Jutrznia (Rodziewiczówna, 1938)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jutrznia
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


JUTRZNIA


Mazurska płaszczyzna leżała w mroku jesiennego wieczoru. Na dalekim horyzoncie czerwieniała łuna pożaru i szedł stamtąd w ciężkiem, wilgotnem powietrzu, jakby jęk, jakby łkanie, jakby dyszenie gasnącego życia.
Tu bliżej było już cicho, spokojnie. Na wzgórku wiatrak stał, jak szyldwach, jedyne swe skrzydło, jak upiorną broń podnosząc ku niebu, tuż obok czerniały zgliszcza młynarskiej chałupy.
Opodal czarną plamą więzi drzew bezlistnych dwór się słał, bez światła, bez głosu i ruchu. Wieś ciągnęła się długą linją z obu stron drogi, ale nie wieś to już była, lecz rząd białych kominów, co wyglądały w mroku, jakby szereg chłopów w bieliźnie, skamieniałych ze zgrozy i bezradności wobec ostatecznej ruiny. Naprzeciw wiatraka, jak drugi szyldwach, stał kościół. Bez szyb w oknach, z potrzaskanym dachem, z wyrwami od pocisków w ścianach, uchował tylko cudem dzwonnicę. Sterczała też ku niebu, jak drzewce od sztandaru.
Na rozstaju za wiatrakiem ostała się też nienaruszona figura, rozpięcie Męki znacząc na chmurnem niebie. Mrok gęstniał, łuna gasła, jęk cichł w wilgotnem, nocnem powietrzu.
Dzień klęski kończył się — minął dzień ognia, krwi i przerażenia. W śmiertelnej pustce schodziła noc.
Żaden głos, żaden ruch, żaden blask nie okazywał, że tu zostało życie.
I oto przemówiła dzwonnica. Zachrobotało w niej, zastękało — i serce dzwonu ożyło, uderzyło w stary spiż. Najbliższy sąsiad, młynarz Jóźwikowski, wypełzł z kryjówki pod wiatrakiem, a za nim wysunęły się jego dwie córeczki, pięcio- i siedmioletnia. Młynarz się rozejrzał, nasłuchiwał, wreszcie ruszył ku kościołowi, warcząc przekleństwa. Dziewczynki dreptały za nim bez słowa, śmiertelnie wylękłe. Dzwon już nabrał tchu i rozmachu, spiż wołał coraz donośniej.
Młynarz wszedł w ciemną czeluść dzwonnicy i krzyknął: — Nie dzwonić! Niemcy za sygnał to wezmą i wrócą! Nie dzwonić! Oszaleliście dziadu! — Chwycił za czarną postać u sznura, ale wnet rękę cofnął.
— Proboszcz sam dzwoni!
— A sam — odparł zdyszany głos — kościelny z wikarym groby kopią. Dziś jest Matki Boskiej Bolesnej i niedziela. Nieszpór być musi. A jak Niemcy dzwon posłyszą i wrócą? To ja tu gospodarz. Pan w kościele nie bywa, to pana nie zaczepią.
— Mnie o siebie nie chodzi, bo nic mi nie zostało.
— Rany Boskie! — krzyknął ksiądz i sznur puścił. — Dzieci panu pobili!
— Dzieci żywe, ale dom spalony, wiatrak zniszczony.
— Gdzież dzieci?
— My tu! — zapiszczał głosik — i dziewczyniny podeszły do księdza.
— No, to dzięki Matce Boskiej — odsapnął proboszcz i znowu za sznur ujął.
— Niechta ksiądz pozwoli. Ja to lepiej potrafię.
Gdyby w dzwonnicy nie było tak mroczno, ujrzałby pan Jóźwikowski na twarzy proboszcza uśmiech zlekka szyderczy; ale nie wyraził swych myśli, sznur oddał, odsapnął, odkaszlał, otarł czoło spocone i pochylił się do dzieci.
— Polękałyście się, skrzaty? No nic, przeszło, nie chlipcie, nie pociągajcie nosem. Chustczyny macie ciepłe, obuteście. A głodne?
— W jamie pod wiatrakiem tatuś chleba pochował i słonina jest i cukier! — zaczęła opowiadać starsza, a młodsza dodała: — Kura jedna jest, a Burka to zabili!
W drzwiach dzwonnicy ukazało się kilka postaci: dwie baby, trzech wyrostków.
— A na co to dzwonicie, Jacku?
— Na nieszpór — huknął ksiądz.
— Olaboga! sam dobrodziej! A powiadali wczoraj, że dobrodzieja uwiedli, rozstrzelali.
— Było tam coś niecoś, ale niema co gadać. Kto tam, bo w mroku nie dojrzę. Wawrzonowa?
— Ja i Józefowa Kołaczkowa i chłopaki od Karaska. W kartoflowych dołach siedzieliśwa, aż słyszymy dzwon, tośmy wyleźli. O Jezu Jezusieczku, a to niema naszej Jawornicy.
— Niema — to trza, żeby znów była.
— A chłopy gdzie?
— Mojego z podwodą wzięli, już dni dziesięć.
— Mój kędyś krowy w las pognał. Pewnie go tam ubili!
— Cicho kobiety! Przestańcie dzwonić, na nieszpór czas.
Z mroku od rumowisk ściągało więcej ludu. Do kościoła weszła już spora gromadka. Gwarzyli mało, zcicha, stłumionym jękiem, szlochem, ale na progu umilkli wszyscy. Kościół służył za postój żołdactwa, aż ich stamtąd armaty wygnały. Na posadzce pełno było słomy, siana, końskiego gnoju, puszek od konserw, szkła z potłuczonych szyb, rumowiska murów, tynków, potrzaskanych ławek, ołtarzy — straszna ruina. Ołtarz główny ocalał. Paliła się przed nim lampa i widać było, że proboszcz, ile mógł, uprzątnął sam i oczyścił miejsce dla trzech trupów żołnierskich, leżących rzędem przy barjerze obsady.
— Żałobny będzie nieszpór — rzekł proboszcz. Wtedy z tłumu wyrwał się pomruk mściwy: — Miemce!
— Nie. Swoi! — odparł ksiądz. — Dysponowałem jednego na śmierć, — dwóch miało szkapierze, nazwiska znalazłem przy nich. Swoi są!
Nikt nic nie rzekł. Ksiądz ruszył się do ołtarza, gromadka za nim. Ze dworu wciąż napływali inni, rozlegały się zgłuszone okrzyki zgrozy i żałości. A wtem ukazał się i wikary z kościelnym. Zapalono świece, rozpoczął się nieszpór. Lud ścichł, zasłuchany, zahypnotyzowany żałobnym pomrukiem psalmów. Ten dwugłos od ołtarza mówił za nich do Tego, co wszystko słyszy. Przez okna bezszybne, przez wyłomy murów wicher tylko wtórował. Dawidową skargę powtarzała każda dusza, każde serce, zburzona świątynia, spalone ludzkie gniazda, ziemia zniszczona, wszystkie sieroce i wdowie serca, bólem wielmożne.
Pan Jóźwikowski niedaleko drzwi się zatrzymał, dzieci przykucnęły mu u nóg i posnęły zmorzone. Ludzie nie zagadnęli go, ani się zbliżyli, każdy swoją troską zajęty, a zresztą we wsi przyjaciół nie miał, choć od dziesięciu lat kolonję z wiatrakiem kupił, potem przy chałupie sklep kolonjalny założył i trzymał stronę wsi przeciw księdzu i dziedzicowi we wszelkich sporach i kwestjach sąsiedzkich i gminnych. Wtem usłyszał pan Jóźwikowski za sobą prędki krok i pośpieszne oddechy. Obejrzał się. Dziedzic to był, siwy tęgi mężczyzna i dwóch paniczów wyrostków. Zmoczeni byli, obdarci, bez czapek. Poklękali na chwilę, ale dziedzic długo nie wytrwał, wstał i rzekł szeptem:
— Dzieci trzeba do gromady odesłać, co się tu nam mają plątać i piszczeć. U mnie tego już ćma jest w czworaku. Jasiek odprowadzi i wasze, dobrze?
— Dziękuję panu. To dwór ocalał?
— Ano, ściany stoją niektóre, bez szyb. Zresztą zabrali konie, bydło, spalili stodołę, rozgrabili co mogli. Miejsca dla tych, co zostali, starczy. Od trzech godzin znosimy z chłopcami rannych. Żona z córkami opatruje i poi, bo trochę herbaty kobiety schowały. Posłyszałem dzwon, przybiegliśmy, myśląc, że ksiądz wzywa ratunku, a on jakby nic, nieszpory odprawa. Plebanja bez dachu, letnia altanka. Kościoła szkoda; takeśmy go wyrestaurowali w zeszłym roku. No, cóż robić. Jasiek, zabieraj dzieci, może po drodze jeszcze więcej po dołach kartoflanych odszukasz. My tu zostaniemy, trza się z księdzem rozmówić. O, chłopy się ściągają na dzwony. Rada zaraz będzie.
Dwugłos u ołtarza ścichł. Kanonik ukazał się w kapie i zawołał na cały kościół:
— A teraz chrześcijańską pierwszą posługę owym nieszczęsnym braciom oddamy. Zanieście ich do poświęconej ziemi, by spoczęli.
Po chwili szeptów i popychania orszak się złożył. Wzięli chłopy zabitych, ogarnęli ich w szynele, ponieśli. Kilka świec zamigotało, rozległ się żałobny śpiew, wysunął się pochód na cmentarz do świeżych dołów, zadzwoniły o żwir łopaty.
„Anioł Pański“ zaintonował kanonik i odpowiedziały wszystkie głosy, z wyjątkiem dziedzica, który mruczał w wąsy: — Klecha oszalał. W taki czas zabawia się w ceremonje.
Ale przecie skończono ostatnie modły, więc pociągnął księdza za kapę i rzekł: — Proszę kanonika z sobą do dworu i księdza wikarego też. Może jakie rzeczy z plebanji zabrać, to Staś z końmi przyjedzie. Uchowaliśmy cztery szkapy z czterdziestu i furgon.
— Dziękuję, dziękuję. My musimy do rana, do jutrzni kościół wyprzątnąć. Wprawdzie Pan Jezus w stajni się urodził, ale Sakrament w stajni nie będzie gościł. Jak chcecie pomóc, to niech pan Staś taczki mi przywiezie i parę szpadli.
I zawrócił zamaszyście do kościoła, za nim wszyscy.
— Co się kanonikowi śni, — wołał dziedzic — toć tu na dziesięciu chłopów, na dwa dni roboty.
— Co się śni, to się śni, a ja tu gospodarz i do roboty staję. Kościelny przyniesie pochodnie i lampki, żeby trochę ćmę rozegnać. Idźcie ludzie, do biedy waszej, idźcie kobiety, do dzieci.
— Co ta po nocy zrobimy? Zresztą nic nie ostało. Bieda z nami! — bąknął jakiś chłop.
— Dziecka na dworze śpią! — stęknęła kobieta.
A Jóźwikowskiego jakby coś targnęło. Wziął do rąk jakiś kawał deski i począł śmiecie zsuwać na kupę.
— Staśku, duchem po taczki i szpadle! — rzekł dziedzic do syna. A potem odsapnął, stęknął, spojrzał wokoło. — Chrzcili nas tu, ślubami wiązali, co niedzielę kanonik sumienie roztrząsał, co rok najmniej Sakramentów udzielał. Ile to już lat, kanoniku?
— Będzie czterdzieści na Gromniczną, jakem tu zjechał.
— Tu poczynamy, tu kończymy! — rzekł chłop.
I wzięli się wszyscy do roboty. Kobiety zbierały gruz w fartuchy, mężczyźni dźwigali cięższe rumowisko, zasapany ksiądz komenderował, a dziedzic stowarzyszył się z Jóźwikowskim i zrazu zcicha, a potem coraz głośniej dowodził:
— Niema co, szpetnie nas urządzili, ale co tu pomoże desperować. Czytało się o wojnach, ano przyszło i samemu po łbie dostać. Musicie się radować, panie Jóźwikowski: dworu niema, plebanji niema...
— Ano pewnie, ale w tem sprawiedliwości niema. Powinna była ostać wieś i moja osada, a tak, to dwóch żebraków mniej czy więcej — bajki!
— To myślicie na żebry iść?
— No, a co? Nie będę przecie z chłopami trupów obdzierał, albo końskie padło łupił. Te chamy zbogacieją z wojny.
— Zbogacieją i ci, co na żebry pójdą. Świat wielki i ludzie dla jęczącej niedoli czułe serca mają. Zbierzecie grosz, panie Jóźwikowski. Ja wam pierwszą ofiarę dam. Dziewczyniny wasze we dworze ostawcie. Dzieci niech nie żebrzą. No, naprężcie plecy, we dwóch dźwigniemy ten bel.
Wynieśli na cmentarz ułamek belki i odsapnęli chwilę. Dziedzic zapalił papierosa, Jóźwikowski patrzył na daleką łunę.
— Psie krwie, cholera! — warczał. — Pana też na glanc zniszczyli. Teraz panu żal, że pan parcelacji nie chciał dwa lata temu.
— Nie żal. Dla chłopców dobra szkoła będzie. Na żebry mi nie wolno iść, zostać musimy, niech głowę łamią, jak wytrwać.
Na drodze zatrzymał się furgon. Panicze wyładowali zeń taczki i szpadle, w ciemności zapiszczał kobiecy głos.
— Tatusiu, przywieźliśmy chleba i herbaty dla księży i tych, co tu robią.
Zamigotała latarnia, parę postaci wynurzyło się z mroku, panicze zmieszali się z pracującymi, panienka rozstawiła w kruchcie kosze i dzbany. Zaczęła się ożywiona gawęda przy posiłku.
— A co! — huczał kanonik — za parę godzin kościół będzie uprzątnięty i rano odprawimy jutrznię. Siła w nas jest? co?
— Mamusia wszystkich prosi do dworu na posiłek. Już trzy kotły rozkarmiliśmy i znowu warzą. Dzieci śpią, kobiety rajcują. Taki u nas tłok, jak na odpuście. — I śmiała się. A ten śmiech jakby zarazą przeszedł po znękanym tłumie. Zawtórował basem kanonik:
— Jeszcze na złość Szwabom radosną Jutrznię odprawię. Bo to tylko uważcie, ludzie, co to za dobra rzecz, ta wojenka kochana. Pan Jóźwikowski dzwonnikiem jest, panicze gnój taczkują, dziedzic ochronę ufundował, panienka kartofle obiera, dziedziczka w kotle warzy, chłopcy po polu szwabskie szkapy łapią, baby z sąsiadkami się nie swarzą, chłopaki i w nocy bydła po haszczach pilnują. A wszyscy pospołem — wiecie, co my zrobimy?
— Odbudujemy wszystko na nowo! — rzekł dziedzic.
— Amen! — potwierdził kanonik.
— Oj, ciężko, oj krwawo! — zajęczał jakiś głos — ni szmaty, ni statku, ni bydlęcia, ni węgla!
— Ale nas siła! — bąknął Jóźwikowski.
— To pan już nie idzie na żebry? — zaśmiał się dziedzic.
— Co? Za dziada miał być pan Jóźwikowski!? — krzyknął kanonik. — Nie pozwolimy. Żywej duszy nie uwolnimy z Jawornicy. Każda głowa potrzebna do rady, każda para rąk do roboty. Nie trza do Hameryki iść, ani do Szwaba wolno. Tu, tu — nogą w ziemię tupnął! — tu trzeba wszystkim być.
Jakiś głos z tłumu się odezwał, silny głos młodego chłopa: — Porównał Pan Bóg góry z dołami. Że będzie równiusieńko!
— A tak, — śmiał się kanonik. — Wstyd powiedzieć, ale trzeba powietrza, głodu, ognia i wojny, żeby swarliwe nasze gęby pozawierać i hultajskie ręce do roboty zmusić. Kochana wojenka, zacne Szwaby! No, ludzie kochani, kończmy! Jak dom Boży oprzątniem, poradzimy o jutrze znojnem. A kto tam bieży?
Przez wyłom parkanu wypełzł cień drobny i nieufnie przystanął. Słychać było, że dyszał ze zmęczenia. Na głos księdza przyskoczył.
— To ja, Franek. Czy Miemcy już poszli?
— A ty gdzieś był?
— Z krowami w las uciekliśwa. Ja i Józek.
— A ileście uratowali?
— Kanonickie trzy i Kacprów i Błażejów i młynarską, i Karasków jałoszkę. Gonili nas Miemce i strzelali, aleśmy w haszcze zapadli i do tej pory przeleżeli. Józek nogę wykręcił na wykrocie, to mnie posłał, coby się do wsi dowiedzieć.
— Naści chleba i sera, zjedz i wracaj. Pójdzie z tobą mój młodszy i Stacho Karasek, to Józka we dwóch do dworu przyniosą, tam mu nogę naciągną. A ty rankiem krowy bliżej dworu podpędź, to je kobiety podoją, dzieci mlekiem pokarmią, a potem znowu je w las chowaj. Paszy im tam dostarczymy ukradkiem. — Dziedzic tak skomenderował, i młodszy panicz nie śmiał się odezwać z protestem, że jak żyje, w taką ćmę i porę po lesie nie chadzał. Obejrzał się na Stacha Karaska i poszli, a dziedzic dodał: — Jeśli ta nawała resztek mi nie rozgrabi, to paszy dla tych kilku sztuk przez zimę starczy. Ochronka będzie miała mleko! — zaśmiał się do kanonika.
— Mówię wam: kochana wojenka, zacne Szwaby. Nie będą dworscy wsiowego bydła fantować, jeszcze je wyżywią. A Jawornica jak była tak i będzie.
Ludzie się wzięli znowu do uprzątania rumowisk. Jakiś prąd mocy powiał po duszach, chrobotały zajadle łopaty, szparko toczyły się taczki i śmielszy szedł rozhowor.
— Kartofle tom tak zakopał, że i djabeł nie odnajdzie. Trochę szmat też kobieta ukryła.
— Za podwody czasem dostaje się kolbą po grzbiecie, ale czasem można i zarobić.
— Zostawili u Szopów trzy konie, jak smoki poranione, kalekie, za darmo. Jeden ostanie, wart brat bratu trzysta.
— Za karabiny płacą po sześć rubli. Jak się uda, to i tuzin można znaleźć.
— Do roboty przy fortach, dobrze płacą.
Słyszał te mowy i kanonik, i dziedzic i Jóźwikowski, słyszeli i te cichsze szepty o trupach, o grzebaniu, o butach, o złotych markach... Milczeli, unikali się oczyma.
Nagle dziedzic spojrzał mocno w oczy Jóźwikowskiego i rzekł z cicha a dobitnie:
— Słyszy pan ich?
— Słyszę.
— No?
— Co robić. Odarci, obdzierają.
— Pójdziesz pan z nimi?
Jóźwikowski głową potrząsnął.
— Ani ja. Uważa pan, dlategośmy też dla Jawornicy potrzebni. Rozumiesz pan?
— No przecie.
Wzięli się znowu do roboty. Po posadzce kościelnej chrobotały już miotły, stał dom Boży pusty, zniszczony, ale czysty już, i kanonik z wikarym rozglądali się, jak gospodarze, radząc, od czego naprawę zacząć.
— Skończone! — zawołał dziedzic.
— Ho, ho, ho — zaprotestował kanonik. — Stajnię uprzątnęliście, a teraz dom Boży trza odbudować. Powiedzieliście: Jawornica będzie Jawornicą. Pan Jezus słyszał i czeka też na wasze głowy i ręce.
— No, chodźmy na radę do dworu.
Gromadka ludzi ruszyła ulicą wiejską. Na widok szkieletów osad zmilkli znowu. Przytłoczył ich ogrom klęski, ogrom pracy.
Wkroczyli w obejście dworu, mijali pogorzel folwarku, zwały wysady i parkanów, zabłysło światło w oknach domu i weszli w sień, pełną ludzi zbiegłych. Z bocznych pokoi rozległ się jęk rannych. Zrobiono miejsce nowoprzybyłym, podano im misy jadła. Skupili się do księży i dziedzica starsi gospodarze, uczyniła się pierwsza rada.
Jóźwikowski rozglądał się i milczał. Pierwszy raz był we dworze i czuł w sobie wielkie zażenowanie. Zdało mu się, że każdy pamięta wszystko, co przez dziesięć lat przeciw tym panom wygadywał. Głodny był i zmęczony, ale nie sięgnął do jadła, ani się do rozmowy nie mieszał.
Drgnął, gdy poczuł na ramieniu ciężką dłoń dziedzica.
— Dobrze? Pojedziesz pan?
— Gdzie? Poco?
— To pan zasnął. Radzimy, żeby kto do miasta ruszył furgonem po sól, naftę, kaszę i co tam się znajdzie. Sto rubli daję i koniec. Bierzcie się do roboty.
— Owszem, jadę.
— Przedewszystkiem zjedz pan i spocznij do rana.
— Ranek już tuż! — rzekł kanonik, wstając.
Wyszli przed dom. Ciemność już ustępowała i łuny pożarów gasły. W szarości jesieni leniwie, gdzieś, niewidzialne w chmurach i dymie wstawało słońce. Jedna ciężka noc minęła. Ci, co ją spędzili bez snu, stanęli teraz, i patrzeli jakby zdrętwiali na ruinę: kanonik, dziedzic, Jóźwikowski, kilkunastu starych gospodarzy. Przed oczami występowała ich Jawornica, jak jedna rana na ziemi ciele.
— Od czego począć? — odezwał się stękliwie jeden ze starych chłopów.
A wtem ciężkie powietrze rozdarł dźwięk i przewalił się głucho po ziemi.
— Dziad na jutrznię dzwoni! — ruszył się iść kanonik. — Mówiłem wam, że będzie radosna jutrznia.
— Owa — radosna! Dobrodziej se szydzi z biedy.
— Mówię prawdę. Nie radosna, kiedy nas taka siła i zgodnych? Nie słyszycie, jak dzwon gada: som my — som my!
— To pójdźwa. Była Jawornica, to i będzie. Juści nie ten będzie, co popsuł, ino ten, co zbuduje. Idziewa!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.