Kartka miłości/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XIV.

W sierpniu ogród doktora Deberle stał się prawdziwą studnią liści. Koło kraty bzy i szczodrzenica pomięszały się z sobą gałęźmi swymi, a pnące się rośliny, bluszcze, przewierścień, powoje wyrzucały latoroślą na wszystkie strony, wiązały z sobą, plątały, spadały kaskadą, pięły się aż do wiązów stojących w głębi ogrodu, przebiegłszy drogę do nich po murze; a tam znowu zawisł niby namiot między drzewami, wiązy wzniosły się jak potężne słupy zielonego salonu. Ogródek ten był mały, że najmniejszy kawałek cienia co nań padł, już go zakrywał. W południe słońce tworzyło na środku jedną żółtą plamę, zarysowując okrągły trawnik, po którego dwóch bokach znajdowali się klomby. Koło ganku rósł wielki krzew róży, osypany ogromnemi herbacianemi różami. Wieczorem, kiedy upał ustawał, zapach ich stawał się przenikający, ciepła woń róż napełniała powietrze pod wiązami. Nie mogło być nic przyjemniejszego jak ten kącik pachnący, do którego ciekawe oko sąsiadów przedrzeć się nie mogło, i który budził dalekie wspomnienie dziewiczego lasu, podczas kiedy na ulicy Vineuse katarynka grała polki.
— Pani — mówiła Rozalia każdego dnia dlaczego panienka nie schodzi do ogrodu?... Takby jej przyjemnie było pod drzewami.
Gałęzie jednego z wiązów wdzierały się do kuchni Rozalii. Ręką odrywała liście, uszczęśliwiona tym potężnym bukietem, którego głębi dojrzeć nie mogła. Helena odpowiedziała na to:
— Słaba jest jeszcze, Świeże powietrze w cieniu zaszkodziłoby jej.
Ale Rozalia upierała się przy swojem. Jeżeli miała jakąś myśl dobrą, jak się jej zdawało, to nie łatwo się z nią rozstawała. Pani myli się, jeżeli sądzi, że cień może szkodzić. Chyba, że pani boi się, by komu nie przeszkadzać, ale i to pani myli się, panienka z pewnością nie przeszkodzi nikomu, bo nigdy tam niema żywej duszy, pan nie pokazuje się wcale, a pani ma zabawić w kąpielach morskich aż do połowy września; a nawet odźwierny prosi. Zefiryna, by ten wygracował dróżki, tak, że drugą już niedzielę Zefiryn i one spędzali tam popołudnie. Ach! jak tam było ładnie, jak ładnie, do nieuwierzenia!
Helena zawsze odmawiała. Joanna zdawała się mieć wielką ochotę zejść do ogrodu, o którym często mówiła podczas choroby, ale uczucie dziwnego zakłopotania, pod wpływem którego spuszczała oczy, nie pozwalało jej nalegać na matkę. Nakoniec, następnej niedzieli Rozalia cała zadyszana stanęła przed Heleną — mówiąc:
— Oh! pani, niema nikogo, zapewniam panią. Ja tylko i Zefiryn, który gracuje... Niech pani pozwoli panience zejść. Nie może pani wyobrazić sobie, jak tam dobrze. Niech pani sama zejdzie na chwilę, tylko na chwilkę i zobaczy.
I mówiła to tak przekonywająco, że Helena zgodziła się. Obwinęła Joannę w szal i kazała Rozalji wziąć grubą kołdrę. Dziewczynka zachwycona, ale zachwyt swój okazująca tylko błyskiem wielkich świecących oczu, chciała dowieść siły swojej i sama bez niczyjej pomocy zejść ze schodów. Matka, gotowa do podtrzymania jej, szła za nią z rękami wyciągniętemi. Na dole, stanąwszy już w ogrodzie, obie wydały okrzyk zadziwienia. Nieprzejrzany ten gąszcz zieleni tak mało był podobny do czystego kątka, który widziały wiosną, że nie poznały.
— Czy nie mówiłam? — powtarzała Rozalia tryumfująco.
Krzewy rozrosły się tak, że aleje zamieniły się w wązkie dróżki, z których powstał cały labirynt, gdzie suknie zaczepiały się o gałęzie. Możnaby sądzić, że to była jakaś ustroń lasu, z tem sklepieniem liści, przez które padało zielonawe światło, pełne słodyczy i tajemniczego wdzięku. Helena szukała wiązu, pod którym siadywała w kwietniu.
— Ale nie chcę, żeby tam siedziała. Za chłodno jest w cieniu. — Proszę iść dalej — rzekła sługa. — Zobaczy pani.
O kilka kroków dalej las się kończył. Tam, wśród wysokich ścian zieleni na trawniku ukazywało się słońce; wielki złoty promień padał tu cicho i ciepło, jak na łączkę wśród lasu. Podniósłszy głowę, widać było tylko gałęzie drzew rysujące się na błękicie nieba tak delikatnie jak koronka. Herbaciane róże, trochę zwiędłe od upału, drzemały na swych gałązkach... W klombach stokrótki białe i czerwone układały się w deseń starych haftów.
— Zobaczy pani — powtarzała Rozalia. — Niech m pani pozwoli. Ja sama to urządzę.
Złożyła we dwoje i rozpostarła wielką kołdrę na brzegu alei, gdzie cień się kończył. Potem posadziła Joannę, obwiniętą w szal, mówiąc jej, by wyciągnęła nogi. Takim sposobem dziecko miało głowę w cieniu a nogi na słońcu.
— Dobrze ci, kochanko? — spytała Helena.
— O, tak — odrzekła. — Widzisz, mamo, nie zimno mi. To tak jak gdyby się grzałam przy wielkim ogniu... Oh, jakież tu powietrze, jak tu dobrze!
Helena, która niespokojnem okiem spoglądała na zamknięte okienice domu — rzekła — że odejdzie na chwilę, i rozmaite przytem dała polecenia Rozalii: będzie uważała na słońce, nie da dziecku siedzieć tu dłużej jak pół godziny, nie spuści jej z oka.
— Nie lękajże się mamo — rzekła mała, śmiejąc się. — Powozy nie przejeżdżają tędy.
Zostawszy sama, brała piasek w rączki, bawiąc się przesypywaniem go z jednej w drugą. Tymczasem Zefiryn gracował. Ujrzawszy panią i panienkę, pospieszył włożyć na siebie surdut, zawieszony na gałęzi, i przez szacunek zaprzestał roboty i stał na miejscu. Przez cały ciąg choroby Joanny przychodził jak zwykle co niedzielę; ale wsuwał się do kuchni tak ostrożnie, że Helena nigdyby się nie była domyśliła obecności jego, gdyby Rozalia za każdym razem nie pytała w jego imieniu o stan zdrowia chorej, dodając przytem, że i on dzieli smutek całego domu. Oh, nabierał on pięknych manier, jak powiadała; co się nazywa, okrzesał w Paryżu. To też teraz oparłszy się na grabiach, kiwał głową, z wyrazem sympatyi. patrząc na Joannę. Spostrzegłszy go. Joanna uśmiechnęła się.
— Bardzo byłam chora — rzekła.
— Wiem o tem panienko — rzeki, przykładając rękę do serca.
Potem chciał powiedzieć coś ładnego, jakiś żarcik, coby rozweselił ją — i dodał:
— Zdrowie panienki odpoczęło. Teraz dopiero będzie hałasować.
Joanna wzięła znowu garstkę żwiru. Wówczas, zadowolniony z siebie, śmiejąc się po cichu tak, że usta rozszerzały mu się od ucha do ucha, począł znowu z całych sił gracować. Grabie jego ostro i równo uderzały o żwir. Po kilku chwilach Rozalia, widząc, że mała, zajęta swą zabawą, spokojna jest i szczęśliwa oddalała się od niej powoluteńku, jak gdyby przyciągana skrzypieniem grabi. Zefiryn z drugiej strony trawnika znajdował się na samem słońcu.
— Pocisz się jak wół — szepnęła do niego. — Zdejmijże surdut. Panienka nie obrazi się.
Zdjął surdut i znowu zawiesił go na gałęzi jego spodnie czerwone, które rzemień przytrzymywał w pasie, podnosiły się bardzo wysoko, a koszula z szarego grubego płótna, spięta u szyi kołnierzem, tak była sztywna, że się 0dymała i poszerzała go jeszcze. Kołysząc się z wdziękiem odchylił rękawa, a to by raz jeszcze pokazać Rozalii dwa serca gorejące, które kazał sobie wypiętnować na skórze i tą dewizą: Na zawsze.
— Byłeś dzisiaj na mszy? — rzekła Rozalia, które zawsze w niedzielę pytała go o to.
— Na mszy... na mszy... — powtórzył, przedrwiwając.
Czerwone jego uszy odstawały od głowy, bardzo nisko ostrzyżonej i cała okrągła osóbka wyrażała szyderstwo.
— Zapewne, że byłem tam, na mszy — rzekł wreszcie.
— Kłamiesz! — gwałtownie zawołała Rozalia. — Widzę, że kłamiesz, nos twój rusza się... Ach! Zefirynie, gubisz się, nie masz nawet religii... Obawiaj się!
Za całą odpowiedź chciał ją objąć w pół. Ale ona zdawało się być zgorszona tem i zawołała
— Każę ci włożyć surdut, jeżeli nie będziesz przyzwoity. Nie wstydzisz się! Panienka patrzy na ciebie.
Zefiryn wrócił do grabi. Joanna w istocie podniosła była oczy. Zabawa z piaskiem zaczęła ją nudzić trochę; naprzód zbierała kamyczki, potem liście, wreszcie rwała trawę, ale powoli ogarniało ją lenistwo, bawiła się lepiej, nic nie robiąc i patrząc tylko na słonce, które powoli posuwało się na nią. Niedawno nogi jej tylko po kolana kąpały się w ciepłych promieniach; teraz doszły one już do stanu, ciepło zwiększało się co raz bardziej, czuła jego dotknięcie przyjemne jak pieszczota, jak głaskanie. Bawiły ją szczególnie te okrągłe plamy, piękne żółto-złociste, co tańczyły na jej szalu. Jak gdyby zwierzątka. I odrzucała w tył głowę, chcąc zobaczyć, czy popełzną aż do jej twarzy. Tymczasem obie swe małe rączki wysunęła na słońce. Jakże były mizerne, jak przezroczyste! Słońce przeświecało się przez nie; a jednak wydawały się jej ładne, różowe jak muszelki, podługowate i wąskie, podobne do dziecinnych rączek Jezusa. Potom świeże powietrza, wielkie drzewa, wreszcie gorąco odurzyły ją. Zdawało się jej, że usypia, jednak wszystko widziała, słyszała wszystko. Tak byłe dobrze, tak słodko.
— Panienko, trzeba się odsunąć — rzekła Rozalia, która wróciła do niej. — Słońce nadto grzeje panienkę.
Ale Joanna nie przystała na to. Nadto dobrze jej tu było. Teraz zwróciła uwagę swą już tylko na służącą i żołnierza. uczuwając ową ciekawość dziecka do rzeczy, które przed niem tają. Spuściła oczy, niby nie patrząc na nich i jak gdyby usypiając, ale z pomiędzy rzęs śledziła ich bacznie.
Rozalia pozostała przy niej minut kilka. Nie miała jednak sił opierać się wołaniom grabi. Znowu krok za krokiem, jak gdyby mimowoli podeszła do Zefiryna. Łajała go za jego nowe ruchy, ale w istocie była zachwycona, przejęta niemem uwielbieniem. W długich swych z kolegami przechadzkach po ogrodzie botanicznym i placu Chateau d‘Eau, gdzie się znajdowały koszary jego, żołnierz nabył wdzięczących się ruchów elegancika paryskiego. Wyuczył się wymowy, przymilającej się wesołości i niezrozumiałego stylu, tak pochlebnych dla pań. Czasami traciła oddech z zadowolenia, słuchając frazesów, które mówił do niej, kołyszaąc ramionami; wyrazy których nie rozumiała wywoływały rumieniec dumy na twarzy jej. Mundur nie przeszkadzał mu już teraz; z zuchowatą miną machał rękami tak, jak gdyby je chciał wykręcić sobie; miał swój szczególny sposób noszenia kaszkietu na szyi, co odsłaniało okrągłą twarz jego z nosem naprzód wysuniętym, kaszkiet zaś kołysał się miękko wraz z ciałem. Przytem emancypował się, zaglądał do kieliszka i ściskał kobiety. Z pewnością wiedział teraz więcej niż ona, z tem swojem szydzeniem i niedomawianiem. Nadto się okrzesał w Paryżu. I zachwycona, i rozgniewana, stawała przed nim, wahając się, czy ma go podrapać czy pozwolić sobie mówić głupstwa.
Zefiryn tymczasem, gracując, zawrócił się w alei. Znajdował się za wielką trzmieliną z ukosa spoglądał na Rozalię, a jednocześnie zdawał się przywabiać ją do siebie małemi uderzeniami swoich grabi. Kiedy stanęła tuż przy nim, mocno ją uszczypnął.
— Nie krzycz, to tak cię kocham! — rzekł szepleniąc. — A to masz w dodatku!
I na los szczęścia pocałował ją w ucho. A kiedy Rozalia z kolei uszczypnęła go do krwi, pocałował ją znowu, tym razem w sam nos. Zaczerwieniła się jak piwonja, bardzo zadowolniona w duszy, rozgniewana tylko, że z powodu panienki nie może mu odpłacić policzkiem.
— Ukłułam się — rzekła, wracając do Joanny, dla wytłumaczenia się z lekkiego krzyku, który wydała.
Ale dziecię widziało dobrze całą scenę przez cienkie gałązki trzmieliny. Czerwone majtki i koszula żołnierza wyraźnie odbijały na zielonem tle ogrodu. Powoli podnosiła oczy na Rozalię i popatrzała na nią chwilę; Rozalia mocniej jeszcze zaczerwieniła się — miała usta wilgotne i włosy rozrzucone. Joanna znowu spuściła powieki. Wzięła garstkę kamyków, ale nie miała sił bawić się i senna, z obiema rączkami na ciepłej ziemi, siedziała tak silna wśród wielkiego drgania słonecznego. Fala zdrowia wznosiła ku niej i przygniatała ją. Drzewa wydawały się jej potężne, olbrzymie, a zapach róż upajał. Zdziwiona, zachwycona pogrążała się w myślach jakichś niepewnych, nieokreślonych.
— O czem myśli panienka? — spytała Rozalia niespokojna.
— Nie wiem, o niczem — odpowiedziała Joanna. — A prawda, wiem... Widzisz, chciałabym dożyć późnej starości...
I nie umiała wytłumaczyć, co przez to rozumiała. To tak przyszło jej na myśl, mówiła. Ale wieczorem, po obiedzie była zamyślona i kiedy matka pytała ją o to — nagle rzekła;
— Mamo, czy kuzynowie żenią się z kuzynkami?
— Naturalnie — rzekła Helena. — Dlaczego pytasz o to?
— Dla niczego... Żeby wiedzieć.
Helena była zresztą przyzwyczajona do takich nadzwyczajnych pytań. Pobyt w ogrodzie tak dobrze posłużył dziecku, że odtąd schodziła tam, jak tylko dzień był piękny. Powoli obawy Heleny rozproszyły się także; dom zawsze był zamknięty, Henryk nie pokazywał się, i one sama w końcu zaczęła przesiadywać przy Joannie na brzegu kołdry. Ale następnej niedzieli zaniepokoiła się, spostrzegłszy rano okna otwarte.
— Przewietrzają pokoje — mówiła Rozalia, zachęcając Helenę, by zeszła do ogrodu. — Kiedyż, mówię pani, że nie ma nikogo!
Dnia tego cieplej było niż kiedy. Grad strzał złotych dziurawił liście. Joanna, która stawała się silniejszą, przechadzała się z dziesięć minut, oparta o ramię matki. Potem zmęczona wróciła do swego koca, robiąc przy sobie małe miejsce dla Heleny. Obie uśmiechały się do siebie, żartując z tego, że tak siedziały na ziemi. Zefiryn, skończywszy gracować, pomagał Rozalii zbierać pietruszkę, rosnącą tu i ówdzie koło muru w głębi ogrodu.
Nagle wielki hałas podniósł się w domu; Helena zabierała się właśnie do ucieczki, kiedy pani Deberle ukazała się na ganku. Była w podróżnej sukni, mówiła głośno i zdawała się być bardzo zakłopotana. Ale spostrzegłszy panią Grandjean i jej córkę, siedzące na ziemi, przed trawnikiem, podbiegła ku nim, zasypała pieszczotami i ogłuszyła gadaniem.
— Jakto! to wy!... Ah! jakżem szczęśliwa, że was widzę!... Uściskaj mnie, moja mała Joanno. Bardzo byłaś chora, nieprawdaż ko teczko! Ale masz się już lepiej, rumianaś nawet. Ileż razy myślałam o tobie, moja droga! Pisałam do ciebie, otrzymałaś listy moje? Musiałaś przebyć straszne chwile. Ale skończyło się szczęśliwie. Pozwolisz mi ucałować siebie?
Helena powstała. Musiała dać się ucałować i sama również odpłacić pocałunkiem. Pieszczoty te sprawiały jej dreszcz, jąkała się przytem.
— Przebaczysz nam pani, żeśmy tak zagrabiły ogród.
— Żartujesz! — odrzekła Julia gwałtownie. — Czyż nie jesteś tutaj u siebie?
Opuściła je na chwilę, wbiegła na ganek 1 zawołała przez wszystkie pokoje otwarte:
— Piotrze, nie zapomnij czego, siedm skrzyń jest!
Ale natychmiast wróciła i opowiadała o podróży swojej.
— O, czas był cudowny! Wiesz, byliśmy w Troville. A co było osób i to wszystko z najlepszego towarzystwa... Miałam gości, oh, gości.. Papa był także z Pauliną przez dwa tygodnie. A jednak przyjemnie jest wrócić do siebie... Ah! zapomniałam powiedzieć ci... Ale nie, opowiem ci to później.
Nachyliła się, znowu pocałowała Joannę i, spoważniawszy — zapytała.
— Czy opaliłam się?
— Nic, nie widzę tego — rzekła Helena — patrząc na nią.
Julia miała jak zawsze oczy jasne i bez wyrazu, pulchne rączki i ładną przyjemną twarzyczkę. Zawsze wyglądała równie młodo. Powietrze morskie nie naruszyło pogodnej obojętności jej. Zdawała się wracać z jakiejś wycieczki po Paryżu za sprawunkami, a na całej osobie jej było niby odbicie wystaw sklepowych. Pomimo to, okazywała się nadzwyczajnie uprzejmą, co żenowało Helenę tem więcej, że sama czuła się sztywną i niedobrą. Joanna nie poruszyła się z kołdry; podnosiła tylko swoją delikatną, chorą główkę i złożone rączki, jakby zziębnięte, trzymała na słońcu.
— Ah, nie widziałyście jeszcze Lucyna — zawołała Julia.. Ogromny jest.
I kedy przyprowadzono chłopca, którego panna służące „Omywała z kurzu podróżnego, matka popychała go, okręcała, chcąc pokazać jak wygląda. Lucyan gruby, pucołowaty, opalony od wiatru, bo się bawił na brzegu morskim, wyglądał zdrów jak ryba i miał minę ociężałą trochę, a teraz rozkapryszoną, bo go myto. Źle był obtarty, policzek jeden miał wilgotny nawet, różowy od nacierania, serwetą. Spostrzegłszy Joannę zatrzymał się zdziwiony. Patrzała na niego z biedną swą chudą twarzą, bladą jak chusta, obok czarnych włosów, których pukle spadały aż do ramion. Piękne jej oczy rozszerzone i smutne zajmowały twarz całą; pomimo wielkiego upału drżała trochę i zziębnięte ręce wciąż wyciągała ku słońcu jak przed wielkim ogniem.
— I cóż! nie pocałujesz ją? — spytała Julia.
Ale Lucyan zdawał się jej obawiać. Zdecydował się nareszcie, ale ostrożnie, nadstawiając usta, by jak najmniej zbliżać się do chorej. Potem szybko cofnął się. Helena miała wielkie łzy w oczach. Jakże to dziecko zdrowo wyglądało! A jej Joanna tak się zmęczyła, obszedłszy tylko trawnik dokoła! Były matki bardzo szczęśliwe! Julia nagle zrozumiała okrucieństwo swoje. Zaczęła się gniewać na Lucyana.
— Nieznośny jesteś... Czy to tak należy się całować panienki?... Nie uwierzysz, moja droga, jaki on zrobił się nie do zniesienia w tem Trouville.
Mięszała się. Szczęściem dla niej, doktór nadszedł. Urwała sprawę, wykrzykując:
— Ah! Otóż Henryk! Spodziewał się ich dopiero w wieczór.Ale wyjechała innym pociągiem. I długo tłumaczyła się, dla czego to zrobiła, lecz nie mogła jakoś wytłumaczyć się jasno. Doktór słuchał, uśmiechając się.
— Dość, że jesteście już. Nic więcej nie trzeba.
Milcząc, ukłonił się Helenie. Wzrok jego zatrzymał się chwilę na Joannie; potem, zakłopotany odwrócił głowę.
Mała poważnie wytrzymała to spojrzenie i, rozplótłszy ręce, instynktownym ruchem chwyciła matkę za suknię i przyciągnęła ją do siebie.
— Ach! zuch! — powtarzał doktór, podnosząc Lucyana i całując go w oba policzki. — Rośnie, że aż miło.
— No, a ja, zapominasz o mnie? — spytała Julia.
Przysunęła głowę. Henryk, trzymując Lucyana na jednem ręku, przechylił się ku żonie i pocałował ją. Wszyscy troje uśmiechali się do siebie.
Helena bardzo blada zaczęła mówić o odejściu. Ale Joanna nie przystała na to; chciała widzieć; wzrok jej powoli błądził od Deberle‘ów do matki. Kiedy Julia nadstawiła usta do pocałowania mężowi, ogień błysnął u Joanny.
— Za ciężki — rzekł doktór stawiając Lucyana na ziemi. — A więc czas był dobry?... Widziałem wczoraj Maligno’na, opowiadał mi o swoim tam pobycie... Dałaś mu odjechać przed sobą?
— O, nieznośny on jest! — szepnęła Julia, spoważniawszy, z twarzą zakłopotaną. — Przez cały czas dokuczał nam.
— Twój ojciec spodziewał się dla Pauliny... Czy nie oświadczył się?
— Kto! on, Malignon? — zawołała zdziwiona i jak gdyby obrażona.
Potem, z miną znudzoną dodała:
— Dajże pokój, to szaleniec!... O jakżem szczęśliwa, że już jestem u siebie!
Tu na pozór niby bez żadnej przyczyny nastąpił z jej strony wylew czułości; który zadziwiał zwykle przy takim charakterze. Przycisnęła się do męża, podnosząc ku niemu głowę swą. On, czuły i worażliwy, zatrzymał ją w uścisku przez chwilę. Zdawali się zapominać o tem, że nie byli sami.
Joanna nie spuszczała z nich oka. Blade jej usta drżały od gniewu, miała twarz kobiety złośliwej 1 zazdrosnej. Boleść, którą odczuwała tak była żywa, że musiała odwrócić oczy. W tej chwili spostrzegła w głębi ogrodu Rozalię i Zefiryna, którzy wciąż jeszcze szukali pietruszki. Zapewne dla tego, by nie przeszkadzać nikomu, wsunęli się w największy gąszcz ogrodu; Zefiryn zaczepiał Rozalię, ta, nic nie mówiąc, odpłacała mu klapsami. Joanna widziała między gałęziami twarz żołnierza, jak księżyc w pełni, bardzo czerwoną i śmiejącą się z wyrazem zakochanego. Popychali się wzajemnie i w miłosnem rozradowaniu zapomnieli o świecie całym. Słońce stało na samym zenicie, drzewa spały w ciepłej atmosferze, ani jeden liść nie ruszył się. Z pod wiązów wydobywał się tłusty zapach ziemi, której rydel nie dotykał nigdy. Płatki ostatnich róż herbacianych, jeden po długim spadły na ganek. Joanna z piersią wzdętą; zwróciła wzrok na matkę na widok twarzy jej zbolałej i niemej, z oczu jej strzelał wyraz najwyższego niepokoju; miała głębokie wejrzenie dziecka, którego rozpytywać nikt nie ma odwagi.
Pani Deberle zbliżyła się do nich wreszcie, mówiąc;
— Mam nadzieję, że będziemy się widywały... Ponieważ Joanna ma się dobrze, trzeba, żeby przychodziła tutaj codziennie.
Helena, szukając wymówki, zaczynała się już tłumaczyć, że nie chce jej męczyć... Ale Joanna szybko wmięszała się:
— Nie, nie, tak dobrze jest na słońcu... Przyjedziemy, pani. Zostawi tu pani miejsce dla mnie, nieprawdaż?
Doktór stał w tyle za żoną, Joanna z daleka uśmiechnęła się do niego.
— Doktorze, proszę powiedzieć mamie, że powietrze nie szkodzi mi.
Henryk zbliżył się; człowiek ten, oswojony z cierpieniem ludzkiem, zarumienił się zlekka dla tego, że dziecko to przemówiło do niego łagodnie.
— Zapewne — rzekł — świeże powietrze może tylko przyspieszyć powrót do zdrowia!
— A widzisz, mateczko, musimy przychodzić — rzekła ze ślicznem, czułem wejrzeniem, a tymczasem łzy stały jej w gardle.
Piotr ukazał się na ganku. Siedmnaście pakunków pani już przyniesiono. Julia mówiąc, że jest brudna jak straszydło i że musi się wykąpać, wybiegła z ogrodu, za nią poszedł mąż jej i Lucyan. Kiedy matka z córką zostały same, Helena uklękła na kołdrze, niby dla zawiązani szalu koło szyi Joanny, i cichym głosem — rzekła:
— Nie gniewasz się już na doktora!
Dziecię powoli potrzęsło głową.
— Nie, mamo.
Nastało milczenie. Helena drżącemi rękami zdawała się nie móc zacisnąć. Joanna szepnęła:
— Dla czego on kocha innych?... Ja nie chcę...
I spojrzenie ciemnych oczu stało się ostre, a małe rączki gładziły matkę po ramionach. Helena chciała krzyknąć na to, ale sama przestraszyła się słów, które cisnęły się jej na usta. Słońce zniżało się; obie wróciły do siebie.
Od tego dnia Joanna upierała się zawsze, by iść do ogrodu, jak tylko usłyszała w nim głos pani Deberle. Chciwie słuchała plotek Rozalii o sąsiadach, troszczyła się o ich życie, czasami nawet wymykała się z pokoju i śledziła ich przez okna kuchenne. Na dole, zagłębiwszy się w małym fotelu, który Julia kazała przynosić dla niej z salonu, zdawała się śledzić rodzinę; z Lucyanem była zdaleka, niecierpliwiły ją pytania jego i zabawy, szczególnie kiedy doktór był przy tem. Wówczas wyciągała się w krześle, jak gdyby zmęczona i patrzała. Dla Heleny poobiedzia te były prawdziwą męczarnią. Wracała jednak do ogrodu, wracała wciąż, chociaż cała jej istota buntowała się przeciw temu. Za każdym razem, kiedy Henryk, wracając z miasta, całował Julię we włosy, serce jej ściskało się. A jeżeli chcąc ukryć, wzruszenie udawała, że się zajmuje Joanną, spostrzegała wówczas, że ta bledszą jeszcze była niż oni sama, ze swemi czarnemi oczami szeroko rozwartemi, z podbródkiem drżącym od wewnętrznego gniewu, Joanna znosiła męczarnie swoje. Były dnie, kiedy matka upadając na siłach, konała z miłości, odwracając oczy; Joannę stawała się wówczas tak ponura i złamana, że trzeba było odprowadzić ją na górę i do łóżka położyć. Mienił, i się na twarzy i drżała, jak tylko spostrzegła, że doktór zbliża się do żony swej, ognistym wzrokiem ścigał, i go wówczas, jak zdradzona kochanka.
— Kaszlę rano — powiedziała mu dnia jednego. — Trzeba, żeby pan przyszedł odwiedzić mię.
Deszcze spadły. Joanna żądała, by doktór znowu rozpoczął wizyty swoje do niej. Miała się jednak już daleko lepiej. Matka dogadzając jej, musiała przyjąć dwa lub trzy zaproszenia na obiad do Deberle‘ów. Dziewczynka, której serce tak długo rozdzierała ponura walka, zdawała się uspokajać teraz, kiedy nareszcie zupełnie wróciła do zdrowia. Pytanie swe powtarzała znowu:
— Szczęśliwa jesteś, mateczko?
— Tak, bardzo szczęśliwa, moja najdroższa.
Twarzyczka jej promieniała wówczas. Trzebi jej przebaczyć dawne niegrzeczności — mówiła. Wspominała o tem jako o rzeczy, zupełnej od jej woli, jak o bólu głowy, któryby ją nagle schwycił. Coś bużyło się w niej, ona sama nie wiedziała co. Rozmaite myśli biły się z sobą, myśli nieokreślone, szkaradne sny, których nawet nie mogłaby powtórzyć. Ale to już minęło, wyzdrowiała teraz, i nigdy się już to nie wróci.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.