Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

czeni, jak bydło w wagonach plugawych — w powrotnej drodze do kraju.
Wędrówka ta piekielna zaczęła się jesienią, i trwała miesiące. Bywały tygodniowe postoje na jakichś zrujnowanych stacjach — posuwanie się o wiorst parę i cofanie zpowrotem znowu na tygodniowe postoje.
Wszelkie choroby opadły nieszczęśników i wreszcie, około Bożego Narodzenia, Mystkowska pierwsza zapadła na tyfus. Zabrano ją do szpitala konającą — mąż i dzieci chcieli też przy niej zostać, ale ich wpędzono zpowrotem do kloaki, zwanej wagonem, i pociąg ruszył.
Wszyscy dostali tyfusu. Romek najstarszy pamiętał jeszcze, że leżąc przy ojcu, odczuł jego chłód i twardość ciała, a potem pustkę, gdy wyrzucono trupa na plant, a wreszcie nic nie wiedział i nie czuł, aż się ocknął na podłodze szpitalnej, w jakiemś rosyjskiem mieście.
Po pewnym czasie, gdy mu wróciła pamięć i trochę sił — odnalazł braci. Żyli i wyżyli wszyscy czterej i doczekali wiosny. Wtedy, za radą jakiegoś towarzysza szpitalnego, postanowili uciec i pieszo iść do kraju.
Tamten chłop z Mińszczyzny, który stracił w tej drodze całą rodzinę, ulitował się nad sierotami, a że miał siły i instynkt pierwotnego człowieka, stał się ich zbawcą. Wykradli się łatwo, bo nędzarzy nikt nie pilnował, ani miał kto interesu w ich obdarciu z łachmanów, i ruszyli razem nocą, a potem i dniem na zachód.