Kartka miłości/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XIII.

Powrót do zdrowia trwał długo. W sierpniu Joanna była jeszcze w łóżku. Wstawała na godzinę lub dwie, pod wieczór szła do okna, co wszystko ogromnie ją męczyło; tam kładła się w fotelu, naprzeciw Paryża palącego się pod zachodzącem słońcem. Biedne jej nogi odmawiały posłuszeństwa; nie miała, jak mówiła słabo uśmiechając się, ani tyle krwi co ptaszek, trzeba zaczekać aż będzie mogła jeść dużo zupy. Dawano jej surowe mięso w bulionie. Polubiła nawet to jedzenie, bo chciełaby już móc zejść do ogrodu dla zabawy.
Tygodnie te i miesiące przeszły monotonnie i przyjemnie tak, że Helena nie rachowała dni. Nie wychodziła wcale, przy Joannie zapominała o całym świecie. Żadna wieść nie dochodziła do niej z tego świata. Mieszkanie jej, wobec tego Paryża, co napełniał horyzont dymem swym i hałasem, było zaciszem więcej samotnem i zamkniętem jak święte pustelnie, otoczone skałami. Dziecię jej było uratowane, pewność ta wystarczała dzień cały spędzała, śledząc powrót do zdrowia, uszczęśliwiona, gdy dostrzegła postęp mały, spojrzenie błyszczące, wesoły ruch. Co chwilę odzyskiwała coraz więcej córkę swą; wróciły jej piękne oczy i włosy stawały się miękkie. Zdawało się jej, że po raz drugi daje jej życie. Im powolniejsze było zmartwychwstanie, tem bardziej się niem cieszyła, przypominając sobie dawne dnie kiedy ją karmiła; widząc ją wracającą do sił, doznawała wzruszenia silniejszego jeszcze niż wówczas, kiedy mierzyła je] dwie małe stopki w dłoniach swoich, chcąc odgadnąć, jak prędko będzie chodziła.
Jednakże niepokoiło ją coś jeszcze niezrozumiałego w dziecku. Kilka razy zauważyła, jak Joanna bladła a wzrok jej stawał się ponury i podejrzliwy. Dlaczego mieniła się tak nagle i traciła wesołość. Czy bolało ją co, czy ukrywała przed nią cierpienie jakie?
— Powiedz mi, najdroższa, co ci?... Tylko co śmiałaś się a teraz posmutniałaś. Odpowiedz mi, czy boli cię co? Ale Joanna gwałtownie odwracała głowę i chowała twarz w poduszki.
— Nic mi nie jest — mówiła krótko — Proszę cię, zostaw mnie.
Zły humor trwał czasem całe poobiedzia. Z oczami utkwionemi w ścianę zapadała w głęboki smutek, którego matka pojąć nie mogła Doktór nie wiedział co myśleć o tem; paroksyzmy te pojawiały się zawsze w czasie jego bytności; przypisywał je zdenerwowaniu chorej. Zalecał szczególnie, by się jej nie sprzeciwiano.
Jednego popołudnia Joanna spała. Henryk, który znalazł ją bardzo dobrze, dłużej niż zwykle zabawił, rozmawiając z Heleną która wróciła do dawnego swego miejsca przy oknie i do pracy z igiełką. Od owej strasznej nocy, w której wyznała mu swą miłość, oboje żyli spokojnie w tem słodkiem uczuciu pewności, że się kochają i nie troszczyli się o jutro i zapominali o świecie. Przy łóżku Joanny, w pokoju tym, gdzie dziecko konało, niewinność broniła Ich przeciw zmysłom. Czysty oddech Joanny uspokajał ich. Ale w miarę jak chora sił nabierała, ich miłość stawała się także coraz silniejsza; krew zaczynała w niej krążyć; drżeli jedno obok drugiego, używali chwili obecnej, nie chcąc myśleć o tem, co będzie, kiedy Joanna wstanie miłość ich wolna i zdrowa powstanie także.
W chwilach takich wystarczało im słów kilka wyrzeczonych od czasu do czasu po cichu, ażeby nie obudzić małej. Słowa to były pospolite, a jednak wzruszyły ich głęboko. Dnia tego oboje bardzo byli rozczuleni.
— Upewniam cię, że ma się daleko lepiej — rzekł doktór. — Za parę tygodni będzie mogła zejść do ogrodu.
Heleny igiełka szybko błyskała.
— Wczoraj — odrzekła cicho — była znowu bardzo smutna... Ale dziś rano śmiała się; obiecała mi być grzeczną.
Nastało długie milczenie. Dziecię spało wciąż; sen jej uspokajająco wpływał na nich. Lżej im było, kiedy tak spoczywała, czuli się swobodniejsi, więcej do siebie należeli.
— Nie widziałaś teraz ogrodu? — rzekł Henryk. Pełno w nim kwiatów.
— Stokrotki puściły już, nieprawdaż? spytała.
— Tak, pełno ich... Powoje wspięły się aż na wiązy. Wygląda to jak gniazdo liści.
I znowu zapadło milczenie. Helena przestała szyć i popatrzała na niego z uśmiechem; jedna myśl przyszła im wspólnie: chodzili po cienistych alejach, wymarzonych, a w nich była ciemność i kaskady spadających róż. On pochylił się nad nią i pił lekki zapach werbeny, unoszący się z jej ubrania. W tem szelest bielizny na łóżku zaniepokoił ich.
— Budzi się — rzekła Heleną, podnosząc głowę.
Henryk cofnął się. Spojrzał także w stronę łóżka. Joanna ujęła właśnie poduszkę swą w małe rączki i oparłszy o nią podbródek, zwróciła twarz swą wprost ku nim. Powieki miała zamknięte; znowu zdawała się usypiać, oddychając powoli i równo.
I tak zawsze szyjesz? — spytał, zbliżając się.
Muszę zajmować czemś ręce — odpowiedziała. — To już mechaniczne u mnie, przy tem myśli me lepiej układają się... Godzinami całemi myślę o tem samem, nie męcząc się.
Nie powiedział nic więcej, patrzył na igłę jej, co miarowym ruchem kłuła perkal, i zdawało mu się, że nitka ta unosiła z sobą i wiązała ich egzystencyę. Godzinami całemi ona mogłaby szyć on stałby przy niej, słuchając co mówi igiełka, a mówi zawsze to samo, nigdy ich nie nużąc. Niczego więcej nie pragnęli, byle mogli żyć tak w tym cichym zakątku, bliziutko jeden drugiego; między nimi dziecię spało, a oni starali się nie ruszać, by nie przerywać jej snu. Rozkoszna to była nieruchomość, milczenie, w którem słyszeli tylko mowę serc swoich, nieograniczona słodycz połączonego uczucia miłości i wieczności!
— Jesteś dobra, jesteś dobra — szepnął doktór po razy kilka, nie mogąc znaleźć innych słów na wyrażenie szczęścia, które jej zawdzięczał.
Znowu podniosła głowę; przyjemnem jej było, że się czuła tak gorąco kochaną Twarz Henryka była przy jej warzy. Patrzyli na siebie przez chwilę.
— Pozwól mi szyć — rzekła po cichu. — Nigdy nie skończę.
Ale w tej chwili tknięta jakimś instynktownym niepokojem, odwróciła się. I ujrzała Joannę z twarzą bardzo bladą, patrzącą na nich swemi rozszerzonemi źrenicami, czarnemi jak atrament. Dziecię nie poruszyło się; ściskając poduszkę obiema rączkami, opierała podbródek na niej. Otworzyła właśnie oczy i patrzała na nich.
— Joanno, co ci? — spytała Helena. — Niedobrze ci? chcesz czego?
Nie odpowiadała nie ruszała się, nie spuściła nawet powiek i wciąż trzymała utkwione w nich wielkie swe oczy, z których strzelał ogień. Ponury cień zasępiał jej czoło, policzki zbladły i zapadły. Zakurczyła pięście jak przed nadejściem paroksyzmu. Helena powstała szybko, błagając ją o odpowiedź; ale dziewczynka zawsze z tą samą sztywnością wciąż patrzyła na matkę wzrokiem tak przeszywającym, że ta nareszcie zaczerwieniła się i wyjąkała:
— Doktorze, zobacz, co jej jest
Henryk odsunął był krzesło swe od krzesła Heleny.
Zbliżył się teraz do łóżka i chciał wziąć jedną z rąk, co tak silnie ściskały poduszkę. Za jego dotknięciem Joanna wstrzęsła się cała. Jednym rzutem odwróciła się do muru, krzycząc:
— Zostawcie mię... Sprawiacie mi ból!
Obwinęła się kołdrą. Napróżno przez cały kwadrans starali się uspokoić ją łagodnemi słowy. Nakoniec, kiedy nie przestawali nalegać na nią, podniosła się i składając ręce błagała:
— Proszę was, zostawcie mię... Sprawiacie mi ból. Zostawcie mię.
Helena wzburzona Cała usiadła napowrót przy oknie. Henryk nie zajął już przy niej poprzedniego miejsca swego. Zrozumieli nakoniec: Joanna była zazdrosna. Nie przemówili do siebie ani słówka. Dóktor chodził chwilę po pokoju, wreszcie wyszedł, niosąc niespokojne spojrzenia, które matka rzucała na łóżko. Po jego odejściu ta wróciła do córki i przemocą wzięła ją na ręce. I mówiła do niej długo.
— Posłuchaj, moja pieszczotko, jestem sama... Popatrz na mnie, odpowiedz mi... Nic cię nie boli? A więc to ja zrobiłam ci przykrość jakąś? Trzeba mi wszystko powiedzieć.. Do mnie masz pretensyę? Co ci leży na sercu?
Ale napróżno pytała, napróżno pytaniem swojem nadawała rozmaite kształty Joanna zapewniała, że nic jej nie jest. Nakoniec nagle zawołała:
— Nie kochasz mię już... nie kochasz...
I wybuchła ogromny płaczem, konwulsyjnemi ramionami otoczyła szyję matki, okrywając twarz jej chciwymi pocałunkami. Helena z sercem zranionem, przytłoczona niewypowiedzianym smutkiem, długo trzymała ją w uścisku mięszając łzy swoje z jej łzami i przysięgając, że nigdy nie będzie nikogo tyle kochała co ją.
Od tego dnia jedno słowo, jedno wejrzenie, rozbudzało zazdrość w Joannie. Dopóki była w niebezpieczeństwie, wiedziona instynktem, przyjmowała tę miłość tak tkliwą, która ją uratowała. Ale teraz czując Się silniejszą, nie chciała dzielić się matką. Powzięła urazę do doktora, urazę, która skrycie wzrastała i zamieniała się w nienawiść, w miarę jak zdrowie wracało. Gnieździło się to w jej upartej główce, w charakterze podejrzliwym i milczącym. Nigdy nie chciała wytłumaczyć się jasno w tym przedmiocie. Sama nie wiedziała, co to było. Bolało ją tu, mówiła, kiedy doktór nadto zbliżał się do matki, i tak określając uczucie swoje, obie rączki przyciskała sobie do piersi. I nic więcej, paliło ją tu, a jednocześnie wściekły gniew tamował oddech i wielką bladością pokrywał twarzyczkę. I nie mogła powstrzymać się od tego; kiedy zarzucano jej, że jest niegrzeczna, utrzymywała, że ją niesprawiedliwie sądzą, i więcej jeszcze zacinała się w milczeniu Helena drżała, nie śmiejąc podbudzać dziewczynki, by sama przed sobą zdawała sprawę z tego dziwnego uczucia; odwracała oczy przed tem spojrzeniem jedenastoletniego dziecka, w którem nadto wcześnie błyszczała namiętność kobiety.
— Joanno, bardzo mię martwisz — mówiła ze łzami w oczach kiedy widziała ją w napadzie szalonego uniesienia, które jednak sama poskromić usiłowała, a które dusiły ją.
Ale wyrazy te, co miały niegdyś taką nad nią władzę i zalaną łzami rzucały zwykle w objęcia Heleny, teraz utraciły moc swoją. Charakter jej zmieniał się. Dziesięć razy na dzień zmieniała usposobienie. Najczęściej miewała głos urywany i rozkazujący, mówiła do matki tak, jak gdyby przemawiała do Rozalii, wymagała od niej najdrobniejszych dla siebie posług, niecierpliwiła się i ciągle się uskarżała.
— Daj mi filiżankę ziółek... Jakże marudzisz! Każecie mi umierać z pragnienia.
A kiedy Helena podała jej filiżankę!
— Bez cukru... Nie chcę.
I gwałtownie kładła się napowrót; po raz drugi odpychała ziółka utrzymując, że je przesłodzono, że nie troszczono się już o nią wcale. Helena, bojąc się rozdrażnić ją więcej jeszcze, nie odpowiadała nic, patrzała tylko na nią, a wielkie łzy spływały po jej policzkach.
Szczególnie w obecności doktora Joanna okazywała gniewliwe usposobienie swoje. Jak tylko on wchodził, nieruchomie leżała na łóżku i pochylała głowę, jak te dzikie zwierzęta, co się boją, by do nich obcy nie zbliżył się. Czasami nie odpowiadała wcale, i nieruchoma z oczami utkwionemi w sufit, dawała się egzaminować i badać puls. Innych dni znowu nie chciała go widzieć wcale i z taką zaciętością zaciskała sobie oczy rękami, że chcąc je oderwać, trzeba byłoby wykręcić je. Jednego wieczora, kiedy matka podawała jej łyżeczkę lekarstwa, wyrzekła to okrutne słowo:
— Nie, to trucizna.
Helena zdumiała się; serce jej przeszył ból ostry; bała się dochodzić znaczenia słów tych.
— Co mówisz, moje dziecię? — spytała. — Czy rozumiesz, co mówisz? Lekarstwa nigdy nie są dobre, ale trzeba je zażywać...
Ale Joanna uparcie milczała na to, odwracając głowę od lekarstwa. Od tego dnia kierując się tylko chwilowym kaprysem, brała lub nie brała lekarstwo, jak się jej podobało, Wąchała flaszeczki, i podejrzliwie spoglądała na te co stały na stoliczku nocnym. I jeżeli raz odepchnęła którą z nich, to już poznawała ją i później; prędzej umarłaby, aniżeliby miała z niej napić się choć kropelkę. Zacny pan Rambaud tylko umiał czasem skłonić ją do tego. Teraz znowu przesadną czułość okazywała mu szczególnie kiedy doktór był przy tem, i błyszczące wówczas rzucała wejrzenia na matkę, by się przekonać, czy ta cierpi nad przywiązaniem, jakie ona okazuje innemu.
— Ah! to ty, mój kochany! — wołała, jak tylko się pokazał. — Usiądź tu, blisko... Masz pomarańcze?
Podnosiła się na łóżku i, śmiejąc się przeglądała kieszenie jego, w których zawsze były łakocie. Potem całowała go, odgrywając komedyę miłości, zadowolona i pomszczona tą męczarnią, jaką upatrywała na bladej twarzy matki swej. Pan Rambaud niezmiernie cieszył się, że pogodził się ze swoją małą ukochaną. Ale w przedpokoju, Helena, wychodząc na spotkanie jego, szybkim słowem wskazywała mu, co ma zrobić. Wówczas, nagle niby zdawał się spostrzegać lekarstwo na stoliku.
— Ah! pijesz syrop?
Twarzyczka Joanny zasępiła się.
— Nie, nie — mówiła półgłosem — to śmierdzi, to nie dobre, ja nie piję tego
— Jakto? nie pijesz tego? — mówił dalej pan Rambaud wesołym tonem. — Jestem pewny, że to bardzo dobre.. Pozwolisz mi napić się tego troszkę?
I nie czekając pozwolenia, nalewał sobie sporą łyżkę i połykał, nie krzywiąc się wcale, przeciwnie, udając, że mu to niezmiernie smakuje.
— Oh! doskonałe! — szeptał. — Źle robisz.. Poczekaj, napij się troszkę.
Joanna ubawiona, nie wzbraniała się więcej. Przyjmowała wszystko, czego pan Rambaud pokosztował; uważnie śledziła wszystkie jego ruchy i zdawała się badać na twarzy, jaki skutek sprawiło lekarstwo. Poczciwy człowiek przez cały miesiąc karmił się tak aptecznymi przysmakami. Kiedy Helena dziękowała mu, wzruszał ramionami.
— Dajcież pokój! to bardzo dobre! — mówił wreszcie sam już przekonany o tem, dla własnej jej przyjemności dzieląc się z małą jej lekarstwami.
Wieczory spędza! przy niej. Ze swej strony ksiądz przychodził co dni parę. Zatrzymywała ich, jak mogła najdłużej i gniewała się, kiedy widziała, że biorą za kapelusze. Teraz już bała się pozostać sama z matką i doktorem; chciałaby mieć zawsze gości, że by ich rozłączali. Często, beż żadnego powodu wołała Rozalię. Kiedy byli sami nie spuszczała z nich oka, śledziła ich we wszystkich kątach pokoju. Bladła, jeżeli ręce ich spotkały się. Jeżeli przemówili do siebie po cichu, podniosła się i rozgniewana chciała wiedzieć, co powiedzieli. Nie ścierpiała tego nawet, kiedy suknia jej matki dotykała na dywanie nogi doktora. Nie mogli zbliżyć się do siebie, ani spojrzeć jedno na drugie, by Joanna nie drżała natychmiast. Zbolałe jej ciałko, cała istotka niewinna i schorowana, tak nadzwyczajnie draźlwą się stała, że nagle odwracała się, kiedy poczuła, że za jej plecami uśmiechnęli się do siebie. Czuła, kiedy się którego dnia więcej kochali, czuła w powietrzu, które od nich do niej się dostawało; w dnie te była więcej ponurą, cierpiała jak cierpią kobiety nerwowe, za zbliżeniem się gwałtownej bursy.
Wszyscy uważali Joannę za uratowaną. Helena sama powoli nabierała przekonania tego. To też paroksyzmy te zaczęła wreszcie uważać za kaprysy rozpieszczonego dziecka, nie mające znaczenia. Po sześciu tygodniach niepokoju i obawy, potrzebowała żyć nareszcie. Córka jej mogła teraz obywać się bez jej starań, miała więc chwile swobodne, a chwile te były odpoczynkiem i rozkoszą dla niej, co tak długo sama nie wiedziała o sobie, czy żyje nawet. Przetrząsała szuflady, cieszyła się, odnajdując zapomniane przedmioty, zajmowała się rozmaitemi małemi robotami, a to by wrócić do dawnych szczęśliwych dni życia codziennego. W tym powrocie miłość jej wzrastała, Henryk był jak gdyby nagrodą za tyle przebytych cierpień. W głębi pokoju tego czyli się po za światem całym, zapominali o wszelkiej przeszkodzie. Nic już ich nie rozdzielało, nic tylko to dziecko, które miłość ich tak poruszała.
I właśnie Joanna to podżegała tę namiętność. Zawsze między nimi, ciągle szpiegując, zmuszała ich do ustawicznego przymusu, do komedyj obojętności, która więcej jeszcze rozdrażniała ich. Całemi dniami nie mogli słowa do siebie przemówić, czując, że ich podsłuchuje, nawet wtenczas kiedy zdawała się spać... Jednego wieczora Helena wyszła za Henrykiem do przedpokoju; znużona, złamana, miała właśnie rzucić się w objęcia Henryka, kiedy Joanna po za drzwiami zamkniętemi zaczęła krzyczeć: „Mamo! mamo!“ głosem tak strasznym, jak gdyby odczuła gorący pocałunek, którym doktór dotknął był włosów Heleny. Helena musiała wrócić natychmiast do pokoju, bo usłyszała jak dziecko zeskoczyło z łóżka. Rozjątrzona, trzęsąca się, biegła do niej w koszuli. Po co ją samą pozostawili. Nie chciała tego. Odtąd pozostał im tylko uścisk ręki przy powitaniu i pożegnaniu. Pani Deberle od miesiąca już bawiła w kąpielach morskich ze swoim małym Lucyanem; doktór, mając tyle swobodnego czasu, nie śmiał przepędzić nawet dziesięciu minut z Heleną. Słodkie ich rozmowy przy oknie ustały zupełnie. Kiedy patrzyłi na siebie, oczy Joanny zapalały się gniewem.
Ciągłe zmiany jej humoru szczególnie dręczyły ich. Jednego poranku zalała się łzami, kiedy doktór pochylił się nad nią. Przez cały ten dzień nienawiść zmieniła się w gorączkową tkliwość; zatrzymała go przy swojem łóżku, dwadzieścia razy przywoływała matkę do siebie, jakgdyby chcąc patrzeć na nich, jak wzruszeni i uśmiechający się stali obok siebie. Matka, już uszczęśliwiona, marzyła o długim szeregu podobnych dni. Ale nazajutrz, kiedy Henryk. przyszedł, dziewczynka przyjęła go tak źle, że matka oczami prosiła go, by odszedł; przez całą noc Joanna rzucała się jak w gorączce, żałując okropnie, że była dobrą Podobne sceny wciąż się powtarzały. W przystępie czułości i namiętnych pieszczot, obdarzała ich godzinami słodkiej rozkoszy, ale zaraz potem nadchodziły złe godziny, a wówczas podbudzała ich tylko, zwiększając pragnienie należenia jedno do drugiego.
Powoli uczucie buntu obudziło się w Helenie. Niema wątpliwości, że oddałaby życie za nią, ale dla czegóż niedobre dziecko dręczyło ją teraz tak, kiedy niebezpieczeństwo już minęło. Kiedy pogrążała się w marzeniach o jakimś nieznanym cudownym kraju, gdzie widziała Jebie obok Henryka, nagle obraz rozdrażnionej Joanny stawał przed nią; jedno uczucie walczyło wciąż z drugiem, a walka ta między macierzyństwem a miłością nadto ją męczyła.
Jednej nocy doktór przyszedł, pomimo wyraźnego zakazu Heleny. Od ośmiu dni nie mogli zamienić z sobą ani słowa. I teraz Helena nie chciała go przyjąć, ale on jak gdyby chcąc ją uspokoić, łagodnie popchnął do pokoju. Tam oboje sądzili, że są pewni siebie. Joanna spała głęboko. Usiedli na zwykłem swem miejscu, przy oknie, daleko od lampy; spokojny cień okrywał ich. Przez dwie godziny rozmawiali z sobą, zbliżając do siebie twarze swe, by mówić cicho, tak cicho, że w uśpionym pokoju nic ciszy nie przerywało. Niekiedy odwracali głowę, rzucając wzrokiem na delikatny profil Joanny, której małe rączki leżały złożone na prześcieradle. Ale w końcu zapomnieli się. Szept ich wzmógł się. Nagle Helena zbudziła się, uwolniła swe ręce rozpalone od pocałunków Henryka. I zadrżała na myśl szkaradzieństwa, którego o mało nie popełnili.
— Mamo! mamo! — jąkała Joanna, nagle miotając się, jak gdyby dręczona snem strasznym.
Rzucała się na łóżku i z oczami klejącemi się jeszcze od snu usiłowała podnieść się.
— Ukryj się, błagam cię, ukryj się — powtarzała Joanna z niepokojem. Zabijesz ją, jeżeli zostaniesz tutaj.
Henryk znikł we framudze okna, po za aksamitną, niebieską firanką. Ale dziecko skarżyło się wciąż.
— Mamo, mamo, o, jak boli!
— Jestem tu, przy tobie, moja najdroższa.. Gdzie boli cię?
— Nie wiem... Tu, patrz. Piecze mię.
Otworzyła oczy, twarz miała wykrzywioną i obie swe małe rączki przyłożyła do piersi.
— Chwyciło mię to nagle... Spałam, nieprawdaż? Uczułam jakgdyby wielki ogień.
— Ale przeszło już, nic już nie czujesz?
— Owszem, czuję ciągle to samo.
I wzrokiem niespokojnym przebiegła pokój. Teraz była już zupełnie rozbudzona, ponury cień zastąpił czoło; twarz zbladła.
— Sama jesteś, mamo? — spytała.
— Ależ tak, kochanko!
Potrzęsła głową, patrząc, wietrząc w powietrzu, z wzrastającem wzburzeniem:
— Nie, nie, wiem dobrze.. Jest któś.. Boję się, mamo, boję się! Och, oszukujesz mię, nie jesteś sama...
Nerwowy paroksyzm nastąpił; Joanna, łkając opadła na łóżku i ukryła się pod kołdrą, jak gdyby uciekając przed niebezpieczeństwem: Helena przerażona niezwłocznie wyprawiła Henryka. Nie chciał pozostać przy dziecku, ale nie pozwoliła na to. Wróciła i pochwyciła Joannę w ramiona swe. Dziewczynka wciąż powtarzała tę samą skargę, która zawsze była wyrazem wszystkich jej wielkich boleści.
— Nie kochasz mię już, nie kochasz!
— Cicho,, mój aniołku, nie mów tego — wołała matka. — Kocham cię więcej niż wszystko na świecie... Zobaczysz jak cię kocham!
Czuwała nad nią aż do rana; widząc z przerażeniem, że miłość jej tak boleśnie odbija się w drogiem dziecięciu, postanowiła poświęcić swe serce. Joanna żyła jej miłością tylko. Nazajutrz Helena sprowadziła doktora. Doktór Bodm przyszedł niby przypadkowo i wybadał chorą; żartując osłuchał ją. Potem długo rozmawiał z doktorem Deberle, który pozostał był w sąsiednim pokoju. Obydwaj byli tego zdania, że stan obecny nie przedstawia żadnego niebezpieczeństwa; bali się jednak zawikłań jakich przy tem. Długo rozpytywali Helenę, widząc, że się znajdują wobec jednej z tych chorób nerwowych, które w rodzinach mają całą historyę swoją i które wprawiają naukę w kłopot. Powiedziała im to, o czem wiedzieli już po części, że babka jej była zamkniętą w domu obłąkanych w Tulettes, o kilka kilometrów od Plassans; że matka jej nagle umarła z gwałtownych suchot, a przez całe życie miała napady szału i nerwowe paroksyzmy. Ona sama podobna była do ojca, którego przypominała z twarzy i rozsądnej równowagi ducha. Joanna przeciwnie była żywym portretem babki; ale delikatniejszego składu ciała, nie doścignie zapewne nigdy ani wysokiej postaci jej, ani mocnej, kościstej budowy. Obydwaj doktorowie powtórzyli raz jeszcze, że potrzeba jak najostrożniej postępować z nią. Nie ma nigdy zbytku przezorności wobec tych cierpień chloro anemicznych, które przyczyniają się do rozwinięcia tylu strasznych chorób.
Henryk słuchał doktora Bodin z uwagą, jakiej nie miał dla żadnego z kolegów dotąd. Radził się go względem Joanny z miną ucznia, który niedowierza sobie. W istocie, zaczynał już drżeć przed tem dzieckiem; wymykała się przed nauką jego; lękał się, by jej nie zabił, a zarazem nie utracił matki. Tydzień upłynął. Helena nie przyjmowała go już w pokoju małej. Wtenczas sam raniony w serce, chory zaprzestał wizyt swoich.
Pod koniec sierpnia Joanna mogła wstać nareszcie i chodzić po pokoju. Przez całe dwa tygodnie nie miała ani jednego paroksyzmu. Matka tylko cała jej oddana, zawsze koło niej, uleczyła ją. Z początku dziewczynka niedowierzała temu, znajdowała przyjemność w jej pocałunkach, ale śledziła wszystkie ruchy, przed uśnięciem brała za rękę i chciała ją zatrzymać w czasie snu. Potem, widząc, że nikt nie przychodzi, nikt się z nią nie dzieli, nabierała ufności i czuła się szczęśliwą, wracając o dawnego dobrego życia, kiedy to obie z matką pracowały pod oknem. Codziennie twarzyczka jej stawała się różowszą, Rozalia utrzymywała, że rozkwita w oczach.
Czasami jednak, ku wieczorowi, Helena zapominała się. Od choroby córki była poważną, trochę bladą, a na czole miała wielką zmarszczkę, której nie było wprzódy. Joanna dostrzegłszy jedną z tych chwil zmęczenia, jedną z tych godzin pustych, rozpaczliwych, sama czuła się bardzo nieszczęśliwą, a w sercu powstawał nieokreślony wyrzut. Cicho, nic nie mówiąc, wieszała się jej na szyi. Potem pytała łagodnie:
— Szczęśliwa jesteś, mateczko?
Helenę przechodził dreszcz. Pośpiesznie odpowiadała!
— Ależ tak, moja kochanko.
Dziecię nalegało jeszcze.
— Szczęśliwa jesteś, szczęśliwa?... Z pewnością?
— Z największą pewnością... Dla czegóż miałabym być nieszczęśliwą?
Joanna ściskała ją wówczas mocno małemi rączkami swemi, jak gdyby wynagradzając jej to. Będzie ją kochała tak mocno, tak mocno, mówiła, że w całym Paryżu nie znajdzie się ani jedna matka równie szczęśliwa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.