Kartka miłości/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XV.

Noc zapadała. Z pobladłego nieba, na którem zabłysły pierwsze gwiazdy, cienki popiół zdawał się spadać na miasto i powoli, bezustannie zasypywał je. Wielkie cienie zalewały już wklęsłe przestrzenie; a w głębi horyzontu ukazywał się czarny wał, który pochłaniał resztki dnia, drożące jego promyki, co się na zachód cofały. Poniżej Passy gdzieniegdzie tylko dachy wyraźniej się rysowały
— Co za ciepły wieczór! — szepnęła Helena, siedząc przed oknem, osłabiona ciepłymi wyziewami, które Paryż dosyłał jej aż tutaj.
— Piękna noc dli biednych ludzi — rzekł ksiądz, stojący za nią. — Jesień będzie łagodna.
Tego wtorku Joanna usnęła przy deserze, i matka, widząc ją trochę zmęczoną, położyła do łóżka. Spała już w łóżeczku swojem, a koło stołu pan Rambaud pracował nad poprawieniem zabawki, mechanicznej lalki chodzącej i mówiącej, którą sam darował jej był, a którą ona złamała: miał wielką już wprawę do tego rodzaju robót. Helenie tymczasem zabrakło powietrza, cierpiała od tych ostatnich upałów wrześniowych; otworzyła okno; to morze cienia, ta przestrzeń czarna, co przed nią leżała, przynosiły jej ulgę. Potrzebując samotności, przysunęła fotel swój do okna; zdziwiła się, usłyszawszy głos księdza za sobą. Mówił dalej powoli:
— Czyś dobrze okryła małą? — Tu, tak wysoko, powietrze jest zawsze świeże.
Czuła potrzebę milczenia i nic nie odpowiedziała na to. Miłym jej był wdzięk zmroku, zniknięcie widzialnych dla oka przedmiotów, i ustanie wszelkiego hałasu. Na wierzchołku wież i wieżyczek paliły się światełka niby lampki nocne; św. Augustyn zgasł najprzód, Panteon błyszczał chwilę błękitnawem światłem, świecąca kopuła inwalidów utonęła niby księżyc w chmurach. Był to ocean, ta noc, która się rozpościerała w głębi cieniu, była to przepaść ciemności, w której drzemał świat. Ogromny a cichy odgłos dochodził z niewidomego miasta. W przeciągłym głosie, co huczał, dźwięki osobne wznosiły się jeszcze, słabe ale wyraźne; turkot omnibusu przejeżdżającego wybrzeżem, świst pociągu przelatując ego po moście Point-du-Jour; a w dole szmer Sekwany, która rozlana w skutek ostatnich deszczów, szeroko płynęła, silnie oddychając jak żywi istota. Ciepły zapach rozchodził się jeszcze dymiących kominów, a wśród tych wyziewów gorącego dnia, świeży powiew od rzeki ochładzał powietrze. Paryż znikł, dając się osłonić nocy niby kolos, i z oczami otwartemi nieruchomie leżał chwilę.
Nic tak nie rozczulało Helenę, jak te i przestanek w życiu miasta. Nie wychodzą: od trzech miesięcy, przykuta do łóżka Joanny, za jedynego towarzysza nocy spędzanych u wezgłowia chorej miała ten wielki Paryż, rozpostarty na horyzoncie. Podczas upałów lipcowych, sierpniowych, okna prawie zawsze byty otwarte; nie mogła z tem przejść przez pokój, nie mogła poruszyć się, odwrócić główy, ażeby nie widziała wciąż jego obrazu. Zawsze był tam, nie opuszczał jej nigdy, dzielić cierpienia jej i nadzieje, jak przyjaciel, który się san narzuca. Nie znała go i teraz, nigdy nie była tak daleko od niego, nie troszczyła się ani o jego ulice, ani o jego mieszkańców; on zaś napełniał jej samotność tych kilka stóp kwadratowych, ten pokój cierpienia, którego drzwi tak starannie zamykała, otwierał przed nim szeroko oba swe okna. Często i bardzo chcąc ukryć łzy swe przed chorą, oparłszy się o framugę, płakała, patrząc na niego; jednego dnia, kiedy sądziła, że już ją utraci, nieszczęśliwa, zrozpaczona, długo okiem goniła wznoszące się dymy piekarni wojskowej. Często także, w chwilach nadziei radość swą wynurzała przed dalekiemi okolicami przedmieścia. Każdy pomnik przypominał jej jakieś wesołe lub smutne uczucie. Paryż żył jej życiem. Ale szczególnie lubiła go o zmroku, kiedy po skończonym dniu uspokajał się na kwandrans, zapominał się i marzył, oczekując, zanim gaz nie zapalą.
— Co gwiazd! — szepnął ksiądz Jouve. — Miliony ich błyszczą.
Wziął krzesło i usiadł przy niej. I ona podniosła oczy, patrząc na niebo. Konstelacye tkwiły w fimamencie, jak złote gwoździe. Jedna planeta, tuż koło horyzontu prawie, świeciła się jak drogi kamień, a kurzawa niewidzialnych prawie gwiazd zasypała sklepienie iskrzącym się piaskiem. Wóz powoli się obracał, podnosząc w górę hołoble swoje.
— Patrzcie — rzekła z kolei — ta mała niebieska gwiazdka z tej strony, widzę ją każdego wieczora... Ale zachodzi już, co noc osuwa się niżej.
Teraz ksiądz nie przeszkadzał jej już. Czuła go obok siebie jako jedno więcej źródło uspokojenia. W długich przerwach milczenia zamienili z sobą słów kilka. Dwa razy zapytywała go o nazwy gwiazd; zawsze widok nieba zaciekawiał ją. Ale on wahał się z odpowiedzią, nie wiedział.
— Czy widzicie — pytała — tę piękną gwiazdę, co tak błyszczy?
— Na lewo, nieprawdaż? — mówił — obok innej, nie tak wielkiej, zielonawej... Tak wiele ich jest, zapomniałem.
Zamilkli z oczami wzniesionemi, olśnieni i przejęci lekkim dreszczem wobec tej nieskończonej ilości światów, co wciąż jeszcze wzrastała. Po za tysiącami ich ukazywały się jeszcze tysiące w bezdennej głębinie nieba. Nieskończona ta noc światów paliła się spokojnym ogniem drogich kamieni. Mleczna droga bieliła się już, atomy słoneczne iskrzyły się w takiej ilości i tak daleko, że na kuli firmamentu tworzyły już tylko świetlaną wstęgę.
— Przeraża mię to — rzekła Helena bardzo cicho.
I pochyliła głowę, zanurzając wzrok swój w ciemną próżnię, która pochłonęła Paryż. Tu ani jednego światełka nie widać było jeszcze, zupełna noc panowała dokoła. Wielki, przeciągły głos miasta przycichł i złagodniał.
— Plączesz! — spytał ksiądz — usłyszawszy łkanie.
— Tak — odpowiedziała Helena.
Nie widzieli siebie. Płakała długo, drżąc z lekka na całem ciele. Po za nimi Joanna spała spokojnym, niewinnym snem; pan Rambaud, mocno zajęty robotą pochylał siwiejącą swą głowę nad lalką, której członki rozebrał. Chwilami odzywał się cichy trzask odskakującej sprężyny, czasami jąkanie dziecinne, które grubemi palcami swymi jak mógł najłagodniej wydobywał z zepsutego mechanizmu. A kiedy lalka nadto głośno zagadała, zatrzymywał się od razu, niespokojny i zły, patrząc, czy nie obudził Joanny. Potem wracał ostrożnie do swego zajęcia, mając do pomocy tylko nożyczki i dłutko.
— Czego płaczeż, moja córko? — rzekł znowu ksiądz. — Czy nie mógłbym dopomóc ci w czem?
— O, zostaw mię — szepnęła Helena — łzy te przynoszą mi ulgę... Zaraz, zaraz...
Nie mogła odpowiedzieć, dławiły ją łzy. Raz jut na tem samem miejscu boleść ją złamała; ale była wówczas sama; mogła płakać w ciemności, dopóki źródło bolesnego wzruszenia nie wyschło. A jednak nie miała teraz żadnego zmartwienia; córka uratowana, ona sama wróciła do jednostajnego, miłego trybu życia. Teraz powstało w niej nagle jakby dotkliwe uczucie wielkiej boleści, niezgłębionej próżni, której czuła że nigdy nie zapełni, bezgranicznej rozpaczy, w której się pogrążała wraz ze wszystkimi drogimi sobie. Nie umiałaby określić, jakie nieszczęście groziło jej; wiedziała tylko, że straciła nadzieję i płakała.
Jeszcze w woniejącym kościele, w czasie nabożeństwa Maryi, doświadczała podobnych chwil rozczulenia. Rozległy horyzont Paryża o zmroku sprawiał na niej głębokie religijne wrażenie. Płaszczyzna zdawała się rozszerzać, myśl o tych dwóch milionach ludzi, co znikali gdzieś w ciemności, przejmowała smutkiem. Potem, kiedy czarna noc zapadła, kiedy miasto znikło wraz z obumierającymi głosami swymi, ściśnione serce jej pękało, i gorące łzy toczyły się wobec tego najwyższego, martwego spokoju. Potrzebą wiary, miłości, religijnego ukorzenia się wywoływała wielki dreszcz. Wówczas to wschód gwiazd wzbudzał w niej radość i święty przestrach.
Po długiem milczeniu, ksiądz Jouve odezwał się znowu nalegająco:
— Moja córko, powinnaś mi się zwierzyć. Dlaczego wahasz się?
Płakała jeszcze, ale łagodnie już jak dziecko, jak istota zmęczona i bezsilna.
— Kościół przestrasza cię — mówił dalej. — Przez chwilę sądziłem, że Bóg zdobył serce twe. Ale inaczej się stało. Niebo ma swe zamiary... A więc, jeżeli nie ufasz księdzu, dlaczegóż nie miałbyś zwierzyć się przed przyjacielem?
— Macie słuszność — wyjąkała — tak, jestem zmartwiona i potrzebuję was.. Muszę wyznać to przed wami. Będąc małą, nie chodziłam wcale do kościoła; dzisiaj, nie mogę bez głębokiego wzruszenia być świadkiem obrządku religijnego... I teraz, oto w tej chwili nie mogłam wstrzymać się od łez dlatego, że ten głos Paryża tak przypominana brzmienie organów; ten ogrom nocy, to piękne niebo... O, chciałabym wierzyć. Pomóżcie mi, nauczcie mię.
Ksiądz Jouve uspokoił ją, kładąc lekko rękę swą na jej rękę.
— Powiedz mi wszystko — rzekł łagodnie.
Walczyła z sobą, pełna niepokoju.
— Nic mi nie jest — upewniam was... Nic ale kryję przed wami... Płaczę bez przyczyny, bo mi duszno, bo łzy me same płyną... Znacie życie moje. Nie umiałabym odnaleźć w niem ani smutku, ani błędu, ani wyrzutu... I nie wiem, nie wiem..
Głos jej zamarł. Ksiądz powoli wyrzekł to słowo.
— Kochasz, moja córko.
Zadrżała, nie śmiała zaprzeczyć. Milczenie znowu nastało. W morzu ciemności, które spało przed nimi, zaświeciła iskierka. Było to u stóp ich, gdzieś w przepaści, w miejscu, któregoby nie potrafili określić. Inne iskierki ukazywały się z kolei jedna za drugą. Powstawały w ciemności odrazu, nagle, a potem migotały jak gwiazdy. Był to niby wschód gwiazd na powierzchni ciemnego jeziora. Wkrótce zarysowały one podwójną linię idącą od Trocadro ku Paryżowi; następnie, inne drogi swiecących punktów przerżnęły tę pierwszą, powstały krzywe linie, łuki i utworzyła się z tego dziwna, wspaniała konstelacya. Helena wciąż jeszcze milczała, śledząc wzrokiem to migotanie, które przedłużało niebo poza horyzont, w nieskończoność, jak gdyby ziemia znikła, i ze wszystkich stron znajdowł się niebieski firmament, i znowu wróciło owo wzruszenie, które załamało ją było niedawno przedtem, kiedy wóz zaczął powoli obracać się około swej osi, z hołoalą podniesioną w górę. Paryż zapalał się; głęboki i smutny wywoływał przerażające myśli o niebokręgu zasianym światami.
Tymczasem ksiądz tym głosem monotonnym i łagodnym, pochodzącym z przyzwyczajenia nabytego w konfesyonale długo szeptał jej na ucho. Przestrzegał ją kiedyś, mówił, że samotność szkodzić jej będzie. Nikt nie może bezkarnie wychodzić po za obręb zwykłego życia. Nadto się zamknęła i swobodne pole zostawiła niebezpiecznym marzeniom.
— Jestem już bardzo stary — szeptał — często widywałem kobiety, które przychodziły do nas ze łzami, modłami, potrzebą wierzenia i klękania... To też nie mogę się mylić dzisiaj. Te kobiety, co tak żarliwie zdają się szukać Boga, są to tylko biedne serca, pożerane namiętnością. One w kościołach naszych uwielbiają tylko człowieka...
Miotana wzruszeniem, Helena nie słuchała go, usiłując tylko zrozumieć samą siebie nareszcie. Wyznanie wymknęło się jej nakoniec. Cicho, przytłumionym głosem rzekła:
— A więc tak — kocham... To i wszystko. Dalej, nie wiem, nie wiem...
Teraz on jej nie przerywał. Mówiła jak w gorączce, krótkimi urywanemi frazesami, i czuła gorzką przyjemność w tem, że mogła tak wyznać swą miłość, podzielić się z tym starcem tajemnicą, która dusiła ją od tak dawna.
— Przysięgam wam, że nie rozumiem siebie samej... Nie wiem sama, jak mi to przyszło. Może tak odrazu. Jednakże, dopiero powoli zaczęłam doznawać słodyczy tego uczucia... Zresztą, dla czego mam udawać silniejszą niż jestem? Nie starałam się uciec, byłam nadto szczęśliwa; dzisiaj, mniej jeszcze mam do tego odwagi... Patrzcie, moja córka była chora, o mało co nie straciłam jej, i oto miłość moja tak była głęboka jak boleść, po tych dniach straszliwych wróciła potężna i opanowała mię i czuję, że mię unosi...
Drżąc cała, odetchnęła głęboko.
— Nakoniec, nie mam już sił... Mieliście słuszność, mój przyjacielu, ulgę mi sprawia to, że wam się zwierzyć mogę... Ale proszę was, powiedzcie mi, co się w mem sercu dzieje. Byłam tak spokojna, tak szczęśliwa. To uderzenie piorunu w życie moje. Dla czego to ze mną się stało? dla czego nie z inną? bo nie zasłużyłam na to, sądziłam się tak bezpieczną... O! gdybyście wiedzieli! Nie poznaję siebie... Ah! pomóżcie mi ratujcie mię!
Widząc, że umilkła; ksiądz machinalnie, ze zwykłą swobodą spowiednika zadał pytanie.
— Imię, powiedz mi imię?
Wahała się; wtem dziwny szmer zwróci! Jej uwagę. Była to lalka, która pod palcami pana Rambaud wracała powoli do swego życia mechanicznego; zrobiła właśnie parę kroków na stole, przy czem maszynerya nie zupełnie jeszcze naprawiona nieprzyjemnie skrzypiała; potem przewróciła się na wznak i gdyby nie pan Rambaud byłaby zleciała na ziemię. Śledził ją z rękami wyciągniętemi i pełen ojcowskiego niepokoju, gotów do podtrzymania upadającej. Zobaczywszy, że Helena odwróciła się, uśmiechnął się do niej, jak gdyby obiecując że lalka będzie chodziła i znowu zaczął coś dłubać w zabawie nożyczkami i dłutkiem. Joanna spała.
Helena, uspokojona tem cichem otoczeniem swojem, wyszeptała jedno imię na ucho księdzu. Ten nie poruszył się. Twarzy jego nie można było dojrzeć w cieniu. Po chwili milczenia — przemówił;
— Wiedziałem o tem, ale chciałem, byś mi sama wyznała.. Moja córko, musisz wiele cierpieć.
I nie dodał już ani jednego pospolitego frazesu o obowiązkach. Helena przygnębiona, straszliwie zasmucona tą pogodną litością księdza, znowu patrzała na iskry, które przetykały złotem ciemny płaszcz Paryża. Iskry te mnożyły się bez końca. Były to jak te ognie, co biegają po czarnym popiele spalonego papieru. Świecące te punkty wyszły naprzód z Trocadero i skierowały się ku środkowi miasta. Wkrótce inne ognisko ich ukazało się na lewo, ku Montmartere; potem inne znowu na prawo, po za Inwalidami, i jeszcze inne więcej w tyle, od strony Panteonu. Ze wszystkich tych ognisk od razu wylatywały szeregi małych płomyków.
— Czy pamiętasz rozmowę naszą — zaczął ksiądz powoli. — Nie zmieniłem zdania mego... Powinnaś wyjść za mąż, moja córko.
— Ja — rzekła przygnębiona. — Ależ tylko co wyznałam wam... Wiecie dobrze, iż nie mogę...
— Powinnaś wyjść za mąż — powtórzył z większą silą. — Zaślubisz uczciwego człowieka...
Zdawało się, że w tej chwili urósł pod tą swoją starą sutanną. Wielka jego śmieszna głowa, która się zwykle przechylała na jedno ramię, podnosiła się teraz, a spojrzenie oczu zwykle na wpół przymkniętych tak było jasne i pewne teraz, że widziała je, jak się świeciły w ciemności.
Zaślubisz uczciwego człowieka, który będzie ojcem dla twojej Joanny, i z którym wróci ci cała twa dawna prawość charakteru.
— Ależ ja go nie kocham. Mój Boże, nie kocham go...
— Kochać będziesz, moja córko... On kocha ciebie i jest dobrym.
Helena broniła się, zniżała głos, słysząc mały szmer, jaki pan Rambaud sprawiał po za nimi. Był on tak cierpliwy i tak silny w swej nadziei, że od trzech miesięcy ani jednego razu nie narzucał się jej miłością swoją. Czekał ze spokojną ufnością, gotów zarazem do najcięższych ofiar. Ksiądz poruszył się, jak gdyby odwracając się w jego stronę.
— Czy chcesz, żebym mu powiedział wszystko?... Poda ci rękę i uratuje cię. I uczynisz go niezmiernie szczęśliwym.
Bezprzytomna prawie zatrzymała go. Serce jej buntowało się. Oni obydwaj przestraszali ją, ci ludzie tak spokojni i tak troskliwi, których rozum zachowywał się tak zimno, wobec gorączkowej namiętności jej. W jakimże świecie żyli oni, że mogli nie znać tego, co sprawiało jej tyle cierpienia? Ksiądz poważnym ruchem wskazał ręką na szeroką przestrzeń.
— Moja córko, spójrz na tę piękną noc, ten najwyższy spokój wobec twego wzruszenia. Czemu nie chcesz być szczęśliwą?
Paryż cały palił się. Małe tańczące płomyki zasiały morze ciemności z jednego końca horyzontu w drugi, i teraz miliony tych gwiazdek paliły się spokojnie w pogodną letnią noc. Żaden podmuch wiatru, żadne drganie nie poruszyło tych światełek, zawieszonych niby w przestrzeni. Paryż, którego widać nie było, utonął gdzieś w nieskończoności, tak wielkiej jak firmament. U stóp pochyłości Trocadero latarnie fiakra lub omnibusu szybkim światłem przerzynały ciemności, jak gwiazdy spadające; przy świetle latarni gazowych, z których dobywały się niby mgły żółte, niewyraźnie rysowały się fasady gmachów, klomby drzew. Na moście Inwalidów gwiazdy bezustannie krzyżowały się; poniżej wzdłuż ciemnistej wstęgi ukazywało się cudowne zjawisko, gromada komet, których złociste ogony spadały deszczem iskier; były to latarnie mostów na czarnych wodach Sekwany. Po za tem wszystkiem rozpoczynała się nieznana kraina. Długa krzywa linja rzeki rysowała się podwójnym sznurem świateł, które od miejsca do miejsca łączyły się z innymi podobnymi sznurami; była to niby świetlana drabina, rzucana wpoprzek Paryża; oba jej końce opierały się o brzeg nieba, między gwiazdami. Na lewo biegła inna droga; z pól Elizejskich ciągnął się równy wąwóz od bramy Tryumfalnej na plac Zgody, gdzie świeciła się iskrząca plejada; dalej Tuilerye, Luwr, stosy domów nad brzegiem wody tworzyły czarne pręgi, które gdzieniegdzie przedzielały błyszczące kwadraty wielkich placów; a jeszcze dalej, w tyle, wśród masy dachów, światełka rozsypały się i nic już rozróżnić niepodobna było, chyba wklęsłość ulic, zagięcie linii bulwaru, rozszerzenie placu oświetlonego. Na drugim brzegu, na prawo, Esplanada tylko rysowała się wyraźnie ze swym prostokątem płomieni, podobnym do jakiegoś Oriona zimowych nocy, co utracił swą przepaskę; długie ulice cyrkułu Saint-Germany smutnie świeciły rzadkiemi latarniami; po za niemi ludne cyrkuły, oświecone ścieśnionemi szeregami ogni, jak mgławice. Latarni gazowe i oświecone okna napełniały miasto, przedmieścia i dalekie okolice miryadami słońc, planetarnymi atomami niedostrzegalnymi dla oka. Chwilami zdawało się, że to jakieś święto olbrzymów, jakiś oświecony pomnik cyklopów, z jego schodami, oknami, terasami, jego światem z kamienia; linie lamp fosforycznym swym ogniem uwydatniały jego dziwną potężną architekturę. Zawsze jednak widok ten napominał powstanie konstelacją ciągły rozrost nieba.
Helena idąc wzrokiem za ruchem księdza, długiem spojrzeniem objęła Paryż. Tych gwiazd nie znała także. Chętnie chciała by wiedzieć, co to było to żywe światło tam na lewo widziała je co wieczór. Inne światełka zajmowały ją także. Były między niemi takie, które lubiła, były inne, które ją niepokoiły lub gniewały.
— Mój ojcze — rzekła — po raz pierwszy używając tej nazwy miłości i szacunku; pozwólcie mi żyć... To piękność tej nocy tak mię poruszyła... Omyliliście się, nie potrafilibyście teraz pocieszyć mię, bo nie możecie mię rozumieć.
Ksiądz rozłożył ręce, potem opuścił je z powolną rezygnacyą. Po chwili milczenia — rzekł zcicha:
— Zapewne, musi tak być... Wzywasz pomocy, a nie przyjmujesz ratunku. Ileż to już rozpaczliwych wyznań wysłuchałem, ileż łez nie mogłem powstrzymać!... Posłuchaj, moja córko, przyrzecz mi przynajmniej rzecz jedną: jeżeli kiedy życie stanie się nadto ciężkiem dla ciebie, pamiętaj, że jest uczciwy człowiek, który cię kocha i czeka na ciebie... Złożysz tylko rękę swoją w jego dłoni, a odnajdziesz spokój.
— Przyrzekam — odpowiedziała Helena poważnie.
W chwili, kiedy dawała tę obietnicę, w pokoju rozległ się śmiech. Joanna właśnie obudziła się i patrzyła na lalkę, chodzącą po stole, pan Rambaud, uszczęśliwiony naprawą jej, wyciągał ręce swe, zawsze jeszcze bojąc się wypadku jakiego. Ale lalka mocno się trzymała; stukała piętkami swemi i kręciła głowę, za każdym krokiem powtarzając te same wyrazy głosem papugi.
— O, to figiel — szeptała Joanna — rozespana jeszcze... Cóżeś jej zrobił, powiedz? Złamana była, a teraz żyje... Daj mi, pokaż... jakiś ty dobry...
Tymczasem ponad Paryżem świetlany obłok wznosi] się. Był to niby czerwony oddech żaru. Z początku jako ledwie widoczny odbłysk białawy wśród ciemności, powoli w miarę tego jak noc zapadała, stawał się krwawym. Złożyły się nań wszystkie płomienie i cała suma życia, którą miasto wyziewało. Zawieszony w powietrzu, nieruchomi;; stojąc ponad miastem, obłok ten podobny był do obłoków brzemiennych piorunami i pożarem, które wieńczą paszcze wulkanów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.