Czterech małych Mystkowskich

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Czterech małych Mystkowskich
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


CZTERECH MAŁYCH MYSTKOWSKICH


Najstarszy miał imię Romuald, na pamiątkę Traugutta, pod którym dziad ich walczył i padł pod Horkami, drugi był Tadeusz, jak Naczelnik Kościuszko, z tejże ziemi pochodzący, trzeciego nazwano Jackiem, jak dziad, a ostatni co się przed samą wielką wojną urodził, miał za patrona królewicza Kazimierza.
Porodzili się wszyscy w Borkach, mająteczku rodzinnym, w dworku starym, drewnianym, strzechą krytym i wychowali się zdrowo i cało wśród swoich zbóż, łąk, olszowych zarośli i piachów, na których stał wiatrak, patrzący z pogardą na torfowe bagno, stanowiące część ich posiadłości. Reszta ziemi była urodzajna, uprawna i otaczała wieńcem zbóż dworek, cały w sadku owocowym ukryty.
Mystkowski, ojciec, cały trud swego życia włożył w zachowanie Borek, które otrzymał w posagu za żonę, gdyż ich rodzinne Mystkowice skonfiskował rząd rosyjski, za udział Jacka w powstaniu. Borykał się Mystkowski ze spłatą rodzeństwa żony, z długami na to zaciągniętemi, z tysiącem spraw granicznych, bo połowa Borek była szachownicą w kilkudziesięciu morgowych niwkach, z klęskami żywiołowemi, z ciężkiemi przednówkami, z gradem lub suszą, wogóle ze wszystkiemi utrapieniami posiadacza ziemi. Aby temu podołać, osadził żonę w dworku, sam brał się do każdej pracy. Był posługaczem w sklepie, dozorcą drogowym, subjektem w składzie nafty, a wreszcie otrzymał podrzędną posadę, jako Polak, w marszałkowskiej kancelarji. Przed samą wielką wojną dobrnął kresu swych trudów i z triumfem oznajmił znajomym, że na Borkach nie miał już grosza długów.
Ale wtedy przyszła kwestja nauki dla chłopców, więc oddał Borki w dzierżawę, a Mystkowska z dziećmi osiadła w miasteczku, gdzie dwóch starszych oddano do gimnazjum, a trzeciego uczono w domu.
W 1915 roku, gdy powódź niemiecka zalała Polskę i sięgała Kresów, instytucje rządowe zaczęły w panice wycofywać się do Rosji, wywożąc swe dobro i urzędników. Mystkowski otrzymał rozkaz ewakuacji, ledwie zdążył zagarnąć żonę i dzieci, i wraz z archiwum marszałkowskiem zawleczono ich do Kostromy. Było to tak nagłe i niespodziewane, że zanim się opamiętali, między niemi a krajem stanęła żelazna granica wojny.
Zaczęła się męczeńska dola wygnańcza. Przeżyli jednak wszyscy sześcioro upadek caratu, bolszewizm, Denikina, Kołczaka, triumf zupełny sowietów, wszystkie nędze i niedole, które ze wszystkich Bożych stworzeń — człowiek tylko potrafi bliźnim uczynić — i znieść — i odarci ze wszystkiego i stępiali na wszystko — znaleźli się stłoczeni, jak bydło w wagonach plugawych — w powrotnej drodze do kraju.
Wędrówka ta piekielna zaczęła się jesienią, i trwała miesiące. Bywały tygodniowe postoje na jakichś zrujnowanych stacjach — posuwanie się o wiorst parę i cofanie zpowrotem znowu na tygodniowe postoje.
Wszelkie choroby opadły nieszczęśników i wreszcie, około Bożego Narodzenia, Mystkowska pierwsza zapadła na tyfus. Zabrano ją do szpitala konającą — mąż i dzieci chcieli też przy niej zostać, ale ich wpędzono zpowrotem do kloaki, zwanej wagonem, i pociąg ruszył.
Wszyscy dostali tyfusu. Romek najstarszy pamiętał jeszcze, że leżąc przy ojcu, odczuł jego chłód i twardość ciała, a potem pustkę, gdy wyrzucono trupa na plant, a wreszcie nic nie wiedział i nie czuł, aż się ocknął na podłodze szpitalnej, w jakiemś rosyjskiem mieście.
Po pewnym czasie, gdy mu wróciła pamięć i trochę sił — odnalazł braci. Żyli i wyżyli wszyscy czterej i doczekali wiosny. Wtedy, za radą jakiegoś towarzysza szpitalnego, postanowili uciec i pieszo iść do kraju.
Tamten chłop z Mińszczyzny, który stracił w tej drodze całą rodzinę, ulitował się nad sierotami, a że miał siły i instynkt pierwotnego człowieka, stał się ich zbawcą. Wykradli się łatwo, bo nędzarzy nikt nie pilnował, ani miał kto interesu w ich obdarciu z łachmanów, i ruszyli razem nocą, a potem i dniem na zachód.
Powolna, ciężka to była wędrówka o głodzie i chłodzie, z nogami w ranach, z odpoczynkami po leśnych wykrotach, o żebranym, rzadkim posiłku. Małego Kazika, na zmianę nieśli starsi, a chłop drogę wynajdywał, z ludźmi się porozumiewał, gdy się udało kradł, co się zdawało jadalnem.
I tak ciągnąc, nabierali jednak sił. Krzepiło ich słońce, ciepło, a nadewszystko nadzieja dotarcia do kraju. Gdy przyszło lato, zaczęli się wynajmować do robót rolnych, skosztowali chleba, prawdziwego chleba, przybywało mocy, bo w lesie były jaja po gniazdach, jagody, grzyby i wreszcie w sierpniu dotarli polskiej granicy. Gdy w nocy przebrnęli rzeczkę, chłop stanął i przeżegnał się kilkakrotnie.
— Już my u siebie! — rzekł.
Chłopcy uklękli i ucałowali ziemię, a potem Romek chlipiąc i zająkając odmówił pacierz.
— A gdzie nasze Borki? — spytał mały Kazik, który dworek rodzinny znał tylko z opowieści starszych.
— Już niedaleko! — pocieszali go.
Reszta drogi wydała im się zabawką. Na pierwszym punkcie granicznym żołnierze nakarmili ich i nieco odziali i tam się rozstali z opiekunem-chłopem. Jego droga do domu szła ku północy, ich ku południowi. Zostali sami na trakcie i gnali ile sił do Borek. Na spoczynkach, po wsiach, po dworach opowiadali:
— To nasz folwark, koło Grabinki, pod Brześciem. Rodzice pomarli w drodze. My piechotą idziemy od Wielkiejnocy, do siebie, do domu. Czy jeszcze daleko do Grabinki? Kierowano ich w stronę Brześcia i szli, szli. Gdy mały Kazik ustawał, brał go Romek na plecy i krzepił płaczącego:
— Cicho, Kazik, cicho. Zaraz dojdziemy do domu. Pan Zaręba, nasz dzierżawca, nas przyjmie, ugości. Gruszki są dojrzałe, takie złote bery przy lodowni, co jakbyś konfitury jadł. I krowy są — napijemy się mleka do woli, nagotujemy wielki sagan kartofli, położymy się spać na pachnącem sianie. W naszem sianie jest żubrówka i tak cudnie pachnie. Nie płacz, Kazik, pogoją ci się nogi — pójdziemy zaraz do ciotki Jahołkowskiej, co mieszka o dwie wiorsty w Eljaszowie, i leczy ziołami — i własne sukno wyrabia, i płótna ma pełne skrzynie, a wuj pszczoły hoduje. Pewnie i naszych dogląda. Dostaniemy swego miodu, Kazik!
I Kazik nie płakał, tylko prosił.
— Mów, Romek, mów!
Nareszcie dotarli Grabinki, ale się w niej nawet nie zatrzymali choć wieczór zapadał i deszcz padał. Dwie wiorsty było do Borek, przebyli je kłusem, nie czuli pokaleczonych nóg, ni całodziennego głodu.
Dopadli o zmierzchu. Stał dworek, stały budynki, czernił sad, stała nawet brama, rosły przed domkiem krzewy i stara lipa, świeciło się już w domu. Poskoczyli do drzwi, ale wtem wypadł na nich z ujadaniem pies, a nawet z sieni ukazał się jakiś mężczyzna i krzyknął:
— A kto się włóczy? Wynosić się.
Chłopcy zbili się w gromadkę, i Romek odrzekł.
— My jesteśmy Mystkowscy — do pana Zaręby.
— Niema tu nijakiego pana Zaręby, ino ja, dziedzic. Wynosić się, a to drugiego psa spuszczę.
— Przecie to Borki — nasze Borki. My synowie Kazimierza Mystkowskiego.
— A mnie co do tego czyje wy jesteście dzieci. To moje Borki i szlus! Wynosić się — ostatni raz mówię.
Tu zadźwięczał łańcuch, i na dzieci wypadły dwa psy obce, do piersi przyskoczyły, ze strasznem ujadaniem.
— Włóczęgi, cholera! Ja wam pokażę czyje Borki, — zaryczał mieszkaniec domu, dopędzając z laską podniesioną. Wtedy dziki popłoch i zgroza ogarnęła dzieci i uciekły, szarpane aż za bramę przez psy. Gdy nareszcie znaleźli się sami na drodze, Romek wyjąkał:
— To jakiś warjat, szaleniec. Może w dworku jest szpital dla warjatów. Chodźmy do Eljaszowa, do ciotki.
Jahołkowscy już spali, gdy chłopcy się przywlekli, i długi czas upłynął, zanim posłyszeli stukanie do drzwi. Nareszcie wyszedł Jahołkowski.
— Kto? Czego? Mystkowscy? Jacy Mystkowscy? Skąd? Jak? Chłopcy z Borek? Jezus Marja! Sabino! Zapal lampę. Chłopcy Kazimierza? A gdzie rodzice? Skąd wy? O Jezu ukrzyżowany!
Zerwała się Jahołkowska, dwie córki, wpuszczono chłopców do izby. Tedy młodsi popadali na ziemię i posnęli, jak zgnane śmiertelnie zwierzątka, a Romek, słaniając się na nogach, plótł napół przytomnie:
— My z Borek. Jakiś człowiek psami poszczuł. Ojca wyrzucili z wagonu, matka została, umarła gdzieś w szpitalu. My piechotą przyszli. Mystkowscy, dzieci Kazimierza. My byli już rewidowani sto razy. My Polaki.
Coś plątał, bełkotał, a wreszcie i on osunął się na ziemię i znieruchomiał w letargicznym śnie przemęczenia. Spali czterdzieści godzin, a gdy się ocknęli i zjedli — spali jeszcze dobę — i były to najlepsze ich chwile w tej ojczyźnie, do której wracali piechotą, jak do matki.
Gdy się obudzili do życia, dowiedzieli się, że w ich Borkach nie mieszkał żaden szaleniec, ani bandyta, ale legalny, prawny właściciel, sam pan komisarz ziemski, który ten folwarczek, zajęty pod osadnictwo, sobie zatrzymał i twardo w nim siedział na mocy uchwał sejmowych i praw, świeżo obowiązujących w odrodzonej ojczyźnie.
Chłopcy nie rozumieli i siedząc u ciotki — czekali — bezradni, wycieńczeni i osłupieli. Gdy ich odziano i odkarmiono — zaprowadził ich Jahołkowski do starostwa.
Przyjął go starosta, pan Fagot, i przedewszystkiem spytał, czy zostali zaregestrowani i czy posiadają dokumenty.
— Proszę pana starosty — odparł powolnie Jahołkowski — jak przyszli nie mieli nawet koszuli, więc i kieszeni nie mieli na dokumenty, a że są dzieci Mystkowskiego, to my wszyscy wiemy, boć ich znamy. Pohodowali się w Borkach na naszych oczach.
— A czy są w posiadaniu aktów zgonu rodziców?
— A skądże! Matkę, konającą, wywlekli bolszewicy z wagonu, a trupa ojca wyrzucili z wagonu na plant. Kości ich tam leżą, wołając o prawo dla sierot.
— Z tego punktu nie może być rozważana sprawa w urzędzie. Potrzebujemy papierów, dat i dokumentów. Prekluzyjny termin minął dawno.
— To kiedyż oni odzyszczą swą ziemię?
— Mówię panu, że termin minął. Sejm Rzeczypospolitej, popierając sprawę spolszczenia kresów i chcąc wynagrodzić żołnierzom krew przelaną dla zmartwychwstania Polski, obdarza ich ziemią bezpańską.
— A gdzież pan komisarz rolny tę krew przelewał i dlaczego ta ziemia bezpańska, kiedy oni czterej oto są, co na niej się porodzili i pohodowali.
— Może pan apelować do Urzędu wojewódzkiego i do Głównego urzędu w Warszawie. Tylko, uprzedzam pana, że do odwołania dołączyć trzeba ważne dokumenty. Po pierwsze, plany majątkowe, po drugie, akty zejścia rodziców, po trzecie, zaświadczenie urzędu emigracyjnego, po czwarte...
Tu Jahołkowski chwycił się za głowę i przerwał:
— Proszę pana starosty, szkoda fatygi mówienia. Przepadły u bolszewików plany, i żadnych dokumentów nie dostaniemy. Jestem człowiek pracujący, mam folwarczek, sześćdziesiąt dziesięcin — sam orzę i sieję — mam i swoją rodzinę. To tylko spytałem: jakże wychowam i wykształcę tych czworo sierot. Może pan komisarz rolny, co dostał ich Borki, udzieli funduszu na ich utrzymanie i naukę, bo inaczej co oni ze sobą poczną.
— Może pan złożyć podanie. Zresztą, jak sprawa osadnictwa zostanie sfinansowana — otrzymają zapłatę.
— No, a tymczasem — został im tylko Bóg! — rzekł Jahołkowski, prostując się i głos podnosząc. — Za dawnych czasów mieli ludzie Boskie przykazania i katechizm. A stało tam: nie kradnij i były tam grzechy, wołające o pomstę do Boga. Niechże te sieroty czekają Bożego sądu i prawa.
— Pan się ośmiela w urzędzie głos podnosić, i grozić państwowemu urzędowi. Czy pan wie, czem to panu grozi? — zaperzył się pan Fagot, i pocisnął dzwonek na biurku.
Chłopcy rzucili się do drzwi, mały Kazik zaryczał płaczem, a bojaźliwy z natury Tadzik pociągnął za połę Jahołkowskiego.
— Uciekajmy, ojcze. Komisarz każe nas rozstrzelać.
Wyszli — tedy Romek rzekł:
— Takie starostwo, to jak u bolszewików czerezwyczajka?
— Pleciesz. W Polsce nikogo nie mordują.
— I ten komisarz do żyda niepodobny — zdecydował Jacek, oglądając się jednak, czy ich nie gonią.
Tego dnia wieczorem, chłopcy wykradli się z Eljaszowa i przybiegli do swych Borek. Nie śmieli zbliżyć się do dworku, ale usiedli na górce, gdzie niegdyś stał młyn, a teraz leżało tylko parę głazów.
Chłód był, szarość i deszcz mżył. Zbili się w gromadkę, jak pisklęta sieroce i patrzyli na swe gniazdo stracone.
— To już my nie wrócim do domu nigdy! — zachlipał Jacek. Romek siedział ponury, jakaś dojrzałość przedwczesna patrzała mu z oczu i ściągniętych uparcie ust.
— Słyszeliście. Zabrali nam ziemię i dom! — mruknął.
— To jakże my będziemy żyć, jak uczyć się. U wuja na łasce.
Romek milczał. Młodsi płakali. Przed nimi, z górki widoczny, leżał ich dworek. Światło błyskało w oknach, szczekały psy, skrzypiał żóraw studzienny, ktoś gwizdał w sadzie pełnym dojrzałego owocu, na wygonie parskały pasące się konie.
Na skuloną, deszczem i chłodem przejętą gromadkę dzieci zapadała długa, posępna, jesienna noc.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.