Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


racji — proszę jaśnie pana za mną i wskazał mu drzwi na prawo.
— Bardzo ci dziękuję, żeś dotrzymał słowa — powiedział Ursyński, wyciągając do Władysława rękę na powitanie. — Licharowych tylko co nie widać. Kazałem im zrobić: szterleta odgotowanego tylko z masłem i kartofelkami, po angielsku, rostbef, przepiórki i kompot ananasowy. Nic lepszego tu nie dostanie. Wino sam wybrałem u Kulczyckiego. Mumm, dobrej marki.. No, jak ci się to wydaje, nie zła kolacja?
— Doskonała! — odparł machinalnie Władysław.
— Możebyśmy się wódki napili nim oni przyjdą? Widocznie jesteś zmęczony drogą, to cię pokrzepi — dodał Ursyński, spoglądając na Władysława, który w rzeczy samej miał kwaśną minę i zdawał się być znużony.
— Dobrze, napiję się! Chodź do bufetu — i wyszli obaj do bilardowej sali.

Lecz zaledwie zdołali wypić po kieliszku koniaku, wpadł służący z doniesieniem, że przyjechał pan sowietnik z żoną. Ignacy wybiegł na przeciwko nowoprzybyłych i za chwilę wprowadził do restauracji słuszną, bardzo przystojną szatynkę, za nimi postępował z opuszczoną głową niski, potulny małżonek Ekatieryny Timofiejewny, szanowny Porfiryj Wasilewicz. Władysław w ślad za tą procesją udał się do gabinetu. Dwóch dragońskich junkrów[1] grających w bilar, spojrzeli rozciekawionemi oczami na Ignacego i Licharową i poszeptawszy coś z lokajem, przypieczętowali rozmowę dosadną klątwą.

  1. Kandydaci na oficerów.