Klub nietoperzy/Tom I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Abgar Sołtan
Tytuł Klub nietoperzy
Data wydania 1892
Wydawnictwo Księgarnia Gubrynowicza i Schmidta
Drukarz Drukarnia nar. W. Manieckiego
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VI.

Żorż znosił tłumoczki chłopak hotelowy przyniósł i zapalił świecę, a Władysław tymczasem siedział na fotelu i przysłuchiwał się relacjom Mechla.
— Chwała Bogu, co jaśnie pan przyjechał — mówił, cmokając ustami na znak zadowolnienia. — Nieuroku mamy teraz państwa dość, cała „gościnnica“[1] pełna, ten jeden numer tylko wolny, niby umyślnie dla jasnego pana się został.
— Któż tu jest? — pytał Władysław.
— Kogo tu nie ma? — odparł z dumą żyd. — Jest stary hrabia Sępiński, jest pan Wales z Zienpola, jest pan Ignac Ursyński.
— No, że ten jest, to nic dziwnego, on podobno od was już nigdy nie wyjeżdża, zdaje się, że tu stale mieszka. Któż jest więcej?
— Kogo tu nie ma? Jest pan Wicio, pan Dolko, pan Oleś, jest pan Edmund Mekieciński… on stoi pod drugim numerem, zaraz koło pana hrabiego, tam dziś u niego całe popołudnie grali w karty i wczoraj grali… Pan Ignaś wygrał od samego pana Edmunda tysiąc dwieście rubli. Nu, i teraz on pan, będzie sprawiał dziś u nas w restauracji użyn[2] dla tej Licharowej… Pst! Jaśnie panie, to właśnie pan Ignaś idzie, musiał zobaczyć pańskie konie i idzie się zwitać.
W tej chwili rozległy się z pierwszego pokoju słowa wymówione dźwięcznym, doniosłym głosem:
— Hej, Żorż! Jest twój pan w domu?
Władysław wstał i podszedł ku nowoprzybyłemu.
— Jak się masz Ignaś dawno tu siedzisz?
— Ah! wieki już, mam bardzo ważne interesy — tu obejrzał się w koło i ujrzawszy Mechla, zwrócił się do niego: — Mechel! Nie masz czego tu siedzieć, lepiej idź do „huńskiej krynicy“, tam, za most, siądź nad wodą i proś Pana Boga, żeby dał zdrowie rabinowi sadogórskiemu, miałam dziś telegram od jego sekretarza, że rabin bardzo chory.
— Nu! jaśnie panie, po co to nawet powiedzieć takie słowo? — odparł urażonym głosem żyd. — Po co takie żarty? Lepiej powiedzieć: idź Mechel, bo my mamy pogadać i Mechel pójdzie — to mówiąc wyniósł się na korytarz.
— Władek! — zawołał Ignacy, śmiejąc się wesoło z żydowskiej jeremiady i obrażonej miny miszuresa. — Władek, nie mogłeś nic lepszego zrobić, jak dziś tu przyjechać. Wyobraź sobie, że muszę dziś zaprosić na kolację tego nudnego sowietnika[3] z okręgowego sądu, Licharowa w dodatku ponoś będzie i jego żona… No, wiesz ta Ekatierina Timofiejewna… Nudy, powiadam ci, nudy okropne. Dla sprawy, którą mam u tego starego, musiałem im tę kolację urządzić, ale truchlałem, co pocznę. Z samym Licharowem, to jeszcze pół biedy, dałbym był sobie radę, ale co zrobić z jejmością?… Dobra gwiazda cię tu przywiodła, przyjdź o dziesiątej do gabinetu w restauracji i zjedz z nami kolację.
— Pi! pi! Jakiś mądry — odparł, śmiejąc się Władysław. — Umizgasz się do Licharowej, a ja mam ci za parawan służyć i starego sowietnika bawić… Pas si bête! Radź sobie sam.
Ignacy, słuchając słów tych, przybrał arcykomiczną minę, która miała oznaczać gniew i oburzenie i patetycznym głosem odrzekł:
— I ty Władku już przyłączyłeś się do ogólnego chóru potwarców!… Więc i w twojem przekonaniu niczem nie jest rzucić plamę na cześć niewieścią.. To mnie smuci, to mnie boli!… Mów sobie jednak co chcesz, a ja ci głośno powiem i powtórzę przy wszystkich, że — Licharowa jest bez zarzutu… Cienia najmniejszego nie ma na jej sławie… I to mówi ci człowiek, który ma w tym względzie pewne wiadomości, przecież w mieście nazywają mnie — księgą hipoteczną niewieściej cnoty.
— Wierzę! wierzę! wierzę! — przerwał mu Władysław. — Nawet z ochotą-bym przyszedł na twoję kolację, gdyby nie to, że przyjechałem umyślnie po to, żeby się z Walerym zobaczyć i nie mam czasu na kolacyjki… Muszę iść Zienwicza szukać.
— Możesz go szukać do jutra rana… Idź! idź szukaj! Nie znajdziesz go z pewnością. Ja wiem, gdzie Walery, jeżeli pójdziesz na kolację, to ci powiem.
— Wiem ja i sam.. poszedł do Holego.
— Otóż nie wiesz! Prawda, że poszedł do Holego, ale go tam nie ma, bo oni obaj, zabrawszy jeszcze starego Sępa, pojechali do Zielonej. Dziś Eustachego imieniny, wrócą dopiero nad ranem… Możesz więc przyjść na kolację. Liczę na ciebie i do widzenia!
— Zobaczę — odrzekł mu Władysław.
Ignacy podał mu rękę na pożegnanie i wyszedł natychmiast. Zaraz po wyjściu Ursyńskiego wcisnął się znowu do pokoju Mechel.
— Jaki to umny człowiek ten pan Ignac — mówił konfidencjonalnie żyd. Taki umny, co aż strach. Nikt tak „dzieła“ nie rozbierze, jak on i wszędzie sobie da radę… Nasze żydki bardzo na niego odkazują i rajpolskie i zalesieckie mają na niego ispołnitelny listy[4]… To i co z tego, on do sprzedaży nie dopuści.. Naznaczą na ten dzień, on sobie żartuje, przychodzi naznaczony dzień, a on z bumagą[5] się jawi i powiada Sudiebnemu prystawu: Astanawitie prodażu po takoj to a takoj priczinie[6]. A jaśnie pan wie, co on wszystko przez te… żenszczyny[7] robi. Jemu wszystko jedno: Licharowa, Farcucowa, Olgina, on ich wszystkie zna, a jak ma dzieło, to do nich i one za nim proszą i zawsze zrobią.
— Cóż żydki na to? — zapytał Władysław.
— Co? Płaczą! On tu stoi w piątym numerze, to cały przedpokój zawsze pełny i w koridorze jest ich propast’[8] ... A ten jego lokaj, ten Justyn, to im tylko herbatę nalewa i prosi: niech pan kupiec się napije... a ten jego faktor Berko ciągle im mówi: Sza! sza! Wszystkim im będzie zapłacone, tylko jaśnie pan z banku weźmie pieniądze. Oni durnie czekają bo co mają robić.. Chyba się ożeni, to im odda, inaczej to ferfał!
Opowiadanie żyda, chociaż komicznie, nie wywołało uśmiechu na usta Władysława; znał on smutne interesy Ignacego, ale też wiedział z doświadczenia, że nie jest to zbyt trudno wpaść w podobne tarapaty, wczorajsze przejście z Fiksem wiele go nauczyło i nie pozwalało mu żartować z kłopotów sąsiada.
— Niech oni mu tak nie dokuczają — po chwilowem milczeniu przemówił do żyda — to dobry i uczciwy człowiek, jak mu trochę pofolgują, to on im odda.
— Ni! nie odda on im, bo nie ma na tyle, a tak co udrą, to ich... Przynajmniej herbaty się ponapijają.
— No, ruszaj Michel, bo muszę się przebrać — powiedział do żyda i zawołał na chłopaka: — Żorż! Daj-no mi granatowy garnitur.
W pięć minut później wyszedł z pokoju. Na dziedzińcu skierował się nasamprzód do stajni, obejrzał konie, które Hryń wycierał słomianemi wiechciami. Dał Hryniowi kilka rubli na obrok dla koni i „strawne“ dla niego i Żorża i poszedł ku bramie wjazdowej. Przed bramą zatrzymał się jednak, namyślając się: — co ma z sobą zrobić? gdzie pójść? Na zegarze miejskim było właśnie pół do dziewiątej, miał półtorej godziny czasu. Namyślając się, stanął przed bramą, tuż obok schodów, prowadzących do restauracji. W tej chwili rozległo się na ulicy głośne palenie z bata i jakiś powóz zaprzężony czterema ogromnymi skarogniadymi końmi wtłoczył się na dziedziniec; konie były okrutnie zgonione, para z nich buchała i sapały tak, że o sto kroków można było słyszeć.
— Karlos! — zawołał Władysław, podbiegając do drzwiczek powozu. — Skąd się tu wziąłeś?
— Cóż to ty myślisz, że tylko tobie wolno nawiedzać naszę stolicę — odrzekł hrabia Karol, wysiadając z powozu — W domu wytrzymać nie mogę! Je m’ennuie, je m’assomme, et... je m’embete!.. Posłałem dziś rano do ciebie z listem; posłaniec nie zastał cię już w domu, powiedziano mu, żeś do Zienwicza popędził. Nudziłem się w domu szatańsko; wymyśliłem więc sobie jakiś interes do Walera i od rodzicieli otrzymałem pozwolenie wyjazdu... Waler jest w łaskach, każą go naśladować... Przyjeżdżam tam, powiada mi ta jego mumia stara, żeś był, ale nie zastawszy pana w domu, pogrzmiałeś za nim do Kamieńca... Cóż robić? Powiadam do Jakowa: Grzmij i ty! No i dociągnęliśmy się, choć nie wiem, czy zacne papuńciowe dromadery nie przypłacą tego życiem, lub co najmniej cnem zdrowiem.
— Powinienbyś sobie inne konie kupić, a te zostawić, niechby tam wujostwa do kościoła woziły.
C’est facile á dire — odparł, krzywiąc się hrabia. — Wiesz doskonale, że znalazłbym mamonę na kupienie, ale cóżbym z niemi robił? Chyba bym u księdza gdzieś w tajemnicy trzymał. Tu est heureux toi! Choć twoje Opole trzeszczy pod naporem żydowskich wierzycieli, choć długów tych masz po same uszy, choć wkrótce zaczniesz wieść Ursynowski żywot..
Nie dokończył mówić, bo w tejże chwili w bramę hotelu wpadła jak bomba bryczka zaprzężona w poręcz czterma stepowymi mierzynami, na szyjach wszystkich czterech koni wisiały ogromne greloty, wydające głuchy, ponury dźwięk.
— Jaś! Jasiek! Słowo daję! — zawołał pierwszy hrabia. — Co cię tu przygnało? Ale nasamprzód każ poodczepiać te bałabony, bo cię na policję wezmą, wiesz, że nie wolno z dzwonami i brzękadłami po mieście uganiać.
— Co mi zrobią? — odpowiedział, zeskazując z bałagulskiego małego wózka Jaś. — Czterech stójkowych[9] leciało za mną, ale niech spróbują zatrzymać mi konie, kary doniec na lewym orczyku stratowałby cały bataljon, a nie tam dopiero kilku policjantów... No! Jak się macie?
— Dobrze! dobrze! — odrzekł mu Władysław trochę kwaśnym głosem. — Powiedz-że nam, co cię tu przygnało? Boję się że rodzice Karlosa i twój ojciec będą narzekać, że ja was do miasteczka wyciągam, do włóczęgi zaprawiam. Po co przyjechałeś?
— Powiem ci prawdę — mówił głosem, naśladującym nosowy sposób wymowy hrabiego Karola — nudzę się w domu. Je m’ennuie, je m’assomme, je m'embete!
Obaj słuchacze parsknęli głośnym śmiechem.
— I ostatnie to nie trudne — wtrącił złośliwie hrabia.
— Czegóż się śmiejecie? — zapytał, patrząc na nich zdziwionym wzrokiem, nie wiedział nawet, że był śmieszny; naśladował hrabiego bezwiednie zupełnie.
— No, nic! Gadaj dalej — przestając śmiać się, rzekł Władysław.
— Pojechałem do Karola, tam powiedziano mi, że on wyjechał do Zienpola, a że już oddawna wybierałem się do pana Walerego, więc podążyłem za Karolem. W Zienpolu powiedziano mi, że wszyscy jesteście w Kamieńcu, więc przyjechałem za wami aż tu.. Dynyś! — zawołał, zwracając się do furmana, który stał jeszcze z końmi u podjazdu. — Wyprzęgaj konie, nogi wysmarować kamforowym spirytusem, obrok dopiero po północy, a sam się nie upij, bo... bo... bo..
— Bo co? — zapytał, śmiejąc się hrabia.
— Bo kości-bym mu połamał...
— Pewno już nie miałby ani jednej całej, gdybyś był słowny i spełniał swe przyrzeczenia — szepnął przez zęby Władysław. — Ale gdzie się tu pomieścicie? — dodał po chwili — w całym hotelu nie ma już żadnego wolnego numeru.
— Jest! jest! — zawołał, jak z pod ziemi zjawiający się Mechel — dla pana hrabie zawsze musi być numer... Nawet nie przystojno-by było, ażeby taki pan, taki hrabia gdzieindziej zajechał... nie do Beł-wi.
— Czegożeś mi mówił, że już nie macie numeru, że mój ostatni? — zapytał gniewnie Władysław. — Po co kłamiesz?
— No, tak sobie... To tak ładnie powiedzieć: Dla jaśnie pana ostatni numer się daje.
Rozmawiając, stali ciągle na ganku prowadzącym do restauracji i do numerów, mieszczących się w środkowym budynku. Nagle ze schodów prowadzących z pierwszego piętra rozległa się wesoło nucona francuska piosnka i w ślad za nią zbiegł po schodach zgrabny, ładny chłopak. Młody był bardzo, nie miał więcej jak dwadzieścia lat; twarz miał owalną, usta wiecznie uśmiechnięte, a oczy nawet teraz w świetle latarni świeciły dziwnie mocnym blaskiem.
— Ha! ha! Sowy! Klub nietoperzy! — zawołał nowoprzybyły, poprawiając małej, wojskowej czapeczki, tkwiącej mu na czubku głowy i puszczając z rąk końce płaszcza, który miał zarzucony na ramiona. — Słowo daję, cały klub! Władzio, Karol i ty... ty... rezerwo nietoperzy, z mądrych najmędrszy Mądrowski... Czołem wam!
— Jak się masz Wiciu! — wyrwało się powitanie z wszystkich trzech piersi.
— Dobrze! dobrze! — mówił narwany Wicio dalej. — A miałbym się jeszcze lepiej, gdybym był sam do tej naszej dziury przyjechał... Ale nie udało mi się, jest ze mną stary sęp, mój papuś — mówił, wydymając dolną wargę — hrabia Sępiński... chytry starzec, znany całemu światu. Dziś chwała Bogu, pojechał sobie gdzieś z tym nudnym Zienwiczem i doktorem na jakieś nudne imieniny do jakiegoś nudnego szlachcica. Korzystając z tego ja z Dolkiem urządzamy wielkie przyjęcie dla artystek miejscowego teatru — mówił z przesadną komiczną powagą. — Oprócz primadonny będą trzy pierwszorzędne artystki i komik naszej sceny. No, chodźcie do teatru. Dolko tam już jest, ja spóźniłem się bo zaspałem... No chodźcie!
— No, to chodźmy! — zawołał hrabia Karol, któremu uśmiechać się zaczęła pohulanka z prowincjonalnemi aktorkami.
— Ja nie mogę iść do teatru — wtrącił Władysław — obiecałem Ignasiowi, że przyjdę na kolację, którą on wyprawia dla Licharowych.
— Dla Licharowej, chcesz powiedzieć — przerwał mu Wicio — une superbe femme... Ignaś się ponoś do niej zaleca.
— Wypchaj się razem z twoim Ignasiem i Licharową — zwracając się do Władysława, krzyknął prawie Karol. — Co ciebie zawsze ciągnie do takich sznapautów jak ten Ignaś? Tu es completement fou!... Zaprosił cię na kolację później on z babą pojedzie, a ty będziesz musiał za trufle i szampan płacić.
— Przestań Karolu! cicho! Ludzie słuchają, nie wypada tak głośno krzyczeć. Doprawdy, że ten Ignaś nie jest złym chłopcem. Zresztą obiecałem mu, muszę zostać.
— Zostań! zostań z nimi na kolacji — wmięszał się do rozmowy Wicio — a jak skończycie, to przyjdź do teatru, albo my po ciebie tu wstąpimy. Nasza uczta u Wróbla, drugi pokój na prawo. Kazałem przywieźć wspaniały bukiet... No, chodźcie, dziewiąta już bije, nasze diwy muszą się niepokoić, że mnie nie ma.
Nasunął czapkę bez daszku na czoło i poświstując arję z „Barona cygańskiego“ poszedł naprzód, Karol i Jaś, tak jak zleźli z wózka, nie przebrawszy się nawet, poszli za nim. Władysław zaś poszedł przez most na nowy bulwar przejść się trochę i równo z uderzeniem dziesiątej godziny znalazł się w bilardowej sali restauracji hotelu „Belle-Vue“.
— Jaśnie pan Ursyński czeka już na jaśnie pana w gabinecie — wygłosił uroczyście przyodziany w załojony frak pierwszy garson restauracji — proszę jaśnie pana za mną i wskazał mu drzwi na prawo.
— Bardzo ci dziękuję, żeś dotrzymał słowa — powiedział Ursyński, wyciągając do Władysława rękę na powitanie. — Licharowych tylko co nie widać. Kazałem im zrobić: szterleta odgotowanego tylko z masłem i kartofelkami, po angielsku, rostbef, przepiórki i kompot ananasowy. Nic lepszego tu nie dostanie. Wino sam wybrałem u Kulczyckiego. Mumm, dobrej marki.. No, jak ci się to wydaje, nie zła kolacja?
— Doskonała! — odparł machinalnie Władysław.
— Możebyśmy się wódki napili nim oni przyjdą? Widocznie jesteś zmęczony drogą, to cię pokrzepi — dodał Ursyński, spoglądając na Władysława, który w rzeczy samej miał kwaśną minę i zdawał się być znużony.
— Dobrze, napiję się! Chodź do bufetu — i wyszli obaj do bilardowej sali.
Lecz zaledwie zdołali wypić po kieliszku koniaku, wpadł służący z doniesieniem, że przyjechał pan sowietnik z żoną. Ignacy wybiegł na przeciwko nowoprzybyłych i za chwilę wprowadził do restauracji słuszną, bardzo przystojną szatynkę, za nimi postępował z opuszczoną głową niski, potulny małżonek Ekatieryny Timofiejewny, szanowny Porfiryj Wasilewicz. Władysław w ślad za tą procesją udał się do gabinetu. Dwóch dragońskich junkrów[10] grających w bilar, spojrzeli rozciekawionemi oczami na Ignacego i Licharową i poszeptawszy coś z lokajem, przypieczętowali rozmowę dosadną klątwą.
W gabinecie Ursyński przedstawił Kierbicza pani Licharowej, jako swego najlepszego przyjaciela, i zajął się wyłącznie poważnym sowietnikiem, który jadł za trzech i odpowiadał monosylabami. Pani za to z ożywieniem rozmawiała z Władysławem. Rozmowa toczyła się po rosyjsku; Licharowa była patrjotką, należała do sławianofilów i nie lubiła mieszania do rozmowy francuszczyzny.
Wkrótce pod wpływem hojnie dolewanego przez Ursyńskiego szampańskiego wina i pod ogniem zalotnych spojrzeń pięknej kobiety, zły humor Władysława znikł zupełnie, rozbawił się, ożywił; zaczął sypać dowcipami, tak, że aż Ignacy kilka razy rzucił nań zaniepokojone spojrzenie. Ekatieryna Timofiejewna z coraz większym zajęciem zaczynała się przysłuchiwać rozmowie młodego Polaka; urok zaś jej piękności działał upajająco na zmysłową naturę Władysława. Jasno różowa suknia, ubrana przejrzystemi koronkami, pozwalała podziwiać ciekawym oczom młodego człowieka cały, cudownie piękny, śnieżnie biały biust młodej kobiety; krótkie rękawy odsłaniały piękne jej łokcie aż po ramiona... W zapale ożywionej rozmowy delikatna i drobna ta ręka niejednokrotnie spoczęła na ręce sąsiada i czuł on wówczas, jak szalone prądy wrzącej krwi przepływały mu przez cały organizm, a w ślad za niemi przychodził dreszcz jakiś rozkoszny, nieokreślony... Spojrzał śmiałem, wyzywającem, pożądliwem wzrokiem wprost w oczy tej rozkosznej kobiety; ona odpowiedziała mu takiem samem, może jeszcze bardziej wyzywającem spojrzeniem, a usta jej rozchyliły się na pół ironicznym, na pół lubieżnym uśmiechem.
— Zdrowie wasze, piękna pani! — szepnął nachylając się prawie aż do jej piersi Władysław i jednym haustem wychylił szklankę perlącego się płynu.
Licharow był tak zajęty rozmową z Ursyńskim, że nie zauważył hołdu, jaki Władysław złożył jego żonie.
— Przyjmuję i dziękuję! — odpowiedziała, usuwając się trochę Licharowa i wypróżniła również kieliszek szampańskiego. — To za zdrowie polskiej młodzieży!.. Czy pan lubisz Rosjan? — zapytała go po chwili, uśmiechając się zalotnie i znowu zbliżając się doń wyzywająco.
— Jak jakich? — odparł, pożerając ją wzrokiem — są między nimi tacy... to jest są takie, które lubię, lubię, lubię strasznie.
— Sza! — szepnęła, kładąc mały, różowy palec na ustach i równocześnie oczami wskazała na Licharowa, zajętego rozmową z Ignacym. — Pan jesteś najczystszej wody Polakiem, lekkomyślnym i nieopatrznym... ale przyjemnym.. Panie, tam mój mąż siedzi, a pan w jego obecności robisz mi najwyraźniejsze wyznanie miłości.. Cha! cha! — zaśmiała się swobodnie. — Przebaczę to panu, tak dużo wina wypiłeś... Ja-bo bardzo lubię Polaków — dodała po chwilowym milczeniu — są tacy rycerscy, tacy uprzejmi, czuli... Ja was lubię, lecz was żałuję... Macie coś w sobie z tych średniowiecznych trubadurów, którzy to od uczty, od uścisków kochanki, z pieśnią wesołą na ustach, ciągnęli na bisurmana i tam ginęli, w walce za wiarę... — Tu rzuciła płomienne spojrzenie w stronę herkulesowej postaci Ignacego. — Spójrz pan tylko na niego — mówiła dalej — na Ignacego Francowicza. Kształtami ciała i rysami twarzy przypomina Jowisza kapitolińskiego; jest tak piękny i dobry, że nie ma kobiety na świecie, któraby go nie pokochała... Pan wiesz dobrze, że i ja go teraz kocham — dodała, spoglądając mu śmiało w oczy — a jednak to nie mężczyzna — to słaba, tkliwa kobieta. I wy... wy Polacy wszyscyścy tacy... Ach, jakbym pragnęła choć raz w życiu spotkać prawdziwego mężczyznę.
I ręka jej w tej chwili spoczęła w dłoni Władysława, który rozmarzony wypitem winem, do szaleństwa doprowadzony zmysłowemi spojrzeniami tej kobiety, ściskał tę rękę i pieścił namiętnie.
— Są na świecie mężczyźni... są! — szeptał jej do ucha.
— Pan będziesz u nas... Nieprawdaż? — odpowiedziała mu, niby zaczynając nową rozmowę. — Ja nudzę się w domu. Mój mąż albo w sądzie, albo w klubie siedzi... Ignacy tak rzadko przyjeżdża..
Kolacja skończyła się już była; poważny sowietnik sprzątnął dwa talerzyki kompotu, chwaląc świeżość i zapach ananasów, wypił filiżaneczkę kawy, wlał na nią dwa kieliszki likworu, zapalił hawańskie cygaro i wstając, zawołał rozweselonym głosem:
Spasibo! Ignatii Francowicz! Doskonała kolacyjka, pan to umiesz urządzać. Sprawa ta, o której mówiliście mi — zrobi się... No, Ekatierina Timofiejewna, czas do domu, odprowadzę was, a sam muszę skoczyć jeszcze na minutkę do klubu, zobaczyć się z prokuratorem w sprawie Ignatija Francowicza. Jutro będzie się ona rozbierać w sądzie. Bardzo rad jestem, żem pana poznał — dodał, zwracając się do Kierbicza — jeżeli jaka sprawa w sądzie się trafi, proszę do mnie... Abdiełajem[11]...
Wszyscy zaczęli szukać kapeluszy, Ignacy okrył Licharowę szeroką rotundą, podał jej ramię i w tym samym porządku co pierwej wyszli wszyscy z restauracji.
— Jutro podaj mi rachunek — szepnął przez zęby Ursyński do kłaniającego mu się nisko lokaja. — Powiedz kucharzowi, że przepiórki zanadto było czuć, bardzo już nieświeże.
Przed gankiem restauracji czekał fiakier. Licharowa, nim wsiadła do powozu, zwróciła się jeszcze do Władysława i uścisnąwszy mu rękę, szepnęła czule:
— Nieprawdaż, że jeszcze pana zobaczę. Przyjdź pan koniecznie! Zawsze koło czwartej jestem w domu. Pana przyjmę i wcześniej.
Powiedziawszy to, lekko wskoczyła do powozu.
Do swidanija, monsieur Kierbicz! — zawołała wesoło z powozu już. — Ignatii Francowicz zanimajtie wasze mieste[12] — i rozkazującym ruchem ręki wskazała mu, by siadł obok niej w powozie. — Porfiryj Wasilewicz saditicś na kozły[13].
Ursyński, zanim zadość uczynił uprzejmym zaprosinom Licharowej, miał czas jeszcze szepnąć do ucha Władysławowi:
— A co, prawda, że szyk kobietka, jeżeli ci się podobała, to ci ją mogę odstąpić, ale aż za miesiąc, teraz mi jeszcze koniecznie potrzebna, bo bez niej nie poradziłbym sobie z tym jej mężem, który jest bruta bestja.
Ścisnął mu rękę i wskoczył do powozu i za chwile Licharowa, Licharow i Ursyński znikli z oczu Władysława, który stał jeszcze na ganku, zadumany jakiś i niezdecydowany, co robić dalej.





Przypisy

  1. Hotel, zajezdny dom.
  2. Kolację.
  3. Radzca.
  4. Wyrok sądowy, nakazujący zapłacenie długu i dający wierzycielowi prawo sprzedaży ruchomości dłużnika.
  5. Papier.
  6. Powiada komornikowi: — Proszę zaniechać sprzedaży z takiego to a takiego powodu.
  7. Kobiety.
  8. Mnóstwo.
  9. Policjant.
  10. Kandydaci na oficerów.
  11. Obrobimy, załatwimy.
  12. Zajmij pan swoje miejsce.
  13. Siadaj pan na kozioł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kajetan Abgarowicz.