Klemens Junosza Szaniawski (Jeske-Choiński, 1898)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Klemens Junosza Szaniawski
Pochodzenie „Kurjer Warszawski“, 1898, nr 86, 88, 91, 94
Redaktor Franciszek Nowodworski
Wydawca Wacław Szymanowski i Antoni Pietkiewicz (Adam Pług)
Data wydania 1898
Druk Drukarnia „Kurjera Warszawskiego“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron


Klemens Junosza Szaniawski.

I.

Śmierć uwzięła się w ostatnich czasach na prasę, literaturę i sztukę polską. Pomijając Zygmunta Kaczkowskiego i Kornela Ujejskiego, którzy spadli z drzewa życia jako owoce dojrzałe, pochowaliśmy w przeciągu lat kilku: Asnyka, Władysława Olendzkiego, Antoniego Zaleskiego, Franciszka Ksawerego Martynowskiego, Stanisława Rzętkowskiego, Juljana Łętowskiego, Józefa Rogosza i Antoniego Kurzawę, odwołanych z posterunku w pełni sił męskich.
Do tych mogił przedwczesnych przybyła obecnie nowa.
Klemens Junosza Szaniawski, autor „Łaciarza” i „Pająków”, osierocił humor polski w czterdziestym ósmym roku życia.
Bjografia Junoszy nie jest powieścią zajmującą. Nie składają się na nią głośne tryumfy, huczne oklaski, dalsze podróże, niezwykłe przygody. Szara, bezbarwna, pospolita zaczyna się ona w ramach dwóch wyrazów: ciągła praca.
Urodzony dnia 23 listopada 1849 r. w Lublinie, gdzie jego ojciec, Władysław, był podprokuratorem, pobierał Junosza pierwsze nauki w gimnazjum siedleckiem, w konwikcie Szaniawskich i Izdebskich, zostającym w owym czasie pod nadzorem księdza prefekta Kietlińskiego. Ukończywszy wyższe klasy gimnazjalne w Lublinie, urzędował następnie przez lat kilka w izbie obrachunkowej.
Zajęcie urzędnika nie odpowiadało snać usposobieniu Junoszy, rzucił je bowiem wkrótce i osiadł na wsi, w Woli Korytnickiej pod Węgrowem, zkąd zaczął pisywać korespondencje do pism warszawskich. Powołany w r. 1877 przez Zygmunta Sarneckiego do redakcji Echa, przeniósł się do Warszawy, którą opuścił dopiero na kilka tygodni przed śmiercią.
Mimo to, iż przeciążony pracą, upadał często na zdrowiu, nie wyjeżdżał nigdzie, ani do wód krajowych ani zagranicznych, nie wypoczywał, nie odświeżał się, nie szukał wrażeń artystycznych. Przykuty do taczki roboty dziennikarskiej, niepokojony bezustannie troską o byt powszedni, szamotał się z trudnemi warunkami, jak ptak w sidłach wiądł, sechł w oczach rówieśników, aż runął pod nadmiernem brzemieniem życia. Znaglony w końcu przez lekarzów do systematycznej kuracji, wyjechał po raz pierwszy na dłuższy wypoczynek. Było jednak już za późno. Jego stargany organizm wypoczął, ale na zawsze. Dnia 21-go marca doniesiono redakcjom warszawskim, że Klemens Junosza uległ w Otwocku, w sanatorjum dr. Geislera, paraliżowi serca.
Jest pomiędzy powieściami Junoszy jedna, której tytuł, „Syzyf”, możnaby położyć na jego pomniku. Jak mityczny syn Eola, pchał i on pod górę olbrzymi kamień, a głaz okrutny staczał się ciągle na dół, przygniatając go swoim ciężarem.
Nie pierwszym on i nie ostatnim pisarzem-artystą zmiażdżonym przez kamień pracy zarobkowej i troski ustawicznej o niepewne jutro, los bowiem przypinając do ramion dzieci Apollina skrzydła, obdarza je rzadko równocześnie zmysłem praktycznym.
Pociąg do pióra odezwał się w Junoszy bardzo wcześnie.
Już w r. 1871-ym pomieściły warszawskie Kolce kilka dowcipnych, przygodnych korespondencji, wierszem i prozą, których autorem, jak się później okazało, był twórca „Łaciarza”. Sam jednak Junosza liczył swoją służbę publiczną dopiero od roku 1874-go, czyli od daty stałego współpracownictwa w Kolcach.
Osiadłszy w Warszawie, zasiał Klemens Junosza artykułami dziennikarskiemi i drobnemi utworami artystycznemi nie samo tylko Echo, do którego wszedł jako współredaktor. Jak wszyscy literaci warszawscy, żyjący z pióra, pisywał on do różnych gazet i tygodników.
Znając z osobistego doświadczenia bardzo dobrze stosunki wiejskie, rozwinął głównie w tym kierunku rozległą działalność. W Echu Sarneckiego, w Wieku i w Roli redagował przez czas dłuższy dział korespondencji i spraw wiejskich. I „kwestje żydowskie” należały do jego repertuaru dziennikarskiego.
Pierwszym utworem artystycznym Junoszy, który zwrócił na niego uwagę, była sielanka humorystyczna w „sposobie klasyczno-romantycznym” p. t. „Kuźnia Wulkana”, wydrukowana w numerze 236 Echa z r. 1877-go, opiewająca miłość „Kaśki-Afrodyty” i „Maćka-Parysa”.

....Wśród zagonów żyta
Dziewczyna piękna nad sierpem się chyli...
To jest bogini: Kaśka-Afrodyta,
Słynna z piękności na półtorej mili.
A gdy powraca po pracy do sioła,
Parysy-Bartki chylą przed nią czoła.

Takich dowcipnych sielanek, drobnych satyr, humorystycznych krytyk rozrzucił Junosza wielkie mnóstwo na łamach Kolców, Kurjera Świątecznego i Roli.
Wesoły humorysta zabawiał się także od czasu do czasu w liryka i tłumaczył poetów francuskich (Franciszka Coppée’go, Wiktora Laprade’a). W jego „Piosnkach leśnych”, nie odznaczających się wykwintną formą, czuć świeżą woń pól i lasów.
Mimo bardzo rozległej działalności dziennikarskiej, nie zajmował Klemens Junosza na polu publicystycznem nigdy stanowiska wybitnego. Wolny od temperamentu polemicznego, nie lubiący sporów, nie brał udziału w utarczkach chwili bieżącej. Jakkolwiek był nietylko z pochodzenia, lecz także z osobistych sympatji szlachcicem i katolikiem, o czem wiedzieli bliżsi koledzy, nie walczył o sztandar zachowawczy. Spoglądał on z wyżyn dobrotliwego humoru na zaciekłość ludzką, uśmiechając się pobłażliwie. W jego usposobieniu nie było fanatyzmu, bez którego niema publicystów w szerszym stylu.
Znane nazwisko literackie zdobyły autorowi „Zacisza” jego nowele wiejskie i żydowskie.



II.

W roku 1884-ym wyszedł nakładem księgarni Teodora Paprockiego pierwszy zbiorek powieści i nowel Klemensa Junoszy pod tytułem „Z mazurskiej ziemi, szkice i obrazki”. Zbiorek ten zawierał: „Na zgliszczach”, „Łaciarza”, „Pułkownika” i „Spełnione marzenie”.
W „Na zgliszczach” płacze na ruinie swojego szczęścia rodzinnego młoda obywatelka ziemska, matka trojga drobnych dzieci.
Burza powiała nad krajem — zasypała ziemię gruzami — wyludniła dwory i dworki szlacheckie — zabrała żonom mężów, rodzicom synów, pannom narzeczonych — zdruzgotała wiele majątków, złamała mnóstwo serc.
W Zarzeczu, w cichej wiosce mazurskiej, gościło jeszcze niedawno szczęście. Miłość i dostatek podały sobie ręce, aby okwiecić życie kochającemu się małżeństwu. Ale zawierucha polityczna spłoszyła miłość i dostatek. Mąż wyjechał za granicę, zostawiwszy żonę w trudnem położeniu materjalnem.
Z trosk osieroconej pani postanawia korzystać jej arendarz, przedowcipny pan Jankiel Pacanower.
— Ja wam powiadam, Marcinie — przekonywa żyd starego, zamożnego chłopa, pokazując mu łąki i lasy zarzeckie — co to wszystko, jak widzita wkoło, może być nasze, za bardzo tanie pieniądze. Kupmy do spółki, wy dacie pieniądze zaraz, ja dam trochę później. To jest fajn interes! Ja wam oddam wszystkie grantów, a sobie wezmę tylko trochę las, trochę młyn i trochę propinacje. Reszta będzie wasze, jakbyście na drodze znaleźli... prawie za darmo wasze będzie: Chodźta do izby, zara wam litkup sprawię, mam taką fajn pieprzówkę, że aż oko zbieleje.
— Może wy sobie miarkujecie na nich — dodał Jankiel, wskazując ręką folwark, kiedy chłop milczał — ny, a co z tego? Uni kapcany są, uni bankruty! Wy może jeszcze czapkę przed nimi będzieta zdejmować? Za co? Ja tyż jestem bardzo miłosierny i mam także miękkie serce, ale jak kto kapcan, to na co jemu miłosierność? Jemu miłosierność tak pasuje, jak groch do ściane.
W ten sposób przekonywa dalej żyd, a chłop słucha i milczy, knując zdradę przeciw zdradzie. On, chłop z chłopów, nie będzie korzystał z nieszczęścia swoich panów, on, nabożny katolik, pomoże im raczej, zastawi ich przed chciwością żyda.
I tak się też stało.
Za namową Marcina Gajdy, seniora i sołtysa wsi, nabyli włościanie zarzeccy od pani z wolnej ręki część gruntów i łąk, oddalonych od folwarku, ocalając w ten sposób majątek od subhasty. Uczciwość chłopów i zaradność starego rządcy, żmujdzina Dyrdejki, wydarły rodzinę szlachecką z rąk żydowskich.
„Na zgliszczach” można nazwać typem obrazków wiejskich Klemensa Junoszy, w powieści tej bowiem występują i łączą się wszystkie rysy znamienne jego indywidualności autorskiej.
Tłem powieści jest przeciętna wieś polska z rozległemi łanami i łąkami, ujętemi w ciemną ramę lasów. Jakiś rzewny cichy smutek wieje nad naszą płaską ziemią, gdy słońce zajdzie za borem i spokój wieczoru ogarnie pola, drzewa i mieszkania ludzkie. Nie stroją jej wieńce gór, nie sklepi się nad nią wiecznie pogodne niebo. Szmer ukojonego morza nie kołysze jej do snu.
Na tem szarem, bezbarwnem tle wioski polskiej czernią się szare postaci. Drobniejszy ziemianin, nie umiejący się dotąd zastosować do nowych warunków społecznych, wytworzonych przez zniesienie pańszczyzny, pasuje się z biedą, z wierzycielami i komornikiem. Opuścił go humor jego przodków, zmiękła buta, lecz nie na zawsze. Niech się tylko szczęście uśmiechnie do niego na chwilę, niech „ma rok lepszy”, wygra trochę grosza na loterji, złapie jaką schedkę, — podkręca zaraz wąsa, bawi się swobodnie i dowcipkuje rubasznie, zapomniawszy o troskach wczorajszych.
Obok niego potnieje na zagonie pospołu z wołem chłop, wiecznie niewyspany, zmęczony, przedwcześnie zwiędły, ciemny i chciwy.
Życie średnio zamożnego szlachcica i chłopa płynie równo, jednostajnie, w ciasnem korycie walki o byt. Całą jego okrasę stanowią pospolite uciechy: chrzciny, wesela, zjazdy sąsiedzkie, kieliszek i karty.
Na uboczu, na drogach rozstajnych, w karczmie czyha na nieopatrzność szlachcica i ciemnotę chłopa żyd, pająk i komik wioski polskiej. Śmieszny w ruchach i mowie, humorysta mimowolny, wytęża on całą swoją inteligencję w kierunku łatwego zarobku. Pracować nie lubi, ale pieniądze, owoce pracy, kocha szczerze.
Tej przeciętnej wioski polskiej z drobniejszym szlachcicem i jego bezpośredniem otoczeniem (rządcą, ekonomem, włodarzem, komornikiem, sekwestratorem, chłopem i żydem) — malarzem jest Klemens Junosza.
Wysokich progów rezydencji pańskich nie przestąpiła nigdy jego obserwacja. Pałaców zamożniejszej szlachty nie znał on widocznie, ile razy bowiem chciał malować obyczaje i zwyczaje bogatszych ziemian, tracił pewność ręki.
Tylko na szarem tle małych dworków i karczem poruszał się ze swobodą znawcy i bystrego spostrzegacza. Sam „Syzyfem” będąc, odczuwał najlepiej Syzyfów.
Jak nad krajobrazem przeciętnej wioski polskiej, unosi się i nad nowelami wiejskiemi Junoszy („Na zgliszczach”, „Stracone szczęście”, „Pod wodę”, „Fotografje wioskowe”, „Syzyf” i inn.) dziwnie rzewny smutek. Słychać w nich ciągle, jakby ciche, stłumione łkanie szarego pracownika, skarżącego się na ból i bezbarwność szarego życia.
Jak w ubogich dworkach i chatach uboższego szlachcica i chłopa, gospodarują i w nowelach wiejskich Junoszy „Bieda z Nędzą”. Troska siedzi na trosce i pogania troską. Komornicy i sekwestratorowie, występują w nich prawie zawsze.
Zdawałoby się, że obrazki, rzucone na tło, nie nadające się wcale do jasnych malowideł, powinny być przesiąknięte żółcią pesymizmu. Bo jakże się radować, weselić, jakże patrzeć na życie przez szkła różowe, kiedy trzeba zdobywać codziennie prawo do tego życia trudem nad siły, trwogą przed niepewnem jutrem, częstokroć nawet gorzkiem upokorzeniem? Śmiech szczery nie rodzi się ze smutku.
Ale w obrazkach wiejskich Klemensa Junoszy nie złorzeczy gniew, nie bluźni przekleństwo, nie zgrzyta zgryźliwość. Jeźli tu i owdzie błyśnie łza, to wstydliwa, pod powieką ukryta łza rezygnacji, jeźli odezwie się skarga, to zawsze tak cicha, jak westchnienie, nie naprzykrzające się nikomu.
Jego drobni szlachcice, ekonomi, rzemieślnicy, chłopi znoszą z uległością posłusznych dzieci ból ciężkiego życia, wdzięczni losowi za najkrótszy, najbledszy uśmiech. Najpospolitsze szczęście, najmniejsze powodzenie wraca im wiarę w lepszą przyszłość.
Nie szara mgła smutku tłucze się nad szaremi obrazkami Junoszy, lecz owiewa je raczej błękit pogodnego umysłu. Malarz ubóstwa, trosk, rozczarowań, przykrej walki o byt uśmiecha się zwykle z taką dobrotliwością, jakgdyby widział dokoła siebie samych tylko wybrańców szczęścia.
Na ten jasny koloryt złożyły się dwa rysy znamienne indywidualności Junoszy: optymizm i humor. Optymista odnajdywał nawet w brudzie nędzy złote błyski, humorysta bawił się nawet nikczemnością ludzką.
Junosza był na wskroś jowialnym szlachcicem polskim, po którym pesymizm drugiej połowy XIX-go stulecia przeszedł bez śladu. Jak dowcipkował sam do ostatniej chwili, chociaż życie nie słało mu nigdy kwiatów pod stopy, jak nie tracił humoru nawet wówczas, kiedy go ciężka choroba nagle powaliła, druzgocąc go w pełni sił męskich, tak nie pozwalał swoim tworom upadać na duchu. Jakoś to będzie — mówili i wierzyli po dawnemu jego „panowie bracia” — i bywało zwykle jakoś.
W rzeczywistości dzieje się inaczej. Walka o byt nie uwzględnia, niestety, słabej dobroci i wesołej nieopatrzności, a ciało ludzkie nie znosi nadmiernego wysiłku, lecz tych smutnych prawd nie uznawał, nie chciał uznać optymizm Junoszy. Zawsze uśmiechnięty mimo łez, zbierających się nieraz pod powieką, łagodził ból nadzieją szczęśliwszego jutra, troskę dowcipem.
Ktoś inny, nie tak pogodny, jak Junosza, byłby z położenia pani Zarzeckiej („Na zgliszczach”) wysnuł płaczliwy melodramat. Jego optymizm otoczył osieroconą kobietę dobrymi ludźmi (rządca Dyrdejko, chłop Gajda), wybawił ją ze szponów Pacanowera i połączył w końcu z mężem.



III.

Dobrotliwy optymizm i jowialny humor Junoszy uwydatniły się najplastyczniej w jego obrazkach żydowskich.
Jeźli kto, to nie miał autor „Łaciarza” żadnego powodu do filosemityzmu, odczuł bowiem na sobie bardzo dotkliwie bezwzględność różnych „pająków”.
Junosza powinien był nienawidzieć głęboko „delikatny rozum” lichwiarzów, zwłaszcza, że znał go lepiej, niż inni malarze wyzysku. Ale jego optymizm, opromieniony humorem, umiał być pobłażliwym nawet dla złości ludzkiej. Gdzie nie mógł przebaczyć, tam starał się rozjaśnić brzydotę moralną śmiechem wesołym.
Jankiel Pacanower, arendarz zarzecki („Na zgliszczach”) miał rozum „bardzo delikatny”. Kiedy Marcin Gajda nie chciał korzystać z nieszczęścia sierot, przekonywał go Pacanower:
— Jakie uni? Gdzie jest uni? Ich już wcale niema! Czekajta, ja wam porachuję wnet na piśmie. Siła ich było wszystkich? Całe parade sześć. No, patrzcie, ja tu piszę na ścianie sześć kresek. Raz, dwa, sześć. Widzita sześć? Pierwsza kreska, to dziedzic. Gdzie un jest? Jemu niema. Nasze żydki gadali, co un powędrował aż za Warsiawie do samego Ameryka i co un tam u tego Ameryka za stróża jest. Ny, tera patrzta, dziedzic ferfał! Mażę jedną kreskę. To już tylko pięć. Tera dziedziczka, to także, jakby jej nie buło. Naprzód kobieta, to sze rachuje tylko za pół człowieka, to już można pół kreski odmazać, i po drugie powiedzcie mi, czy półczłowiek można rachować za cały człowiek? Czy za pół rubla da kto całego rubla, za pół grosza czy jest cały obwarzanek? No, to już druga kreska. A teraz jest troje dzieciów, to nie warto nawet rachować. Uni pójdą do swoje familje, dostaną adukację, będą panami. Na co im majątku? A my nie będziemy już mieli adukacje, to nam trzeba majątek. Więc została tylko jedna kreska. Prawdziwie to nie jest żadna osoba, tylko ten ich stary przyjaciel, co musi zawdy swój nos do kużdego interesu wsadzić. Ja go tylko napisałem bez miłosierdzie, bo co un znaczy? Naprzód stary jest, może zaraz zrobić ganc git gesztorben, to go nie będzie; po drugie, un ma pieniądzów, co mu do śmierci wystarczą; można mu także zmazać. A tera patrzajta na ścianę — buło ich sześć, a gdzie uni teraz są? Nad kim wy macie sobie litować, kiedy wam pokazałem na piśmie, co ich niema?
Już wierzył Pacanower, że przekonał Gajdę argumentacją, której sofistycznego mistrzowstwa mógłby mu pozazdrościć najdowcipniejszy filozof grecki, ale chłop wziął go za rękę i, dotykając jego palców, na których pozostał ślad od ścierania kredy, — rzekł spokojnie:
— Ot, widzisz, bestyjo, niedowiarku, patrzaj, są tu wszystkie co do jednego, ostali się na twoim paluchu, tak, jak niejedna chłopska chudoba na nim ostała; wszyćkie tu są, wszyćkie tu siedzą.
Ludzie, na których palcach „ostają” cudze krzywdy, łzy i chudoby, nie zasługują bynajmniej na sympatję niczyją; humor jednak Junoszy sprawił, że Jankiel Pacanower bawi więcej, aniżeli odpycha. Śmieszny jest ten spekulant wiejski, mimo chciwości, nie szanującej niczego i nikogo, a wprost doskonały, kiedy się powołuje na swoje zasługi „polityczne”.
Bo Jankiel Pacanower miał „zasługi polityczne”, „cierpiał za kraj”.
Dostarczał on zboża dla dragonów, którzy stali załogą w miasteczku powiatowem. Zwyczajem kupieckim, nabywał towar jak najtaniej, a sprzedawał go jaknajdrożej, co mu się przez pewien czas udawało.
— Wie pan dobrodżyj — skarży się dziedzicowi Zarzeckiemu — jak to było takie zawieruche, to trudno miałem szukać ziarno, co samo celne jest i suche, tymczasem u pana Pękalskiego, co trzymał w Wywrotkach dzierżawę, zdybiało się może sześćdziesiąt korcy takie żito, co buło het zrośnięte i mokre, aż sze uno samo ruchało. To ja kupiałem jego, tak na oko, całe partje za jedne sto rubli. Ja jemu kazałem krzynkę przesuszyć i odstawiałem dla te dragony. Pamięta wielmożny pan te dragony, co niesili białe lampasy na kaśkiety? Wszystkoby buło bajki, zieby nie ich pułkownik. Pewnie pan dobrodżyj wie, taki wielki buł z wąsami, co jemu siedziali przy nos, jak dwa miotłów. To panie buł bardzo gwałtowny człowiek i zły jak cały wilk, może jeszcze gorszy nawet... Un sam tego żito nie widział, tylko że ciasem to un lubił mieć swego fanaberjów... Napsikład raz to sze jemu zachciało jeść sołdackiego chleba. Słuchał pan, co sze jemu zachciewało?! To nawet nie pasowało na takie osobe z takiem wielgiem rangiem i honorem, żeby jeszcz ordynarne chleb. Jak un wziął jeno w gębę kawałek chleba z mojego żito, tak zaczął pluć i bardzo hałas wielki zrobił. Jak un sze już wysapiuł, wydychał od tej złoszczy, tak powiedział do sołdatów, coby jemu przystawili podrajczyka. Ja nie chciałem iść, ale jak mnie trzy dragony złapili za kołnierz, to leciałem jak ptak... Pułkownik już sobie całkiem wysapiuł, już nie miał żadny złości. Pił sobie harbate. Ja jemu pokłoniłem się grzecznie, delikatnie, on kiwnął z głowem i powiada: Jak się macie, podrajczyk, wy porządny kupiec, wy ładnego zborżia przystawili. To ja się znowu kłaniałem do niego i gadałem, co w każde chwyle mogę z wielkiem akuratnoszciem dla takie porziądne wojsko i dla takie godne kunie żito i owies psistawić. Un to słuchał, kiwał z głowem i powiada: wy porżiądny kupiec, wam jeszcze za tego żito należy się reszta. Ja mówiałem, co, Bogu dzięka, Fiszel mnie wszistko zapłacił i co nie mam ziadne a ziadne pretensjów. Un roześmiał się bardzo bzidko i jak ksiknął: wziąść jego na koniusznę! to nawet nic miałem czasu ksiknąć, aj waj! jak mnie te grubjany tam zaniesili. Mnie dali za tego żito resztę, nie dużo, nie mało — same porcje, jedne sto! Co to panie za cias buł paskudny! Bez sprawe, bez apelacje, bez sąd! To pfe buło, grubjaństwo. Skrziwdzone bułem. Miałem w żupanie z tyłu bardzo porżądne porcynelowe fajke, od samego Gdańska, to co pan dobrodży powie? Całe te fajke to uni mi potłukli w drobny mak. Ny, my czerpili, my sobie poszwiecili — kończy Jankiel Pacanower swoje opowiadanie — a tera, jak trocha lepsze cias jest, to co my z tego interesu mamy?
Pisarz, umęczony przez handlarzów żydowskich, bawił się nimi wybornie z nieopatrznością dawnej szlachty polskiej. Rysy ich komiczne chwytał szybko, gromadził je z przyjemnością i wcielał po mistrzowsku obok Jankla Pacanowera, który należy w naszej literaturze do najlepszych typów żydowskich, postawił długi szereg: arendarzów, pachciarzów, drobniejszych kupców zbożowych, faktorów i t. p. pająków, gnieżdżących się w pobliżu dworów i chat wiejskich, a z każdej z tych postaci, pozornie jednostajnych, umiał wydobyć jakiś nowy szczegół. Nawet pająków w spódnicach znał doskonale. Piękna Małka Fischowa („Czarnebłoto”), właścicielka oberży „Pod zielonym łabędziem”, ubierająca się dla geszeftu starannie, nie dotykająca rozmyślnie takich towarów, któreby mogły splamić jej paluszki, zdobywająca się nawet na kokieterję i na słowo uprzejme, jest wyłączną własnością Junoszy. Tego typu nie wyzyskał przed nim żaden z autorów polskich.
Wszystkie swoje obserwacje, odnoszące się do wyzysku żydowskiego, zebrał i uporządkował Junosza w dwu większych powieściach, w „Pająkach” (1894 r.) i w „Czarnembłocie” (1895 r.). W pierwszej odmalował lichwę miejską, w drugiej wiejską.
W dziełach tych rusza się, biega, wrzeszczy, kłamie, zaklina się na zdrowie swoje i dzieci, na szczęście żony i rodziców, na zbawienie duszy cały legjon handlarzów. Każdy z nich zapewnia, przysięga, że ma zamiary najczystsze, najświętsze, a każdy czyha tylko na lekkomyślność, nieopatrzność i biedę bliźniego.
Należałoby się spodziewać, iż wyborny znawca świata lichwiarskiego zerwie ręką bezwzględną, karzącą zasłonę z szkodliwej działalności pijawek ludzkich, iż odkryje bez litości kałużę społeczną i zatarga sercem czytelnika, skargą potężną. Tymczasem nie zapomniał optymistyczny humor Junoszy nawet wobec Gancpomaderów („Pająki”) i Małek Fiszowych („Czarnebłoto”) o ich stronie komicznej. Papa Gancpomader, jubiler pomiędzy „ordynarnymi pająkami”, artysta kunsztownego, stopniowego wyzysku, bawił go tak szczerze, jak Jankiel Pacanower.
Czy winić o ten optymizm autora „Pająków” i „Czarnegobłota”? Byłoby to samo, jakgdyby ktoś chciał potępić skowronka, iż nie umie płakać tkliwą pieśnią słowika.
Junosza nie urodził się tragikiem. W jego dobrem, poczciwem sercu przetapiało się wszystko na pogodny humor: cudza złość i własna niedola. Czasem tylko, gdy go coś bardzo zabolało, składał usta do uśmiechu satyrycznego.
Filosemici, nadzwyczaj wrażliwi na najlżejszą krytykę Izraela, zaliczyli go niesłusznie do szczupłego u nas grona wojujących antysemitów, szermierz bowiem antysemicki nie byłby się ulitował nad nędzą Judki Silberknopfa, „krawca warszawskiego na całe Łosice i wszystkie okoliczności” („Łaciarz”), nie byłby wyrzeźbił z tego biedaka tak przepięknego obrazka, zwilgoconego łzą szczerego współczucia.
Nie dlatego malował Junosza przeważnie żydów, że ich nienawidził, lecz dlatego, że znał ich najlepiej, i że nadawali się najwięcej do rodzaju jego talentu. Z rozkoszą pluskał się jego humor w tej nieprzebranej krynicy.
Upodobawszy sobie żydów, rozmiłował się w nich Junosza do tego stopnia, iż nauczył się ich gwary i badał ich literaturę ludową. By został po nim ślad tych studjów szczególnego rodzaju, streścił po polsku jedno dzieło S. Abramowicza, napisane w żargonie („Don Kiszot żydowski”, 1885 r.), a drugie przetłumaczył („Szkapa”, 1886 r.).
Studja nad literaturą żargonową otworzyły przed Junoszą szersze widnokręgi, nieznane autorom, czerpiącym tylko z żywej obserwacji. Zaklęty świat tak zwanych uczonych w piśmie, grzebiących się w talmudzie, nie biorących udziału w walce o byt powszedni, stał się dla niego przystępnym. Dowiedziawszy się od samych żydów, co myślą, czują, o czem marzą, dokąd zmierzają, dodał Junosza do swoich typów dawniejszych nowe, pomijane zwykle przez humorystów polskich. „Kupcy pobożni”, „uczeni mełamedowie”, „niepraktyczni marzyciele” pomnożyli galerję jego postaci żydowskich.
Nie sam tylko Junosza malował żydów, bez których obraz wsi i miast polskich byłby niedokładnym. Zajmowali się nimi pilnie Eliza Orzeszkowa i Michał Bałucki, idealizując ich w celach publicystycznych, drwili z nich Józef Rogosz i Sewer, bawią się nimi wszyscy współpracownicy naszych pism humorystycznych.
Ale tylko Junosza odtwarzał ich przedmiotowo, bez tendencyjnej miłości lub nienawiści i wyzyskał całego „szarego”, chałatowego żyda w najrozmaitszych jego przejawach, od „uczonego” mełameda począwszy, aż do „znakomitego” felczera (Icek Harmider w „Monologach”).
Gdyby się żydzi chcieli uczyć od swoich krytyków, powinniby się wczytywać z wielką uwagą w dzieła Junoszy; dowiedzieliby się bowiem z nich, czego trzeba unikać, by zbliżyć się do społeczeństwa, z którem ich los złączył.
Junosza nic schlebiał żydom, nie idealizował ich, nie tłumaczył ich wad i przywar, lecz nie znęcał się także nad nimi. Nieszczęśliwy lub uczciwy był dla niego nieszczęśliwym i uczciwym, bez względu na to, z jakiej rasy pochodził.



IV.

W miarę, jak się rozszerzał zakres obserwacji Junoszy, rosła i galerja jego typów.
Zrazu czerpał on tylko ze skarbnicy swoich wspomnień wiejskich, zadomowiwszy się jednak w Warszawie, przypatrzywszy się bliżej nowemu otoczeniu, dodał do drobnej szlachty, do chłopów i żydów: nauczycielki („Po burzy”), starych guwernerów („Pan metr”, „Z papierów po nieboszczyku czwartym”), urzędników („Pająki”), kobiety, grające po restauracjach („Wilki”) i t. d.
I w mieście szukał głównie wyzyskiwanych, przeciwstawiając im wyzyskujących. Bogactwo, dostojeństwa, sława, szczęście nie zajmowały jego dobrego, tkliwego serca. Nie pociągały go także szersze sprawy społeczne, gwałtowne namiętności, wytworniejsze cierpienia umysłowe. Jak nie brał, jako publicysta, udziału w walce stronnictwa postępowego z zachowawczem, tak omijał także, jako belletrysta, wszelkie „kwestje palące”.
Raz tylko jeden w powieści p. t. „Pod wodę” sięgnął do chwili bieżącej, usiłując pogodzić dwa wrogie sobie prądy.
Pod wodę płynie pan Jan Załuczyński, syn pana Sylwestra, zamożnego obywatela ziemskiego.
Aczkolwiek szlachcic z dziada, pradziada, pan Sylwester nie posiadał słabości i wad kasty, do której należał. Pracowity, oszczędny, słowny, rządny i praktyczny, oczyścił odziedziczony majątek z długów, podwoił go, potroił.
Zalet swoich nie wziął on w spadku po przodkach, lecz wyrobił je w sobie siłą woli. Wychowaniec trzeźwości drugiej połowy XIX-go stulecia, rozumiał bardzo dobrze, że rolnik współczesny nie może postępować utartemi szlakami dawniejszych, jeźli się chce utrzymać przy ziemi, że musi się pozbyć nieopatrzności zgasłych pokoleń, na które pracowały spętane ręce poddanych. Przeto ujął niesforną naturę szlachecką za kołnierz i mocował się z nią dopóty, dopóki jej nie ujarzmił. Nauczył ją sumienności i obowiązkowości, wytrzebił z niej lenistwo i gadulstwo, odzwyczaił ją od włóczenia się po sąsiedztwach i miasteczkach, wywrócił ją, słowem, na nice.
W majątku pana Sylwestra szło wszystko, jak w zegarku. Każda godzina miała swoje przeznaczenie, każda ręka poruszała się według planu, nakreślonego raz na zawsze przez właściciela. Od porządku dnia nie wolno było nikomu odstąpić: ani służbie, ani samemu panu.
Wtłoczywszy siebie w ramy praktyczne, chciał pan Sylwester, aby i jego potomstwo przywykło do nowych warunków od kołyski, aby się pozbyło resztek popędów i pociągów, drzemiących w krwi burzliwej.
Tu jednakże zawiodła trzeźwa metoda swojego wychowańca. Bo co on w sobie stłumił, zdusił, zdeptał — serce — odezwało się w jego synu. Młody Jan Załuczyński, chociaż ojciec nie pominął żadnego środka, aby go zmienić w nieczułą maszynę rachunkową, był znów idealistą w dawnym stylu, jakgdyby nie miał po za sobą usiłowań całego pokolenia. Aczkolwiek pracowity i obowiązkowy, jak rodzic, nie stracił mimo to „miękkości” serca, nie mierzył życia powodzeniem finansowem. Rozkochał się w ubogiej panience i lekceważył ideał ojca: dobrobyt.
Zaczęła się walka między ojcem a synem, między trzeźwością a dobrocią, między praktycznością a idealnemi poglądami na świat i ludzi. W boju tym uległa ostatecznie trzeźwość. Niepraktyczna dobroć, idealizm tryumfują.
Powieść „Pod wodę” rzuca dostateczne światło na stosunek Junoszy do chwili, z której wyszedł, do której należał. Zajmował on stanowisko pośrednie między teraźniejszością a przeszłością, skłaniając się jednak więcej ku drugiej, niż ku pierwszej. Uznawał wprawdzie, ze względu na zmienione warunki społeczne, konieczność reformy pojęć i metody pracy, lecz stawiał owoce serca ponad plon rozumu.
Ta jego wiara w zwycięstwo dobroci sprawiła, iż, odczytując jego dzieła, doznaje się nieraz wrażenia, jakgdyby się obcowało z ludźmi innych czasów. Spokoju jego skromnych bohaterów nie mąci niezadowolenie z obecnego stanu czy wiedzy, czy urządzeń społecznych, nie męczy ich tajemnica wszech rzeczy, nie gniewa głupota i podłość ludzi, nie rozgorycza nawet okrutna walka o byt. Jego szlachcice zagonowi, rządcy, chłopi, żydzi z pospólstwa i t. d. zachowują się tak, jakgdyby nad dworkami i chatami nie wiał nigdy oddech drugiej połowy XIX-go stulecia.
Czciciel dobroci, wybierał Junosza najchętniej ludzi dobrych, a jeżeli mu wypadło potrącić o charakter ujemny, wówczas przywoływał na pomoc humor, łagodził, zacierał kontury ostre, usiłując wywołać uśmiech tam, gdzie należałoby płakać łzami gorzkiemi. Człowiek podły bywa w jego oświetleniu najczęściej tylko śmiesznym, nikczemny — zabawnym. Nieszczęśliwy cierpi z uległością, znosząc niedolę jako dopust Boży, pokrzywdzony nie szuka odwetu, przywalony nadmierną pracą dźwiga bez szemrania brzemię życia i pada pod niem bez skargi buntowniczej. Czasem tylko rzuca się jakiś biedak niecierpliwie, westchnie zcicha, ale czyni to zawsze tak dyskretnie, z takim pośpiechem, jak gdyby się chwilowego zniechęcenia i omdlenia wstydził.
Takich biedaków spotykamy w dziełach Junoszy ku końcowi jego życia coraz częściej.
Pobyt w wielkiem mieście nie służył pisarzowi, któremu było potrzeba szerokiego tchnienia pól i szczerej serdeczności ludzi, obcujących z czystą zawsze naturą.
Ciężka, bezustanna walka o byt powszedni zamroczyła w końcu nawet optymizm Junoszy i wprowadziła do jego pogodnego humoru zgrzyty satyryczne.
Typem jego ostatnich „szarych bohaterów” jest pan Jan ze Stawisk, szlachcic, szamocący się daremnie z niedostatkiem („Syzyf”, 1891 r.).
— Człowiek ten do dnia wstawał — mówi o nim Junosza — późno w nocy kładł się na spoczynek, najdrobniejszej słomki nie dał zmarnować, pilnował całości mienia, jak źrenicy własnego oka, a wszystkie dochody oddawał jaknajsumienniej w formie procentów. Dla siebie miał tylko tyle, że żył. Oszczędność posuwał do ostatnich granic, w przekonaniu, że tą drogą stanie na własnych nogach, odzyska niezależność, zgromadzi fundusz na edukację dzieci, na zabezpieczenie starości (str. 153). Gdy zaś noc przyszła, to nie goniła poranku, ale wlokła się jak zmora powoli, jak zmora dusiła, spędzając sen z powiek, strasząc widmami przyszłości, rzucając potworne znaki zapytania przed oczy. Co? Zkąd? Od kogo? Kiedy? Ohydny słownik... Niejednemu on życie złamał, energję odebrał, niejednego przedwcześnie do grobu zaprowadził. Niemasz bardziej jadowitego i bardziej mnożnego owadu nad te pytajniki nieubłagane. Brzęczą nad uszami, rzucają się do oczu, świdrują czaszkę, sprawiając ból nieznośny, aż do obłędu, aż do szaleństwa. I sen przed temi djabelskiemi znaczkami ucieka, spokój odbiega i chęć do życia. Wśród ciemności nocnych świecą one fosforycznym blaskiem, jak błędne ognie na cmentarzysku lub bagnie, wdzierają się pod powieki, rażą źrenice, pieką. I ani ich odpędzić, ani się od nich uwolnić nie sposób; natrętne i uprzykrzone, jak komary, powracają, mnożą się, uderzają całą chmarą, rojem. Pan Jan poznał już te ukąszenia bolesne i zjadliwe, wpijały mu się one w mózg, wierciły czaszkę, piekły żywym ogniem, a pod wpływem tego bólu widział żonę swoją ukochaną i dzieci w smutku, w opuszczeniu, w niedostatku, biedne i zmarnowane; widział, jak gromada jakichś cieniów rzuca się na jego mienie, chwyta po grudce ziemi i unosi, czuł, że jakiś straszny ciężar gniecie mu barki, zgina krzyż, przywala go, miażdży (str. 125, 126). Smutna tragedja życia! Tem smutniejsza, że prosta, zwyczajna, pospolita, szara, jeżeli takiego wyrażenia użyć można. Niemniej przeto jest ona straszna, a może nawet straszniejsza od wielu z tych, jakie w arcydziełach mistrzów podziwiamy. W tamtych siła wyższa, fatum czy ananke druzgotały człowieka jednem uderzeniem, niby ciosem potężnej maczugi, w tych człowiek pada od ukłucia tysiącznych szpilek, kona powoli, traci krew kroplę po krwi, aż do zupełnego wyczerpania — a łudzi się do chwili ostatniej i szarpie (str. 172).
I padł „Syzyf” w pełni sił męskich od ukłucia tysiącznych szpilek, łudząc się do ostatniej chwili.
Nie w taki sposób malował Junosza aż do roku 1890-go ból swoich szarych męczenników życia. I jemu więc obrzydł w końcu cierpliwy optymizm.

∗                    ∗

Jako obserwator, chwytał Junosza najłatwiej cechy zewnętrzne człowieka. Każdy rys, odskakujący od szarego tła, każda odrębność w budowie ciała, w ruchach i w mowie wpadała szybko do jego oka i ucha i przybierała natychmiast kształty artystyczne.
Ta łatwość zewnętrznej obserwacji jest jednym z powodów, iż odtwarzał z taką przyjemnością i tak znakomicie żydów z gminu, którzy wyróżniają się wśród mieszkańców wsi własną gestykulacją i własnym językiem.
Oprócz żydów widział Junosza doskonale wszystkich oryginałów, odbijających czemkolwiek od jednostajnego tła szarego otoczenia.
Jako kompozytor, posługiwał się Junosza formą gawędy. Nie wprowadzał on charakterów w akcji, nie wysnuwał jednej sytuacji z drugiej, postępując w górę od założenia do punktu kulminacyjnego, lecz opowiadał zawsze sam i zestawiał poszczególne sceny luźno obok siebie.
Każdą nową postać poprzedzał zwykle komentarzem biograficznym lub psychologicznym, odbierając jej w ten sposób możność stopniowego rozwoju.
Chociaż Junosza zostawił po sobie długi szereg powieści, był on właściwie nowelistą i tylko jako nowelista zbudował dzieła doskonałe pod względem formy. Jego „Łaciarz”, „Pan metr”, „Wnuczek” i kilka monologów nie stracą nic na porównaniu z najlepszemi nowelami Sienkiewicza, Prusa i Gomulickiego.
Język Junoszy poprawny, jasny, wypływał z pod jego pióra bez żadnego wysiłku. Nie olśniewał barwnością, nie zdumiewał siłą, ale toczył się zawsze równo, nigdy oschły, zwiędły.
Na część opisową nie kładł Junosza nacisku. Malował krajobrazy rzadko, niechętnie, chociaż umiał, gdy chciał, wczuć się w piękno przyrody, czego świadectwem jego prześliczny opis wiosny w „Panach braciach”.
Oprócz nowel i powieści, napisał Junosza sam jedno dzieło sceniczne p. t. „Chłopski mecenas” (1880 r.) i dwa z współudziałem Zygmunta Przybylskiego („Baby[1]”) i Kazimierza Laskowskiego („Wyścig dystansowy”).


∗                    ∗

Nie ulega wątpliwości, iż gdyby nie trudne warunki materjalne, które nie pozwalały autorowi „Pająków” skupić się, poświęcić się wyłącznie pracy literackiej, byłby się duży talent Klemensa Junoszy rozwinął w kwiat barwniejszy, pełniejszy. Nie wszystko, co wyszło z pod tego wdzięcznego pióra, płodzącego w trosce i niepokoju, zasługuje na trwalszą pamięć, wszystko jednak nosi na sobie cechy prawdziwego talentu i jest owiane tchnieniem miłości rzeczy swojskich.
Cokolwiek krytyka surowsza mogłaby zarzucić spuściźnie autorskiej Junosza, tyle już dziś pewna, iż najzacieklejszy zoil nie będzie mógł odmówić autorowi: „Na zgliszczach”, „Łaciarza”, „Pana metra”, „Wnuczka”, „Panów braci”, „Pająków”, „Czarnegobłota” i „Monologów” zaszczytnego, uczciwie, w pocie czoła zapracowanego miejsca wśród beletrystów polskich drugiej połowy XIX stulecia.
Z Klemensem Junoszą Szaniawskim zstąpił do grobu nowelista dużego talentu, publicysta czystych rąk i człowiek wielkiej dobroci.

Teodor Jeske-Choiński.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Całości sztuki nie wydrukowano. Jedyny opublikowany fragment komedii „Baby” pochodzi z pisma „Wędrowiec” nr 31 z r. 1896.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.