się lękacie, bracia — odezwał się głos od wchodu w tej chwili — czy nie znacie... matki Maryi?... Weszłam tu za wami! ja tak lubię patrzeć na trupy!... szukam mojego synka między niemi!... Gdyby ludzie rośli w trumnach, onby był już dziś ładnym dwudziestoletnim... trupem!! Nie bójcie się mnie!... ja przyszłam popatrzeć tylko na tych ludzi, co tu leżą, jakgdyby nigdy ludźmi nie byli! No! czegóż milczycie? odpowiadajcie przecież!...
Jak tu chłodno!... ubrałam się w białą suknię tej panienki, co tam leży w kościele... a jej oddałam moją... Jej było tak chłodno w tych cienkich sukienkach, tkanych z myśli i pajęczyny... a ja przywykłam... Wybrała się też do grobu, jak na tańce! byłaby uziębła nieboraczka! Trumna nie godowa sala... a ja przywykłam!... Ciemno!... gdzież się ci ludzie podzieli? musieli uciec! czego oni się boją? mój Boże! bezbronnej kobiety! myśleli, żem upiór! Upiór! ach! czemuż upiór mego synka nie przyjdzie do mnie?
Zmordowałam się! Och! dzisiejszy dzień wiele mię kosztował! muszę usiąść... Powoli! jakież tu piękne mam towarzystwo! ilu tu ludzi! jestto drugi świat... ale świat smutny, ciemny, ponury jak moja dusza! milczący!... to dla mnie, dla mnie świat! szkoda tylko, że nikt nie odpowie na moje pytania... Dawniej, ach! dawniej młoda Marya nie chodziła w sukniach umarłych... nie szukała przyjaciół w grobach... bo ich miała na świecie! Stasiu! czemżeś zrobił moje życie?... moje nieszczęście było twoją zabawą... biedny! jam myślała, że ty masz serce... a tyś miał tylko usta i mowę... O! prędzej w jednym z tych spróchniałych trupów od dwustu lat rozsypane serce bić zacznie, niż twoje uderzy choć raz od litości!... Ale dość! czas pożegnać ten świat grobów!... Rabusie uciec musieli! I mnie już czas!... już północ!.. pójdę do Justyny! Gdzież te wschody? ha! znalazłam... Mój Boże! cóż to? oni poszli i z góry kamień zawalili! Jak ja stąd wyjdę?... Trzeba umrzeć, Maryo! włożyłaś białą suknię grobową! trzeba umrzeć! umrzeć! a cóż będzie po śmierci... Po śmierci... nie będzie Stasia, nie będzie syna, nie będzie świata... cóż będzie Maryo?... ach, te ręce, niegdyś tak ładne, oczy, usta... w cóż się obrócą? w proch!... ha, a tym prochem wystrzelona dusza uleci... do nieba!...
Chłodno! czyż ja stąd nigdy nie wyjdę? Nie!... bo któż mi ten kamień odwali! ten kamień jest moja śmierć... za tym kamieniem świat... Staś... syn... Wilia... za nim wszystko... a ja tu! tu same groby! tylko groby! pusto! głucho! bo dusze tych ciał poszły daleko... błądzą sobie po znajomych za życia miejscach! A! ta trumna otwarta! jakgdyby dla mnie! nie gniewaj się, nieboszczyku, że się koło ciebie położę!... Będzie dla nas dość miejsca dla obojga! Trzeba umrzeć! Ach! jak umrę, to mój duch poleci sobie nad Wilię, do domku, gdzie dawniej młoda, ładna... ładna? czyż można piękność wspominać między trupami?... ale ja byłam ładna... byłam kochanką, biegałam po łąkach, za kwiatkiem, za motylkiem, za Stasiem... dziś leżę... w trumnie i cisnę do łona spróchniałe kości... Czemuż umrzeć nie mogę!
O! już umarłam! nie! mój Boże... Staś, mój syn!... usnę trochę, może śmierć we śnie mnie zaskoczy!...
Przeklęty trup, nie chce mi miejsca ustąpić! mnie tak ciasno!
Tu posunęła się matka Marya, wywróciła się trumna i potoczyła się w głębi. Jeden jęk tylko dał się słyszeć... a potem milczenie grobowe.




Przypisy

  1. Konstytucye sejmu 1611 r.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.