§ 4

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł § 4
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


§ 4.


W mieście Żebryniu na Kresach Wschodnich żył, był i ziemię mierzył geometra Suryn.
Posiadał dworek i sad, dziedziczne po przodkach i dokumenty od Bony królowej i króla Stefana, kiedy żebryńskie starostwo było królewszczyzną, a w grodzie rządził gubernator królewski.
Przez czterdzieści lat swej pracy mierniczej Suryn schodził wszystkie ziemie, piachy, błota i lasy swego powiatu, i był każdemu znany, wraz ze swą kałamaszką, koniem, astrolabją i łańcuchem — jako część konieczna i urzędowa żebryńskiej ziemi.
Miał się nieźle. Dwie urodziwe siostry wydał za obywateli, dwoje dzieci wykształcił: córkę na pensji w Warszawie — syna na medycynie. Właściwie domem, ogrodem, dziećmi i rodziną rządziła żona, Mysłowska z domu, a rządziła dobrze, bo energicznie. Suryn, gdy nie mierzył ziemi — sporządzał plany i rzadko kiedy w domowych sprawach głos zabierał.
Wojna europejska znalazła Suryna na stanowisku i nie wytrąciła z duchowej równowagi. Dopóki była władza, sądy i chłopi — ziemię mierzył i plany rysował; przy klęsce rosyjskiej łańcuch zwinął, astrolabję na strychu ukrył i czekał co dalej będzie.
Niemcy zajęli mu dom, ale dzięki lejtnantowi Goritz, który po bliższem poznaniu okazał się Gorycą, Poznańczykiem, zostawili rodzinie dwie izdebki, a świeżo upieczonego doktora Stanisława Suryna zarekwirowali do służby sanitarnej, zresztą zostawili starych w spokoju.
Przez ciąg okupacji bywało głodno i chłodno, ale Suryn w głębi duszy chował Wielką Wiarę w zmartwychwstanie Ojczyzny, a jako z dziada pradziada nawykły do wrażej opresji, znosił cierpliwie utrapienia, ciesząc się, że to będą ostatnie.
Jakoż doczekał się pogromu niemieckiego i spłakał się, raz pierwszy w życiu, na widok ułanów polskich, co zajęli Źebryń.
Nastały rządy polskie. Suryn wydobył swój łańcuch, astrolabję i stanął w gotowości do dalszej pracy. Syn ruszył z ułanami; po córkę zgłosił się lejtnant Goryca, już bez nienawistnego munduru, ale cywilny obywatel i kupiec Poznania.
Odbyło się tedy weselisko i starzy zostali sami, w jednej izdebce, bo dom zajęto cały na rządowe instytucje.
Było coraz głodniej, więc się Suryn zgłosił do starostwa, prosząc o zajęcie.
Ale po przejrzeniu jego papierów i dyplomów, oświadczono, że nie posiada żądanych kwalifikacyj, i żadne jego plany, tak przeszłe jak i przyszłe, urzędowej wartości nie mają. Suryn na razie nie zrozumiał, i wogóle do śmierci nie zrozumiał. Wrócił do domu, parę tygodni przesiedział, jakby osłupiały, a wreszcie, jednego ranka znalazła go żona martwego w pościeli.
Państwo polskie nie poniosło jednak żadnej straty z jego śmiercią, chociaż, przy reformie agrarnej i uchwale osadniczej, bardzo potrzebni byli geometrzy; ale Suryn nie miał kwalifikacji, i kto wie, czy zechciałby pracować przy przymusowem wywłaszczeniu swych krewnych, przyjaciół i znajomych.
Umarł tedy w samą porę, a co przemyślał w milczeniu parotygodniowem przed śmiercią, to zostało między nim a Bogiem.
Wdowa została bez środków do życia, bo za dom nie płacono komornego, więc doktor zjechał i złożywszy broń i mundur, zabrał się do praktyki lekarskiej.
Jakiś czas zostawiono Surynów w spokoju. Ani starosta Fagot, ani jego pomocnicy Hilareńko i Boholubski nie zwracali na nich uwagi, zajęci organizacyjną pracą kraju. Dopiero doktór Puryc doniósł kiedyś do starostwa, że doktór Suryn w restauracji, przy wielu świadkach, nazwał urzędników żebryńskich „fagocytami.“
Na razie możnowładcy starościńscy nie zrozumieli wyrazu i dopiero na wytłumaczenie doktora Puryca, że to ma znaczyć szkodliwa bakterja, poczuli się dotknięci.
Suryn stracił praktykę urzędniczą, o co mało dbał i w każdej urzędowej sprawie był traktowany wykrętnie i wrogo, co mu gorzej dokuczało, ile że z powodu rodziny, powracającej z Rosji, miał tych spraw co niemiara.
Nie znajdując ani sprawiedliwości, ani uznania swych słusznych zażaleń i protestów, rozdroczył się, klął „fagocytów“ coraz otwarciej i został uznany za zupełnie szkodliwego. Wtedy to, nastała na niego policja, żądając okazania paszportu. Nie uznano za wystarczające papierów wojskowych i rozpoczął starania o dokument cywilny, urzędowy. Wydział paszportowy, a raczej „referat,“ prowadził w starostwie pan Pskiet, który karjerę swą urzędniczą rozpoczął jako „manipulant,“ czy „praktykulant“ w Rzeszowie. Dalsze losy i praca pana Pskieta nie są wiadome, i zresztą w tej sprawne obojętne. Na podanie swe doktór Suryn, po długiem czekaniu, otrzymał wezwanie, aby przedstawił dowody przynależności państwowej. Wydało mu się to bardzo prostem i jasnem, więc złożył swą metrykę chrztu z żebryńskiego kościoła i paszport rosyjski ojca, gdzie wraz z matką i siostrą był wpisany, i oczekiwał już tylko wydania legitymacji.
Znowu upłynęło sześć niedziel, albo więcej, aż przyszła odpowiedź-żądanie, by przedstawił świadectwo, że liczy się i jest zapisany do stałych mieszkańców powiatu.
Tego już wcale nie rozumiał i udał się osobiście do pana referenta Pskieta, który mu uroczyście oznajmił, że wedle paragrafu 4 ustawy sejmowej, z roku takiego, miesiąca takiego i dnia takiego, petent o prawo przynależności państwowej obowiązany przedstawić zaświadczenie odnośnej władzy, że jest stałym mieszkańcem danej miejscowości. Pereat mundus, fiat paragraf — było religją pana Pskieta, i doktór Suryn rozpoczął mozolne poszukiwania swej przynależności. Udał się do gminy, ale tam nie był zapisany, udał się do magistratu, ale i tam siebie nie znalazł, aż wreszcie stary pan Okoczyński, przyjaciel ojca, zagadkę mu rozwiązał.
— Jako szlachcic, byłeś zapisany w marszałkowskiej kancelarji, w „dworańskiej opiece.“
— A gdzież są papiery tej „opieki?“
— Marszałek je wywiózł przed Niemcami do Orła. Przecie twój wuj Mysłowski musiał wraz z archiwum wyjeżdżać, i tam przepadł. Dzieci, co u was siedzą, opowiadają, że bolszewicy archiwum spalili!
Poszedł doktór Suryn znów do pana Pskieta. Ale tego nie wzruszyła wiadomość.
— Należy w Orle sporządzić protokół o zniszczeniu dokumentów.
— Jakto? W Orle? U bolszewików? Czy mam się po to tam udać?
— Można załatwić przez ambasadę sowiecką w Warszawie. Bez tego grozi panu dostawienie do granicy. Paragraf 4 przewiduje tę ewentualność — zakończył triumfująco pan Pskiet, „praktykulant“ z Rzeszowa.
— Mówiono mi, że w gminie w podobnych sprawach wystarczy zeznanie dwóch świadków.
— Których urząd uzna za wiarogodnych i dobrze sobie znanych! — dokończył pan Pskiet.
Po kilku dniach do referenta paszportowego wpłynęło zeznanie o przynależności państwowej doktora Stanisława Suryna, podpisane przez dziekana i obywatela Okoczyńskiego. Upłynęło znowu sześć niedziel, albo i więcej, aż przyszła odpowiedź, że świadkowie nie zostali przez referat paszportowy przyjęci. Wtedy Surynowa stara rzekła:
— Adaś Goryca jest przecież posłem w Sejmie. Prośże go, Staśku, o ratunek!
Doktór blady jak ściana z irytacji, trzęsącą ręką napisał depeszę, a potem zapisał sam sobie końską dozę bromu i posłał do apteki. W tydzień potem, do dworku przyjechał z kolei poseł Goryca i, z całą systematycznością wielkopolską, różne sprawy Surynów zbadał. Parę dni po miasteczku chodził, ludzi rozpytywał i notował.
Gdy się wreszcie z doktorem do pana Pskieta wybrał, wziął ze sobą aparat fotograficzny. Przechodząc przez sale i ubikacje starostwa, bez ceremonji ludzi na migawkę brał, zresztą uwag żadnych nikomu nie robił.
Pan Pskiet już wiedział o jego przybyciu i chociaż to był poseł narodowy, a zatem z sejmowej mniejszości, stał się jednak o tyle giętszy, że był prawie „praktykulantem“ z Rzeszowa.
— Czy pan referent zechce mi udzielić wyjaśnienia, dlaczego dziekan katolicki, ksiądz prałat Osiecki, i weteran z 63-go roku, pan Okoczyński, nie zasługują na wiarę urzędu, lub nie są urzędowi znani? — spytał pan poseł.
— To była kancelaryjna pomyłka. Odnośny urzędnik otrzymał już monit, a paszport doktora Suryna jest do odebrania za podpisem w dzienniku.
Pan poseł wyjął aparat fotograficzny i uwiecznił pana referenta Pskieta, a gdy wychodzili ze starostwa, doktór z paszportem w kieszeni, odsapnąwszy z ulgą, jak po zmorze, spytał szwagra:
— Pocoś ich fotografował?
— Zda się, nieprawda! Kiedyś będą w gabinecie figur woskowych. Schreckenskammer w Panopticum — oddział: Kresy Wschodnie. Mam zbiór z różnych stron!
Starania doktora Suryna o przynależność polską w jego rodzinnem mieście, Żebryniu, trwały jedenaście miesięcy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.