Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czegóż się śmiejecie? — zapytał, patrząc na nich zdziwionym wzrokiem, nie wiedział nawet, że był śmieszny; naśladował hrabiego bezwiednie zupełnie.
— No, nic! Gadaj dalej — przestając śmiać się, rzekł Władysław.
— Pojechałem do Karola, tam powiedziano mi, że on wyjechał do Zienpola, a że już oddawna wybierałem się do pana Walerego, więc podążyłem za Karolem. W Zienpolu powiedziano mi, że wszyscy jesteście w Kamieńcu, więc przyjechałem za wami aż tu.. Dynyś! — zawołał, zwracając się do furmana, który stał jeszcze z końmi u podjazdu. — Wyprzęgaj konie, nogi wysmarować kamforowym spirytusem, obrok dopiero po północy, a sam się nie upij, bo... bo... bo..
— Bo co? — zapytał, śmiejąc się hrabia.
— Bo kości-bym mu połamał...
— Pewno już nie miałby ani jednej całej, gdybyś był słowny i spełniał swe przyrzeczenia — szepnął przez zęby Władysław. — Ale gdzie się tu pomieścicie? — dodał po chwili — w całym hotelu nie ma już żadnego wolnego numeru.
— Jest! jest! — zawołał, jak z pod ziemi zjawiający się Mechel — dla pana hrabie zawsze musi być numer... Nawet nie przystojno-by było, ażeby taki pan, taki hrabia gdzieindziej zajechał... nie do Beł-wi.
— Czegożeś mi mówił, że już nie macie numeru, że mój ostatni? — zapytał gniewnie Władysław. — Po co kłamiesz?
— No, tak sobie... To tak ładnie powiedzieć: Dla jaśnie pana ostatni numer się daje.
Rozmawiając, stali ciągle na ganku prowadzącym do restauracji i do numerów, mieszczą-