Kościół Święto-Michalski w Wilnie/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


(4 Października 1639 r.)

Z małej iskierki wielki pożar bywa!

* * * *

Niktby się pewno nie domyślił, czego pan Piekarski krzyknął tak głośno. Mimo osłabionego trunkiem wzroku ujrzał kawki siedzące na dzwonnicy zborowej, przypomniał sobie wczorajsze strzelanie, i zawołał natychmiast na jednego z pachołków, aby mu Rakowskiego przysłano.
— Sam tu, chłopcze! — wybąknął do niego — zawołaj tu do mnie mego dworzanina!
W moment przystawił się Rakowski, niosąc w spojrzeniu, w ruchach i na twarzy oczywiste dowody, że był także na uczcie, był bowiem tak jak sam pan pijany:
— Skocz do mojej komnaty i przynieś mi mój łuk i strzały... wnet!
— Ale!...
— Idź! ga...a...piu! — zawołał z zapalonemi oczyma pan Wacław, który nie cierpiał, aby mu się sprzeciwiano, kiedy był pijany. Rakowski poszedł, a on pozostał z oczyma wlepionemi w dzwonnicę i kawki.
— Hm! otóż i jedna poleciała! do milion szatanów! — bąknął pod nosem — a ten cham się nie śpieszy;... i druga: a łotr!... — To mówiąc, w zapale gniewu pobiegł mimo zawracającego mu głowę napoju Piekarski ku drzwiom sali, otworzył je i z podziwieniem ujrzał, jak nieposłuszny sługa, rozparłszy się nad stołem, wychylał jeszcze miód z ogromnego cynowego dzbana i ani myślał się ruszać. Rakowski tyłem był obrócony do wchodzącego i nie widział go póty, póki nie uczuł okropnego grzmotnięcia w kark pięścią.
— A psia jucho! — zawołał Rakowski, sądząc, że go któren ze sług uderzył — żeby ten dzban nie był cudzy, gębę bym ci nim zamalował do sądnego dnia... — Wtem obejrzał się, a widząc pana swego, postawił dzban na stole i z najzimniejszą krwią dodał:
— Przecież pan miej litość nad sługą, jabym tak i bydlęcia nie uderzył.
— Idź po łuk, wisielcze, sk........
— Otóż miałem iść właśnie, kiedyś mnie pan tak w kark zagadnął, aż mi się w oczach odezwało i bo...
— Milcz, hultaju, a....a... a idź coprędzej, bo ka...a...wki pozlatują, chamie! idźże do trzykroć sto tysięcy...
— Idę, idę, tylko proszę nie bić, bo nie wrócę...
— Prędko!... prędko! — wołał pan Wacław i potoczył się do sali, a Rakowski, oglądając się jeszcze i macając nadtłuczonego krzyża, wybiegł ze zboru po łuk i strzały. Wychodząc ze zboru, trzeba było iść koło dzwonnicy, na dzwonnicy siedziały kawki. Rakowski śpieszył się, jak opętany, a że po pijanemu trudno i chwilę pomilczeć, więc nie mając z kim rozmawiać po drodze, świszczał, krzyczał, hałasował, śpiewał i wybijał sobie takt ręką na nodze. Ptaki nie bardzo lubią muzykę, więc na zbliżenie się pana Rakowskiego wszystkie kawki zleciały z dzwonnicy i poszły sobie spokojniejszego szukać kąta; a pan Piekarski, siedząc w oknie, klął ze złości nieostrożność swego fagasa, który w chwil parę, biegąc i zataczając się po całym dziedzińcu, wrócił z łukiem i strzałami i wleciał do sali.
Nagły widok jego dziwne na podochoconych biesiadnikach zrobił wrażenie. Niektórzy zdawali się dziwić, inni się polękali, nie mogąc się domyślić, na coby się zdały te narzędzia. Wprędce jednak pan Piekarski wytłumaczył to, mówiąc czkawką przerywanym głosem:
— To ja...chcia...a...łem strzelać do kawek, co tu na dzwo...onnicy siedziały, ale poleciały... teraz już niema do czego strzelać!...
— O! — przerwał z zapałem ksiądz Balcer — byleby były strzały! znajdzie się niezawodnie!... Słyszeliśmy, panie Wacławie, że strzelasz doskonale, sprobuj do celu!
— Do celu! do celu! — odezwali się wszyscy, których ten nowy rodzaj zabawy zastanowił.
— Bardzo prosim! do celu!
— O! najchę...tniej! — odpowiedział pijany, naciągając łuk na kolanie i podchodząc ku oknu, z którego widok był na kościół Św. Michalski.
— Byleby cel tylko! byle cel!.. Ot! — zawołał — a widzicież obraz ten w środku, na kościele pomalowany...
— Jestto obraz Michała Rafała — zawołał pan Naborowski, porywając pasierba za rękę — nie strzelaj w tę.... niech cię Bóg broni! katolicy przyczepki tylko szukają, mogliby nas ukamienować; byłoby to znieważeniem domu Bożego... szanujmy cudze, ażeby nasze szanowano!
Z tych pięknych słów pasierb nic a nic nie zrozumiał, bo i po trzeźwemu twarde mając pojęcie, tem mniej po pijanemu pojmował. Zdało mu się tylko, że ktoś coś mówił o lewej nodze i przerwał:
— Dobrze! dobrze! spuśćcie się na mnie! będzie ta strzała w nodze, chociaż mi się ćmi w oczyskach szkaradnie! hpf! ale trafię dla tego!....
Kilka osób pobiegło, aby go zatrzymać, ale po czasie, bo w tej samej chwili, kiedy go ktoś chwytał za rękę, strzała świsnęła, a trącenie w samem jej wypuszczeniu o tyle tylko sprowadziło ją z drogi, że utkwiła w szacie, wyrytej koło lewej nogi Świętego Michała.
Wszyscy osłupieli i pobledli uderzeni tą nadzwyczajną śmiałością; ale pan Wacław, rozgniewany, że mu się już raz nie udało, porwał strzałę z za pasa drugą, naciągnął i zawołał: — Ha! a widzicież tę czarną mniszkę, kawkę Święto-Michalską! he! oto... tam na chórze, na ławie siedzi, a okienko otwarte! muszę przerwać jej nabożeństwo! cha! cha!
Wymierzył w mgnieniu oka i znowu strzała poleciała. Krzyk dał się słyszeć w kościele i mniszka znikła.
Szał, w którym był pan Wacław, nie dawał mu postrzedz przestrachu wszystkich otaczających go, z których kilku, przelęknionych uciekać nawet chciało; inni zaś osłupieli, nie wiedzieli co robić. Jeden ksiądz Balcer z uśmiechem szyderskim poglądał z okna na kościół i szemrał coś pod nosem.
Ledwie chwilka przeszła, nowy pocisk wybiegł z łuku na kościół Święto-Michalski, ale że na ulicy żaden tumult spostrzegać się nie dawał i nie zagrażał nikomu, zaczęto się powoli kupić naokoło strzelającego, wszyscy przez okna powychylali głowy, a pan Wacław zawołał: — O! stąd jeszcze źle strzelać; ale niechno wnijdę na wieżyczkę, pod zegar...zo...obaczycie jak się popiszę. To mówiąc, wyszedł, i wkrótce usłyszano znowu świst strzał w powietrzu, i ujrzano jak niektóre z nich utkwiły w murze, lub bezsilne padały o ziemię.
Gdy się to dzieje, podochoceni biesiadnicy patrzą z okna na ulicę.
Na placyku, dzielącym zbór od kościoła Świętego Michała, usłyszawszy świst, przelatujących strzał, zastanowiło się kilka osób. Dwóch mimo przechodzących bernardynów stanęło i, podniósłszy oczy, jeden z nich, starszy, rzekł do drugiego:
— Bracie Salezy, czy nie słyszysz?
— Czego?
— Świstu strzał!... patrz! heretycy strzelają ze zboru na klasztor panien bernardynek i kościół Święto-Michalski!
— Święty Franciszku! byćże to może? — odezwał się młodszy, wychylając głowę z pod kaptura. — Jezus, Marya! czy widzisz, bracie Innocenty, tego młodego niedowiarka? oj! zda się, że on do nas celuje! o zgrozo! o zuchwałości!... uciekajmy, roznieśmy wieść po całem mieście, niech się lud zbierze bronić znieważonej świątyni Pańskiej!... Uciekajmy!...
— Poczekaj, bracie Salezy! — przerwał drugi, śmielszej nieco natury — czy słyszysz łajania z okien!...
W istocie, w tej chwili właśnie, ksiądz Balcer wołał ogromnym głosem:
— Czegóż psy sodomskie, trzodo zaślepiona Amalecytów, stoicie z wytrzeszczonemi oczyma! precz! bo kamieniem w łeb!
— A co? czy nie mówiłem, że trzeba uciekać — przerwał brat Salezy, porywając swego towarzysza za suknię i ciągnąc za sobą.
— Czekaj jeszcze. Wierni katolicy! — zawołał głosem donośnym brat Innocenty — biorę was wszystkich za świadków znieważenia kościoła Bożego!
— Cóż to za świadkowie? baby, żaki — przerwał drugi — co nam do świadków? idźmy, zawołamy marszałkowskiej piechoty. Idźmy! idźmy!... — i pociągnął go za sobą.
Na placyku zostało się tylko kilka białogłów, dwóch żaków, kilku woźniców i rzemieślników, którzy sami nie wiedząc co się działo, spoglądali z przestrachem, osłupieli, to na zbór, to na kościół.
Tymczasem w oknach zboru i w samym zborze zgiełk się coraz powiększał. Ksiądz Balcer, dosłyszawszy nieco mowy bernardynów, wybiegł na dziedziniec i w zapale, który szał i wino powiększało, jeszcze na nieprzytomnych rzucał jadowite obelgi.
Od mowy przyszło do rzeczy, kilku zapalonych dysydentów porwało się na katolików, stojących i wrytych z podziwienia przed kościołem.
Ksiądz Balcer krzyczał, a upojona zgraja dopomagała, rzucając niesłychane obelgi.
— Precz z tym kościołem! — krzyknął jeden — zburzmy go!
— Precz z tymi pogańskimi obrazami bałwochwalców!!!
— Czegóż te głupcy stoją jeszcze, wzywając swoich świętych na pomoc?
— Patrzcie no! wasz święty naszej strzały uchylić się nie mógł!
— Milczeć! psy! — odezwał się głos z za muru. — Milczeć, bo zginiecie! patrzcie no tych opilców!...
— A łotry! — krzyknął ksiądz Balcer — dziś was jeszcze roztratuje piechota!
— Alboż my to rąk nie mamy i kamieni? — odezwało się kilka głosów z placyku.
— Takaż to wdzięczność tych żmij! — przerwał inny głos z placyku — za to, żeśmy was gościnnie przyjęli, że królowie nasi poprzysięgli wam spokojność!... takaż to wdzięczność! O! trzeba się tego było spodziewać! kto zdradził Boga, ten ludziom potrafi być niewdzięcznym!! Ale nic z tego nie będzie!... Uderzmy w dzwony! niech się cały lud zbieży!
— Bieżmy do księży jezuitów! — wołali jedni.
— Lećmy do księdza biskupa!...
— Do pana marszałka!!
— Do magistratu!...
Tak krzycząc i wołając, rozbiegli się w różne strony, roznosząc wieść, że kalwini burzą kościół Św. Michalski. Odgłos ten, jak piorun, przebiegł całe miasto: głuchy gwar rozszedł się po ulicach, tłumy ludu sunęły się ku zborowi. Jeden z tych, którzy słyszeli kalwinów obelgi, spotkał w bramie, prowadzącej na dziedziniec akademii, Zaranka, idącego z Zabłockim.
— Hej, mości panowie! — zawołał — kto w Boga wierzy, idźcie ratować kościoły Boże: kalwini chcą całe miasto zniszczyć i zaczęli od klasztoru Bernardynek Św. Michała... idźmy bronić, mości panowie! na miłość ukrzyżowanego!...
— O! będziem tam wnet — odpowiedział żywo Zaranek — będziemy... — I to mówiąc, zawrócił się; wpadł w ciemne jezuickiego klasztoru korytarze, otworzył nagle drzwi na roścież od jednej sali i zawołał:
— Bracia! bieżmy bronić kościołów naszych, pomścić się na kalwinach za krzywdy nasze.
Właśnie wymowny Cieciszewski siedział na katedrze, a grono uczniów słuchało z uwagą jędrnych sofizmatów jego, kiedy słowa Zaranka obiły się o sklepienia spokojnego nauk przybytku. Można sobie wyobrazić jaki sprawiły skutek na kilkuset zgromadzonej młodzieży, którą bojaźń strofowania i kary przykuwała tylko do ławek. Było to uderzenie pioruna w magazyn prochów.... Książki, pióra, kałamarze, papiery runęły pod ławę; porwali się wszyscy, jeden przez drugiego, krzycząc, hałasując, skacząc przez ławy i cisnąc się do drzwi, co najprędzej...
— Hola! hola! mości panowie! — zawołał Zaranek, stojąc we drzwiach i tamując im rękoma przejście. Posłuchajcie mnie jeszcze! cóż zrobicie bezbronni tam, gdzie już pewno znajdziem wojewódzką piechotę, zawsze skorą do obrony kalwinów, bo służącą pod rozkazami najpotężniejszego z dysydentów... Pozwólcie, niech wam powiem wprzódy, co robić mamy.
— Zgoda, zgoda! prędzej! prędzej! nie traćmy czasu!!...
— Trzeba nam zabrać armatkę, która przed zamkiem stoi, dostać kul i prochu, i z nią dopiero na zbór i piechotę uderzyć!
— Idźmy! idźmy! — krzyknęli znowu wszyscy; nie mamy czasu do stracenia! Czy słyszycie, jakie krzyki i hałasy od strony zboru dolatują? może niewierni wyparli już bramy klasztorne i pogwałcili przybytek cnoty!! lećmy na nich! lećmy co prędzej! — To mówiąc, rzucili się wszyscy razem we drzwi i popchnęli przed sobą Zaranka. Od zbytecznego, gwałtownego natłoku pękły podwoje, tłum cały wyleciał na korytarze i jedni pobiegli z Zarankiem po armatę, drudzy prosto do zboru, grożąc kalwinom zniszczeniem.
Już tłumy ludu różnego wieku i stanu, kobiety, starcy, dzieci, napełniały wszędzie ulice, odgłosy zemsty i zniszczenia obijały się wszędzie... sam wojewoda przeląkł się, widząc, że jego piechota nie potrafi powściągnąć rozpuszczonego pospólstwa.
Wśród zgiełku, gdzieniegdzie wyraźniejsze słyszeć się dawały przekleństwa, krzyki, błyskały wzniesione karabele i krzyże, które dla dodania odwagi ponad głowami ukazywano.
— W imię Boże! na niewiernych pogan! — wołał jeden dominikan, wlazłszy na jakieś podwyższenie — błogosławię was, dzieci!! każda kropla krwi heretyka przeważy w niebie szalę zbawienia na stronę waszą!
— Hola! cicho! zaklinam was, słuchajcie! — przerwał ktoś z tłumu, wznosząc rękę, zbrojną ogromnym czarnym krzyżem, ponad głowami otaczającego ludu.
— Czegóż się ociągamy! sypmy się wszyscy razem na miejsce i wybijmy, wysieczmy niedowiarków w pień wszystkich, zacząwszy od ich rektora. Nadto też już długo cierpieliśmy ich obelgi, które ufni w słabość naszą popełniali. Dziś czas, bracia!
— Wina w tem nasza, trzeba już było zdawna pokazać im, że oni tu nie są panami, ale przychodniami z za morza! oni i ich religia manichejska!
— Wykarmiliśmy węża na naszem łonie! — krzyczał dominikan.
Kiedy ten gwar i okrzyki rozszerzają się wszędzie, w mieście biją na gwałt wszystkie dzwony, oddalony turkot pojazdów, tentent koni, strzelanie nawet, pomieszane z odgłosem kilkudziesiąt tysięcy ludu, napełniają całe miasto. Bezsilni tylko paralitycy, lub wzroku pozbawieni starcy pozostali w domach, nad kolebką maleńkich dzieciątek, reszta, jużto ciekawością, już zgrozą z domów wyparta, ciśnie się na ulice.
Była już blizko piąta z południa godzina. Chmury niebo osnuły, z przedmieścia, z oddalonych części miasta biegli wszyscy ku zborowi, a że plac przed nim i kilka przytykających ulic już były ludu pełne, stawali około akademii, koło zamku, na ulicy Wielkiej, Zamkowej, przy małej bramce koło Bernardynów, na zaułkach i wokoło, gdzie się tylko pomieścić mogli.
Koło zboru otoczyli mury akademicy i szlachta, grad kamieni leciał na dach, okna, na zbór; kalwini zaparli bramę i żywej duszy nie było widać we zborze. Tymczasem piechota wojewódzka nadbiegła lud rozpędzać, ale poniewczasie, gdyby albowiem i trzykroć silniejszą była, nie dałaby rady niezliczonemu pospólstwu. Zaledwie się wojewódzcy ukazali, młodzież porwała kamieni, piasku, błota; wszystko w jej ręku było orężem, a liczba i męstwo napastników zmusiło po dwukrotnym wystrzale piechotę do cofnięcia się w nieładzie.
Próżne były usiłowania wyłamać bramę zboru; znać, że przezorni kalwini, spodziewając się kiedykolwiek podobnego wypadku, ogromnemi ją zawalili sztabami ze środka; nie pomogły kamienie, kloce, ani połączone siły kilkudziesiąt młodzieży. We zborze grobowa cichość panowała, nikogo nie było słychać, ani widać: mimo tego jednak, pospólstwo nie przestawało mścić się na murach zborowych za przewinienia kalwinów.
Kiedy pierwszych kilka wystrzałów pana Wacława Piekarskiego sprawiły rozruch na placyku mały jeszcze, ale większym grożący, kupiec Desaus pokwapił się do domu z córką, aby pilnować drogiej szkatułki swojej, zostawiając zięcia w naradach z kalwinami, obiecującego stawić się w razie niebezpieczeństwa.
Zaledwie kupiec zasiadł w komnacie, kiedy coraz silniejszy rozruch dał się słyszeć w mieście. Desaus, usłyszawszy, jak ksiądz Balcer łajał katolików, pocił się cały ze strachu i wołał:
— Panno Justyno, dites donc sacrebleu! zginiemy wszyscy, jak mi Bóg miły! Co on sobie myśli, ten kaznodzieja? wszak Wilno nie Genewa, on tu nikogo nie spali! No, patrzajcież! stare moje wino zawróciło im głowy... Rzucają kamieniami!! zginęliśmy! Gdzie tu schować pieniądze? Patrz! patrz! oto już kilka osób zebrało się i grozi kalwinom... dostanie się i nam!! Jak mi Bóg miły! sacrebleu! dites donc, panno Justyno, co ja zrobię ze szkatułką?
— Odedrzyj podłogę, panie ojcze, wysyp złoto, a szkatułka niech stoi.
— Właśnież! sacrebleu! połowę złota poleciałoby przez szpary do piwnic! tobym się więcej z niemi nie zobaczył! Panno Justyno! co tu robić! czy widzisz, jak coraz nowe figury placyk napełniają!! co za gwar!! będzie źle, nie opuszczaj mnie w tej chwili! moja droga! na, weź! schowaj te pieniądze!! ja odchodzę od zmysłów, sacrebleu! Boże ratuj! czy słyszysz te krzyki! na, na szkatułkę!! bierz! bierz!
— Panie ojcze, uspokójże się — odpowiedziała dumnie Justyna — jestem kobieta, a jednak się nie lękam! niema czego bać się! pfe!! nadejdzie piechota i rozproszy te tłumy!
— Tak! ale w zgiełku ci, którzy niedawno napastowali mnie już, chcąc wydrzeć pieniądze, powrócą i zniszczą nas do szczętu. Zmiłuj się, schowaj to złoto! z czegoż będziem żyli? Oh! sacrebleu... ośm tysięcy czerwonych złotych i florenów srebrnych trzysta osiemdziesiąt sześć i pół i groszy pięć, sacrebleu! schowaj! dites donc, Justyno!
Gdy to mówił błagającym tonem i wyciągał żebrzące dłonie ku córce, która nieporuszona, obojętnie na boleść jego patrzyła, podwojony gwar zbliżających się tłumów ludu, krzyki i dźwięk kamieniami potłuczonych okien we zborze słyszeć się dały; kupiec bezsilny, osłupiały z przelęknienia padł na krzesło, a córka jego rzuciła szkatułę w komin i popiołem ją przykryła zwierzchu, po bokach zasypała węglami i niedopalonemi głowniami.
— A sklep! sklep, sacrebleu, morbleu, ventrebleu czy zamknięty? dites donc, Justine! — odezwał się po chwili kupiec, boleśnie miotany trwogą i niespokojnością. — W takiem zamieszaniu lada kto może wpaść, zabrać, rozkraść, rozerwać, zniszczyć, złupić, zniweczyć, obedrzeć, zostawić mnie bez sposobu do życia, bez kawałka chleba, bez grosza i szeląga na starość, o żebraninie. Mój Boże! czy słyszysz, moja córko! szturmują do zboru! ventrebleu! sacré tonnerre! mille diables! Kamienie jak grad lecą! ratuj, ratuj nas, wszechmocny Boże! co to za miasto! mille diables! co to za miasto! gdyby nie ten sklep, wyniósłbym się stąd piorunem! Ach! nie tak to w naszym Paryżu, tam są Gardes du Roi, sentinelles, postes nocturnes, cavalerie, infanterie! Mille tonnerres, co za stuk? czy słyszysz? hę?... Mój ojciec opowiadał jak za panowania Franciszka I... Aj! co za stuk! sacrebleu! panno Justyno, czyste piekło!... Byłem jeszcze dzieckiem, kiedym słyszał taki hałas na Place de Grève, kiedy... Aj! czy nie wybito bramy?
— Nie, oni chcą wyłamać zborową bramę.
— Już po mnie! mort et furie! czemuż twój mąż nie wraca! dobędą zboru, to i on tam zginie!
— Zginie!! — powtórzyła Justyna, załamując ręce i ta myśl okropna, jak błyskawica, przeleciała z jej myśli na serce i wypaliła na niem drogę okropnych męczarni.
— Nie, on nie zginie! — zawołała po chwili z zapalonem okiem i twarzą — nie! a jeśli zginie! o! ja się zemścić potrafię!... — To mówiąc, zmarszczyła ładne brwi swoje, tupnęła nogą, jakby świat u stóp jej leżał, i zamilkła.
— Już po mnie! — wołał tymczasem kupiec — hej! chłopiec, czy zamknąłeś piwnicę na wielką kłódkę i rygiel... morbleu! ta szuja, jeżeli nie do pieniędzy, to do wina może się pokwapić! Bodaj to mieć tak warowne miejsca, jak w Paryżu Hôtel des tourrelles! co to za forteca! chciałbym w niej być teraz!... Tfu! morbleu! a to co? czy nie do naszej bramy stukają? moje dziecię... aj! — dodał drżącym głosem — chodź, pójdziem, skryjem się do lochu, tam nas nie znajdą... weźmiemy z sobą szkatułkę! tu ona nie jest bezpieczną! Ze mną, Boże ratuj! qui vive! ah! sacrebleu! co za tłumy ludu zbór oblegają! ach, gdyby po groszu od głowy, byłby majątek!... coraz więcej a więcej!... ach, czy widzisz? dites donc, Justyno? i o czemże myślisz, o szkatułce pewno, moja droga! chodź! chodź!
Ale panna Justyna zmarszczyła brwi, ciężko westchnęła i niespokojnem okiem rzuciwszy za okno, obróciła się do ojca i rzekła:
— On zginie!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.