Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Co? Płaczą! On tu stoi w piątym numerze, to cały przedpokój zawsze pełny i w koridorze jest ich propast’[1] ... A ten jego lokaj, ten Justyn, to im tylko herbatę nalewa i prosi: niech pan kupiec się napije... a ten jego faktor Berko ciągle im mówi: Sza! sza! Wszystkim im będzie zapłacone, tylko jaśnie pan z banku weźmie pieniądze. Oni durnie czekają bo co mają robić.. Chyba się ożeni, to im odda, inaczej to ferfał!
Opowiadanie żyda, chociaż komicznie, nie wywołało uśmiechu na usta Władysława; znał on smutne interesy Ignacego, ale też wiedział z doświadczenia, że nie jest to zbyt trudno wpaść w podobne tarapaty, wczorajsze przejście z Fiksem wiele go nauczyło i nie pozwalało mu żartować z kłopotów sąsiada.
— Niech oni mu tak nie dokuczają — po chwilowem milczeniu przemówił do żyda — to dobry i uczciwy człowiek, jak mu trochę pofolgują, to on im odda.
— Ni! nie odda on im, bo nie ma na tyle, a tak co udrą, to ich... Przynajmniej herbaty się ponapijają.
— No, ruszaj Michel, bo muszę się przebrać — powiedział do żyda i zawołał na chłopaka: — Żorż! Daj-no mi granatowy garnitur.

W pięć minut później wyszedł z pokoju. Na dziedzińcu skierował się nasamprzód do stajni, obejrzał konie, które Hryń wycierał słomianemi wiechciami. Dał Hryniowi kilka rubli na obrok dla koni i „strawne“ dla niego i Żorża i poszedł ku bramie wjazdowej. Przed bramą zatrzymał się jednak, namyślając się: — co ma z sobą zrobić?

  1. Mnóstwo.