Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stauracji użyn[1] dla tej Licharowej… Pst! Jaśnie panie, to właśnie pan Ignaś idzie, musiał zobaczyć pańskie konie i idzie się zwitać.
W tej chwili rozległy się z pierwszego pokoju słowa wymówione dźwięcznym, doniosłym głosem:
— Hej, Żorż! Jest twój pan w domu?
Władysław wstał i podszedł ku nowoprzybyłemu.
— Jak się masz Ignaś dawno tu siedzisz?
— Ah! wieki już, mam bardzo ważne interesy — tu obejrzał się w koło i ujrzawszy Mechla, zwrócił się do niego: — Mechel! Nie masz czego tu siedzieć, lepiej idź do „huńskiej krynicy“, tam, za most, siądź nad wodą i proś Pana Boga, żeby dał zdrowie rabinowi sadogórskiemu, miałam dziś telegram od jego sekretarza, że rabin bardzo chory.
— Nu! jaśnie panie, po co to nawet powiedzieć takie słowo? — odparł urażonym głosem żyd. — Po co takie żarty? Lepiej powiedzieć: idź Mechel, bo my mamy pogadać i Mechel pójdzie — to mówiąc wyniósł się na korytarz.

— Władek! — zawołał Ignacy, śmiejąc się wesoło z żydowskiej jeremiady i obrażonej miny miszuresa. — Władek, nie mogłeś nic lepszego zrobić, jak dziś tu przyjechać. Wyobraź sobie, że muszę dziś zaprosić na kolację tego nudnego sowietnika[2] z okręgowego sądu, Licharowa w dodatku ponoś będzie i jego żona… No, wiesz ta Ekatierina Timofiejewna… Nudy, powiadam ci, nudy okropne. Dla sprawy, którą mam u tego starego, musiałem

  1. Kolację.
  2. Radzca.