Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zerwała się Jahołkowska, dwie córki, wpuszczono chłopców do izby. Tedy młodsi popadali na ziemię i posnęli, jak zgnane śmiertelnie zwierzątka, a Romek, słaniając się na nogach, plótł napół przytomnie:
— My z Borek. Jakiś człowiek psami poszczuł. Ojca wyrzucili z wagonu, matka została, umarła gdzieś w szpitalu. My piechotą przyszli. Mystkowscy, dzieci Kazimierza. My byli już rewidowani sto razy. My Polaki.
Coś plątał, bełkotał, a wreszcie i on osunął się na ziemię i znieruchomiał w letargicznym śnie przemęczenia. Spali czterdzieści godzin, a gdy się ocknęli i zjedli — spali jeszcze dobę — i były to najlepsze ich chwile w tej ojczyźnie, do której wracali piechotą, jak do matki.
Gdy się obudzili do życia, dowiedzieli się, że w ich Borkach nie mieszkał żaden szaleniec, ani bandyta, ale legalny, prawny właściciel, sam pan komisarz ziemski, który ten folwarczek, zajęty pod osadnictwo, sobie zatrzymał i twardo w nim siedział na mocy uchwał sejmowych i praw, świeżo obowiązujących w odrodzonej ojczyźnie.
Chłopcy nie rozumieli i siedząc u ciotki — czekali — bezradni, wycieńczeni i osłupieli. Gdy ich odziano i odkarmiono — zaprowadził ich Jahołkowski do starostwa.
Przyjął go starosta, pan Fagot, i przedewszystkiem spytał, czy zostali zaregestrowani i czy posiadają dokumenty.