Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tu Jahołkowski chwycił się za głowę i przerwał:
— Proszę pana starosty, szkoda fatygi mówienia. Przepadły u bolszewików plany, i żadnych dokumentów nie dostaniemy. Jestem człowiek pracujący, mam folwarczek, sześćdziesiąt dziesięcin — sam orzę i sieję — mam i swoją rodzinę. To tylko spytałem: jakże wychowam i wykształcę tych czworo sierot. Może pan komisarz rolny, co dostał ich Borki, udzieli funduszu na ich utrzymanie i naukę, bo inaczej co oni ze sobą poczną.
— Może pan złożyć podanie. Zresztą, jak sprawa osadnictwa zostanie sfinansowana — otrzymają zapłatę.
— No, a tymczasem — został im tylko Bóg! — rzekł Jahołkowski, prostując się i głos podnosząc. — Za dawnych czasów mieli ludzie Boskie przykazania i katechizm. A stało tam: nie kradnij i były tam grzechy, wołające o pomstę do Boga. Niechże te sieroty czekają Bożego sądu i prawa.
— Pan się ośmiela w urzędzie głos podnosić, i grozić państwowemu urzędowi. Czy pan wie, czem to panu grozi? — zaperzył się pan Fagot, i pocisnął dzwonek na biurku.
Chłopcy rzucili się do drzwi, mały Kazik zaryczał płaczem, a bojaźliwy z natury Tadzik pociągnął za połę Jahołkowskiego.
— Uciekajmy, ojcze. Komisarz każe nas rozstrzelać.
Wyszli — tedy Romek rzekł: