Kartka miłości/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XII.

Wieczorem, Joanna uczuła się lepiej. Mogła wstać. Chcąc uspokoić matkę uparła się, i powlekła do sali jadalnej, gdzie siadła przed próżnym talerzem.
— Nic mi nie będzie mówiła usiłując uśmiechnąć się. — Wiesz dobrze że jestem gratem do niczego... Jedz, chcę żebyś jadła.
Ona sama nie mogła nic przełknąć, ale widząc, że matka spostrzegł jej bladość i dreszcze, zaczęła udawać że ma chęć do jedzenia. Obiecywała zjeść trochę konfitur. Helena pospieszyła dogodzić jej, a dziecię uśmiechnięte patrzyło na nią ze swym wyrazem uwielbienia; lekkie drganie nerwowe poruszało jej główką. Przy deserze chciała dotrzymać obietnicy. Ale łzy zawisły na powiekach.
— Nie mogę przełknąć — szepnęła. — Nie gniewaj się na mnie.
Czuła okropne zmęczenie. Nogi jej zdawały się być martwe, żelazne kleszcze ściskały ramiona. Ale starała się być mężną, i powstrzymywała się od lekkiego krzyku, który wyrywał się jej z ust przy gwałtownym bólu szyi. Na chwilę jednak zapomniała się i skurczyła z bólu. Matka widząc ją tak mizerną, tak słabą, a zarazem tak godną kochania, nie mogła dokończyć gruszki, którą usiłowała zjeść. Łkanie dławiło ją. Upuściła serwetę i wzięła Joannę na ręce.
— Moje dziecię, moje dziecię... — szeptała, a serce jej pękało patrząc na salę jadalną, gdzie mała, będąc zdrową, tak często ją bawiła swem łakomstwem.
Joanna prostowała się i starała uśmiechnąć.
— Nie martw się, to nic, z pewnością... Teraz kiedy skończyłaś, położysz mię znowu.. Chciałam cię widzieć u stołu, bo znam cię, nie byłabyś przełknęła ani takiego kawałka chleba.
Helena uniosła ją. Przesunęła jej łóżeczko do swego pokoju i ustawiła przy swem łóżku. Joanna położywszy się uczuła się daleko lepiej, Uskarżała się tylko na głuchy ból z tyłu głowy. Cierpienie zdawało się potęgować jeszcze namiętne jej przywiązanie do matki. Helena musiała ją ucałować i zapewnić uroczyście, że bardzo ją kocha i obiecać, że ucałuje ją jeszcze, kiedy się położy.
— Chociażbym spała, to nic — powtarzała Joanna. — Zawsze cię czuję.
Zamknęła oczy i usnęła, Helena siedziała przy niej patrząc na jej sen. Kiedy Rozalia weszła na palcach, pytając się, czy może się położyć, kiwnięciem głowy odpowiedziała potwierdzająco. Jedenasta wybiła, Helena nie ruszyła się jeszcze z miejsca, kiedy wtem zdawało się jej, że słyszy lekkie pukanie do drzwi schodów. Wzięła lampę i bardzo zdziwiona, poszła zobaczyć, coby to być mogło.
— Kto tam?
— Ja, proszę otworzyć — odpowiedział głos przytłumiony.
Był to głos Henryka. Spiesznie otworzyła, znajdując przyjście jego zupełnie naturalnem. Zapewne dowiedział się o słabości Joanny, i przybiegł, chociaż go nie wzywała, rodzaj wstydu ogarniał ją na myśl, że on ma dzielić z nią troski o zdrowie jej córki.
Ale Henryk nie dał jej czasu mówić. Drżący, z twarzą zapłonioną, szedł za nią do sali jadalnej.
— Proszę, przebacz mi pani — wyjąkał chwytając ją za rękę. — Od trzech dni nie widziałem cię, nie mogłem się oprzeć potrzebie widzenia cię.
Helena usunęła rękę. On cofnął się i patrząc na nią, mówił dalej:
— Nie obawiaj się, kocham cię... Zostałbym przy drzwiach, gdybyś mi nie była otworzyła. Wiem, że wszystko to szaleństwo, ale kocham cię, kocham...
Słuchała go milcząc, z miną poważną i surową, co okropnie go męczyło. Potok słów namiętnych, malujących stan duszy, gwałtownie popłynął wówczas z ust jego.
— Och! po cóż gramy tę okropną komedyę?... Nie mogę więcej, serce by mi pękło; dopuściłbym się szaleństwa gorszego jeszcze jak to dziś; porwałbym cię wobec wszystkich i uniósłbym...
Opanowany szaloną żądzą wyciągnął ręce. Zbliżył się, całował jej suknię, ręce jego gorączkowo drżały. Ona stała sztywna, lodowata.
— To pan nie wiesz o niczem? — pytała.
On tymczasem pochwycił był jej rękę, obnażoną pod szerokiem rękawem kaftanika rannego i chciwemi pocałunkami okrywał ją; zniecierpliwiła się wówczas na chwilę.
— Przestań pan! Widzisz przecie, że nie słucham cię nawet. Czyż mogę myśleć o tem!
Uspokoiła się i znowu powtórzyła pytanie.
— A więc, nie wiesz pan o niczem?... Córka moja słaba. Rada jestem żeś pan przyszedł, uspokoisz mię.
Wzięła lampę i poszła naprzód; ale na progu zatrzymała się, obróciła i, patrząc mu wprost w oczy — rzekła ostro:
— Zabraniam panu mówić o tem tutaj... Nigdy, nigdy.
Wszedł za nią, drżąc jeszcze i nie bardzo pojmując, co do niego mówiła. W pokoju jej, o tej nocnej godzinie, wśród odzienia i bielizny porozrzucanej, znowu oddychał tym zapachem werbeny, który go tak zmięszał był pierwszego wieczora, kiedy ujrzał Helenę z włosem rozrzuconym i w bezładnym ubiorze. W skroniach biło mu gwałtownie, oparł się o małe żelazne łóżeczko dziecka.
— Usnęła rzekła Helena po cichu. — Popatrz pan na nią.
Nie słyszał jej; namiętność nie chciała uciszyć się. Pochyliła się przed nim; patrzał na jej szyję, gdzie wiły się drobne włosy. Zamknął oczy, by się oprzeć pokusie ucałowania miejsca tego.
— Doktorze, spójrz że, taka rozpalona... Czy to nic niebezpiecznego?
Wściekła żądza rozsadzała mu czaszkę; machinalnie, ulegając przyzwyczajeniu doktorskiemu, poszukał pulsu Joanny. Ale walka nadto była silna; przez chwilę stał nieruchomo, zdając się nie wiedzieć nawet, że trzyma tę biedną małą rączkę w swej dłoni.
— Jakże, wielką ma gorączkę! tak pani sądzi? — powtórzył.
Mała rączka ogrzewała rękę jego. Znowu nastało milczenie. W człowieku budził się doktór. Liczył uderzenia pulsu. W oczach jego płomień przygasał. Powoli twarz zbladła; pochylił się i z niepokojem uważnie popatrzał na Joannę.
— Atak bardzo gwałtowny — wyszeptał — ma pani słuszność... Mój Boże, biedne dziecię!
Żądza znikła, pozostało tylko pragnienie oddania usługi. Zimna krew wróciła mu całkowicie. Usiadł, rozpytywał matkę o szczegóły, które poprzedziły atak. Wtem mała obudziła się jęcząc. Skarżyła się na okropny ból głowy. Bóle w szyi i ramionach stały się tak gwałtowne, że za każdem poruszeniem łkała. Helena klęcząc po drugiej stronie łóżka, dodawała jej odwagi, uśmiechała się, a serce jej pękało na widok cierpienia ukochanej istotki.
— Tu ktoś jest, mamo — spytała, obracając się, i postrzegając doktora.
— To przyjaciel, znasz go.
Dziecię, zamyślone i jak gdyby wahające się. poparzyło na niego chwilę. Wreszcie wyraz czułości przemknął po jej twarzy.
— Tak, tak, znam go. Bardzo go kocham.
Po chwili dodała z pieszczotliwą minką.
— Trzeba mnie wyleczyć, panie, nieprawdaż? żeby mama była rada... Będę piła wszystko, co mi pan da z pewnością.
Doktór wziął ją znowu za plus, Helena trzymała drugą rękę; pomiędzy nimi mała z lekkim nerwowym ruchem głowy uważnie patrzyła na oboje, jak gdyby ich nigdy tak dobrze nie widziała. Po chwili ból nowy wstrząsnął nią. Małe rączki skurczyły się i zatrzymały ich dłonie:
— Nie chodźcie; boję się... Brońcie mię, nie pozwalajcie zbliżać się im wszystkim... Was tylko chcę. tylko was dwoje, blisko, bliziutko, przy mnie, razem...
Przyciągała ich, konwulsyjnym ruchem zbliżając do siebie i wciąż powtarzając:
— Razem, razem...
Maligna wracała tak po razy kilka. W chwilach uspokojenia chora usypiała; leżała wówczas jak umarła, bez ruchu, bez oddechu prawie. Kiedy nagle budziła się z tych krótkich chwil odpoczynku, nic nie słyszała, nie widziała nic, oczy jej zamglone były białym obłokiem. Doktór czuwał przy niej część nocy, która była bardzo ciężka. Na chwilę tylko opuścił ją i sam poszedł po lekarstwo. Nad ranem, kiedy już odchodził, Helena niespokojnie wyszła za nim do przedpokoju.
— No, i jakże? — spytała.
— Stan jest niebezpieczny — odpowiedział — ale błagam panią, nie obawiaj się; spuść się pani na mnie... Wrócę o dziesiątej rano.
Helena, wszedłszy do pokoju, znalazła Joannę, siedzącą na łóżku; z miną obłąkaną spoglądała dokoła.
— Zostawiliście mnie, zostawiliście! — wołała. O, boję się, nie chcę być sama...
Matka, chcąc pocieszyć, ucałowała ją, ale dziewczynka nie przestała oglądać się.
— Gdzie on? O! powiedz mu, żeby nie odchodził... Chcę, żeby tu był, chcę...
— On wróci, mój aniołku — powtarzała Helena, plącząc wraz z dzieckiem. — Nie opuści nas, bądź tego pewna. Nadto nas kocha... Bądźże grzeczna, połóż się. Będę siedziała, tutaj, będziemy czekały na niego.
— Naprawdę, naprawdę? — spytała Joanna, powoli zapadając w głęboki sen.
I tak rozpoczęły się okropne dni, trzy tygodnie straszliwego niepokoju. Gorączka nie ustawała ani na chwilę. Joanna uspokajała się trochę wówczas tylko, kiedy doktór był przy niej i trzymał jedną jej rączkę, a matka drugą. U nich szukała ratunku, dzieliła między nimi swoje uczucie tytanicznego uwielbienia, jak gdyby rozumiała, pod jaką opiekę gorącej miłości oddawała się. Nadzwyczajna czułość nerwów, zwiększona jeszcze chorobą, ostrzegała ją zapewne, że tylko miłość ta mogła cudem uratować ją. Godzinami całemi patrzyła na nich głęboko i poważnie. Cała namiętność ludzka, przewidziana i przeczuta malowała się w tem spojrzeniu umierającego dziewczątka. Nie mówiła nic; wszystko wypowiadała ciepłym uściskiem, błagając ich by się nie oddalali, i dając poznać, jakiego doświadczał spokoju, widząc ich tak razem obok siebie. Kiedy doktór wchodził, wpadała w zachwyt, oczy jej wciąż utkwione we drzwi, któremi miał wejść, radośnie błyszczały na jego widok; usypiała wówczas spokojna i zadowolniona, że słyszy ich, jego i matkę, chodzących koło niej i po cichu rozmawiających.
Nazajutrz po pierwszym ataku, zjawił się doktór Bodin. Ale Joanna, dąsając się, odwróciła głowę i nie dała mu się wyegzaminować.
— Nie on, mamo — szeptała — proszę cię, nie on.
A że dnia następnego przyszedł znowu, Helena muwiała mu powiedzieć o tej niechęci dziecka. Stary doktór nie wchodził więcej do pokoju chorej; Co trzeci dzień dowiadywał się o jej zdrowie i rozmawiał niekiedy z kolegą swoim, doktorem Deberle, który okazywał względy należne wiekowi jego.
Zresztą niepodobna było myśleć nawet o oszukiwaniu Joanny. Zmysły jej stały się nadzwyczaj czułe. Ksiądz i pan Rambaud przychodzili co wieczór, siadali i godzinę czasu przepędzali w smutnem milczeniu. Jednego wieczora, kiedy doktór miał odejść, Helena dała znak, by pan Rambaud zajął miejsce jego i ujął rękę małej, ażeby ta nie spostrzegła nieobecności swojego ulubieńca. Ale po dwóch czy trzech minutach, Joanna obudziła się, otworzyła oczy i nagle cofnęła swą rękę. I zaczęła płakać, mówiąc, że dokuczają jej.
— Nie kochasz mnie już więc, nie chcesz już mnie — powtarzał b:edny pan Rambaud ze łzami w oczach.
Patrzyła na niego, nic na to nie odpowiadając; zdawała się nie chcieć go poznać nawet. I poczciwy człowiek z bolącem sercem wracał do swego kąta. Skończyło się na tem, że wchodził po cichutku, wciskał się we framugę okna i na wpół ukryty za firanką przesiadywał wieczór z oczami, smutnie utkwionemi w chorą. Ksiądz także był tam ze swoją wielką bladą głową na chudych ramionach. Chcąc ukryć łzy, głośno ucierał nos. Niebezpieczeństwo, grożące jego małej ukochanej, tak go niepokoiło, że zapominał nawet o chorych swoich.
Ale napróżno dwaj bracia usuwali się w sam kąt pokoju, Joanna czuła ich wszędzie; przeszkadzali jej, odwracała się od nich z wyrazem cierpienia nawet wtedy, kiedy spała w gorączce. Matka pochyliwszy się wówczas nad nią, słyszała szeptem wyrzeczone słowa:
— O, mamo, boli mię!... Wszystko to mię męczy... Odpraw wszystkich; zaraz, zaraz...
Helena, jak mogła najłagodniej, przedstawiała wówczas obu braciom, że mała chce spać. Rozumieli ją i wychodzili ze spuszczoną głową. Jak tylko wyszli, Joanna, odetchnąwszy mocno, rzucała spojrzenie dokoła pokoju; potem z niezmierną słodyczą zwracała oczy na matkę i doktora.
— Dobrej nocy — szeptała. — Dobrze mi, zostańcie tutaj.
Przez trzy tygodnie trzymała ich tak koło siebie. Henryk przychodził najprzód dwa razy dziennie, potem przepędzał całe wieczory, a wreszcie poświęcał dziecku wszystek czas, jakim mógł rozporządzać. Z początku obawiał się dla niej tyfoidalnej gorączki; ale tak sprzeczne symptomaty objawiały się, że wkrótce sam nie wiedział, co ma myśleć. Przypuszczał, że ma przed sobą jednę z owych chloro-anemicznych słabości, tak nieodgadnionych, a tak strasznie się komplikujących w wieku, w którym dziecko przekształca się w kobietę. Następnie bał się choroby serca i początku suchot. Zatrważała go nerwowa egzaltacja Joanny, którą nie wiedział, jak ma uspokoić, a nadewszystko owa silna uparta gorączka, którą nadaremnie usiłował pokonać najenergiczniejszymi środkami. W kurację tę wkładał całą swą energję i całą naukę z tem przeświadczeniem, że chodzi tu o jego własne szczęście, a nawet życie. Wszystko w nim umilkło, oczekując uroczystego rozwiązania przez całe trzy tygodnie niepokoju żądza nie odezwała się ani razu; nie drżał już pod tchnieniem Heleny i kiedy spojrzenia ich spotykały się z sobą, był w nich tylko wyraz smutku, jak u istot, którym grozi wspólne nieszczęście.
A jednak z każdą chwilą serca ich ściślej łączyły się z sobą. Żyli jedną tylko myślą. On, jak tylko wchodził, wiedział już, spojrzawszy na nią, jak Joanna przepędziła noc, i ze swej strony nie potrzebował jej mówić, jak znajdować chorą; bez mowy odgadywała to. Zresztą, z piękną odwagą macierzyńską wymogła na nim przyrzeczenie, że nie będzie nic przed nią ukrywał, ani taił obaw swoich. Zawsze na nogach, nie poświęciwszy na sen nawet trzech godzin z rzędu, w przeciągu dwudziestu nocy, okazywała spokój i siłę nadludzką; bez jednej łzy pokonywała swą rozpacz, by nie stracić przytomności umysłu, potrzebnej w tej walce o życie dziecięcia. W niej samej i około niej zrobiła się ogromna pustka; wszystko, co ją otaczało, uczucia jej, a nawet poczucie własnego bytu runęło gdzieś. Nic już nie istniało dla niej. Żyła tylko tą drogą istotką konającą i tym człowiekiem, co jej obiecywał cud. Jego tylko, jego jednego widziała, jego najmniejsze słowa miały u niej najwyższe znaczenie, jemu nieograniczenie zaufała, i zdawało jej się, że oddając mu siłę swą, oddaje siebie samą. Głucho, powoli, ale nieprzezwyciężenie, zlanie się tych dwóch istot odbywało się. W chwili niebezpieczeństwa, to jest każdego wieczora prawie, kiedy gorączka zwiększała się, oboje byli sami i milczący w wilgotnym pokoju. I jak gdyby chcąc się czuć więcej razem przeciwko śmierci, ręce ich mimowolnie spotykały się na brzegu łóżka i długi uścisk dłoni łączył ich; drżąc z niepokoju i litości czekali tak, dopóki ciche westchnienie chorej, spokojny i równy jej oddech nie oznajmił im, że atak się skończył. Kiwnięciem głowy wzajemnie się uspokajali wówczas. Miłość ich znowu odniosła zwycięstwo. Za każdym razem uścisk stawał się silniejszy, silniejszym związek serc.
Jednego wieczora Helena odgadła, że Henryk kryje coś przed nią. Od dziesięciu minut, nic nie mówiąc, przypatrywał się Joannie. Mała uskarżała się na nieznośne pragnienie; dusiła się, ze spieczonego gardła dobywał się ciągły świst i chrapanie. Potem ogarnęła ją senność; twarz miała bardzo czerwoną, a powieki tak ciężkie, że nie mogła ich podnieść. Leżała tak nieruchomie, że można ją było wziąć za umarłą, gdyby nie syczenie w gardle.
— Bardzo jest źle, nieprawdaż? — spytała Helena krótko. Odpowiedział, że nie, że żadnej nie było zmiany. Ale sam był bardzo blady i siedział jakgdyby przytłoczony własną niemocą. Pomimo natężenia wszystkich swych sił, i ona także usunęła się na krzesło, z drugiej strony łóżka.
— Powiedz ml pan wszystko. Obiecałeś mi wszystko mówić. Nie mam już żadnej nadziei?
Milczał; ona dalej mówiła gwałtowniej:
— Widzisz pan. że jestem silną... Czy płaczę? czy rozpaczam?... Mów. Chcę wiedzieć prawdę.
Henryk patrzał na nią wytężonym wzrokiem. Wreszcie przemówił powoli:
— A więc dobrze, jeżeli za godzinę nie opuści ją ta senność, to będzie po wszystkiem.
Helena ani jednem łkaniem nie odpowiedziała na to: zimny pot oblał ją, i włosy powstawały z przerażenia. Spojrzała na Joannę, upadła na kolana i ujęła dziecię w swe ramiona, jak gdyby chcąc bronić praw swoich do niego. Długo trzymała twarz swoją pochyloną nad nią, pojąc się jej widokiem, pragnąc przelać w nią własny oddech, własne życie nawet. Sapiący oddech małej stawał się coraz krótszy.
— I nic już poradzić na to nie można? — zapytała wreszcie, podnosząc głowę. Dla czego stoisz pan tak? Rób cokolwiek...
Zniechęcony, smutnie pokręcił głową.
— Rób pan cokolwiek... — Albo ja wiem co? Cośkolwiek. Musi być przecież środek jaki... Nie dasz jej tak umrzeć. To niepodobna!
— Zrobię Wszystko — rzekł tylko doktór.
Powstał. I rozpoczęła się stanowcza walka. Doktorowi wróciła wszystka jego krew zimna i stanowczość. Dotąd nie mógł się odważyć na gwałtowne środki, bojąc się osłabić to ciałko, i tak już mało życia mające w sobie. Ale teraz nie wahał się już; kazał Rozalji przynieść dwanaście pijawek. Nie taił przed matką, że była to rozpaczliwa próba, która mogła uratować lub zabić jej dziecię. Kiedy już przyniesiono pijawki, zawahała się znowu.
— O, mój Boże — szepnęła, — mój Boże, jeżeli ją zabijesz...
Musiał wówczas wydrzeć jej zezwolenie.
— Niechże i tak będzie! — przystawiaj je, ale niech cię Bóg natchnie.
Nie puściła Joanny z rąk swych, nie zgodziła się podnieść, chciała trzymać jej głowę na swojem ramieniu. On z zimną twarzą, nic już nie mówił więcej, zajęty jedynie środkiem, którego próbował. Z początku pijawki nieprzyjmowały się. Czas upływał, w wielkim pokoju o przyćmionem świetle, słychać było tylko nielitościwy i uparty chód zegara. Każda chwila unosiła ze sobą część nadziei. W okręgu żółtego światła, padającego z pod zasłony lampy, bieliły się rozrzucone prześcieradła, a wśród nich obnażone, biedne ciałko Joanny, blade było jak wosk. Helena suchemi palącemi oczami patrzyła na te obumierające członki; byłaby oddała wszystką swą krew, by ujrzeć jedną jej kroplę u córki. Nakoniec czerwona kropla pokazała się, pijawki się przyjmowały. Jedna po drugiej wpijały się w ciało. Kwestya życia chorej rostrzygała się. Były to chwile straszne, pełne bolesnego wzruszenia. To westchnienie, które podniosło pierś Joanny, byłoż to ostatnie jej tchnienie, czy powrót do życia? Przez chwilę Helena widząc, że dziecko sztywnieje, miała szalona chęć oderwania tych pijawek, co tak chciwie poiły się krwią jej córki; ale wyższa jakaś siła powstrzymała ją; odrętwiała, z otwartemi ustami siedziała nieruchomo. Wahadło zegara wciąż uderzało, cały pokój zdawał się oczekiwać rozwiązania.
Dziewczynka poruszyła się. Powieki jej podniosły się zwolna; zamknęła je znowu, jak gdyby zadziwiona i zmęczona Po twarzy przemknęło leciutkie drganie. Poruszyła ustami. Helena chciwie pochylała się, wpatrując się w nią 3 najwyraźniejszym niepokojem i oczekiwaniem.
— Mamo, mamo — szeptała Joanna.
Henryk przystąpił do młodej kobiety i rzeki:
— Uratowana.
— Uratowana... uratowana.... — powtórzyła Helena, jąkając się i taką przejęta radością, że się zsunęła na ziemię, przy łóżku; z miną nieprzytomną patrzyła to na córkę, to na doktora.
Nagle zerwała się z ziemi i rzuciła na szyję Henryka.
— O, kocham cię! — zawołała.
Całowała go, ściskała. W tej groźnej dla serca jej chwili wyznanie miłości, z którem tak długo zwlekała, samo się wyrwało. Matka i kochanka połączyły się z sobą; jedna niosła w ofierze wdzięczność, druga miłość, którą wdzięczność potęgowała.
— Płaczę, widzisz, mogę płakać — szeptała. — Mój Boże, jakże cię kocham, jakże będziemy szczęśliwi.
Mówiła do niego ty i płakała. Źródło łez, wyschłe od trzech tygodni, spłynęło po policzkach. W chwili tej wszystkie uczucia jej doszły do najwyższego rozkwitu; stała w objęciu jego z pieszczotą i poufałością dziecka. Potem znowu upadła na kolana i uśpioną Joannę oparła o swoje ramię? Córka jej odpoczywała, ona od czasu do czasu podnosiła na Henryka wilgotne oczy, w których błyszczała miłość.
Szczęśliwa to była noc. Doktor pozostał do bardzo późna. Joanna zmęczona, ale czująca się lepiej, z oczami zamkniętemi leżała nie śpiąc; ciemna jej główka opierała się na poduszkach, a delikatne ciałko wyciągnięte przykrywała kołdra aż po szyję. Lampa stojąca na stoliku, który przysunięto do komina, oświecała tylko jeden róg pokoju; niepewny cień osłaniał Henryka i Helenę siedzących na zwykłem miejscu, po obu stronach wąskiego łóżka. Ale dziecię nie rozdzielało ich, przeciwnie zbliżało nawet; niewinność jego dodawała wdzięku temu pierwszemu wieczorowi miłości. Po długich dniach troski, które przybyli, oboje teraz doznawali uspokojenia. Nakoniec odnaleźli siebie samych, a serca ich otworzyły się ku silniejszemu uczuciu; wiedzieli dobrze, że miłość ich spotęgowała się w tej obawie i radości wspólnej, co wstrząsnęła nimi. Cichy, ciepły pokój, stawał się ich wspólnikiem; napełniało go owo religijne milczenie, otaczające łóżko chorego. Chwilami Helena podnosiła się. szła na palcach po lekarstwo, poprawiała lampę, wydawała rozkaz jakiś Rozalii; doktór tym czasem, goniąc za nią oczyma, dawał znak, by szła po cichu. Potem, kiedy siadała napowrót, uśmiechali się do siebie. Nie mówili z sobą nic. Zajmowali się tylko Joann ą która była jak gdyby samą tą ich miłością. Ale Czasm i kiedy poprawiali jej kołdrę, lub podnosili głowę, ręce ich spotykały się z sobą i przez chwilę zapominały jedna w drugiej. Na tę jedyną pieszczotę mimowolną i ukrakową, pozwalali sobie.
— Nie śpię — szeptała Joanna — wiem, że jesteście tutaj.
Cieszyli się, słysząc ją mówiącą. Ręce ich rozdzielały się, nie mieli innych pragnień. Dziecię zaspokajało ich i uspokajało zarazem.
— Dobrze ci, kochanko? — pytała Helena, widząc, że się poruszyła.
Joanna nie zaraz odpowiadała. Mówiła jak we śnie.
— O, tak, nic nie czuję... Ale słyszę was, to mi robi przyjemność.
Po chwili, dobywając sił, podnosiła powieki i patrzył, i na nich. I anielsko uśmiechała się znowu, przymykając oczy.
Nazajutrz, kiedy ksiądz i pan Rambaud przyszli, Helena uczuła się zniecierpliwioną: Zawadzali w jej szczęściu.
A kiedy drżąc z obawy, by nie usłyszeć złych wieści, rozpytywali ją, była na tyle okrutną, że powiedziała im, iż Joanna nie lepiej ma się. Mówiła to bez zastanowienia, parta samolubną potrzebą zachowania dla siebie tylko i dla Henryka tej radości, że ją uratowali i że sami tylko wiedzieli o tem. Dla czego miała dzielić się ze swem szczęściem? Należało ono do nich, do nich jedynie, i zdawało się jej, że zmniejszyłoby się, gdyby ktokolwiek je znał. To tak, jak gdyby ktoś obcy wmięszał się do jej miłości.
Ksiądz zbliżył się do łóżka.
— Joanno, to my, twoi przyjaciele. Nie poznajesz nas!
Poważnie potrzęsła głową. Poznała ich, ale nie chciała rozmawiać i zamyślona, wzrokiem porozumienia spoglądała na matkę. Poczciwcy odeszli zrozpaczeni więcej niż kiedy.
W trzy dni potem Henryk pozwolił chorej zjeść pierwsze jajko na miękko. Ogromna stąd urosła sprawa. Joanna chciała koniecznie zjeść je przy drzwiach zamkniętych w obecności tylko matki i doktora, a że właśnie pai Rambaud wszedł był na tę chwilę, szepnęła na ucho matce, która rozkładała już na łóżku serwetę w miejsce obrusa:
— Zaczekaj, jak on wyjdzie.
A kiedy się oddalił, rzekła:
— Zaraz, zaraz... To daleko milej, kiedy nie ma gości.
Helena posadziła ją; Henryk podsunął z tyłu dwie poduszki dla podtrzymania jej. Z serwetą rozłożoną, z talerzem na kolanach, Joanna czekała z uśmiechem.
— Zbiję ci jajo, dobrze? — spytała ją matka.
— Tak, dobrze, mamo.
— A ja ukroję ci trzy kawałeczki chleba — rzekł doktór.
— O! cztery, zjem cztery zobaczysz.
Mówiła teraz doktorowi ty. Kiedy podał jej pierwszy kawałek, chwyciła jego rękę, a że zatrzymała była jeszcze rękę matki, całowała je obie, przenosząc usta z jednej na drugą z równie namiętnem uczuciem.
— Dosyć tego, bądź rozsądna — rzekła Helena, widząc że dziecko bliskie jest płaczu; — jedz twoje jajko, a zrobisz nam przyjemność.
Joanna zabrała się do jedzenia! ale tak była słaba, że za drugim kawałkiem już uczuła zmęczenie. Uśmiechała się za każdym kęskiem, mówiąc, że ma zęby miękkie. Henryk zachęcał ją, Helena miała łzy w oczach. Mój Boże! widziała jak dziecię jej jadło! Spoglądała na chleb, pierwsze to jajko rozczulało ją. Nagła myśl o Joannie martwej i sztywnie leżącej pod prześcieradłem, przeszyła ją mrozem, dziecię jej jadło, jadło tak ładnie, z tymi powolnymi ruchami, z tą niepewnością ruchów istoty, przychodzącej do zdrowia!
— Nie będziesz się gniewała, mamo... Robię, co mogę, to już trzeci kawałek... Czyś zadowolniona?
— O, bardzo, moja najdroższa... Nie pojmujesz nawet jaką radość mi sprawiasz.
I w zbytku szczęścia, które ją przygniatało, zapomniała się i oparła o ramię Henryka. Oboje śmieli się do dziewczynki, ale ta zaczęła się mienić, jak gdyby cierpienie jakieś powoli ją dotykało; ukradkowo podnosiła oczy, spoglądają na nich, potem spuszczała głowę, przestała jeść a cień nieufności i gniewu okrył twarz jej bladością. Trzeba było położyć ją napowrót.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.