Obywatel Kuźma Suprunik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Obywatel Kuźma Suprunik
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


OBYWATEL“ KUŹMA SUPRUNIK


Kuźma Suprunik wrócił z „Rassiei“ w 1919 roku, po dziesięciomiesięcznej peregrynacji przez wielką Sowdepję. Chatę zastał niespaloną, ale w formie szkieletu, bez drzwi, okien, pieca i sufitu. Ale to była dla chłopa bagatela, bo przecie ostał dwór, do którego wnet po ratunek pośpieszył. „Pan“ go z punktu zwymyślał za ucieczkę i opuszczenie swego dobra, na co się Kuźma zgadzał, kajał, klnąc popa i „naczalstwo“, które go do tego namówiło, a wychwalając polską granicę, wojsko, opiekę, której doznał i szczęście, że w „Polszy“ jest jak w raju. „Pan“ jeszcze trochę warczał, ale prędko zmiękł, i choć sam miał dwór rozgrabiony, odarty i pusty — dał Kuźmie parę desek, trochę cegły, suszu na opał, kartofli i bochen czarnego chleba ze swego stołu.
Resztę desek, cegły i drzewa, Kuźma ukradł we dworze nocami, bo miał dwóch chłopców, żonę i dziewkę, było więc komu i kartofli z kopca nadebrać i do rozwalonej stodoły się dobrać i z lasu drzewo ciągnąć w jesienne słoty. Na zimę już miał chatę w porządku, a że przywiózł ze sobą od bolszewików dwie „dachy“, atłasową kołdrę, pięć srebrnych łyżek — i trzy złote pierścionki z brylantami poszeptał z żydami i do wiosny miał już klacz, jałówkę, parę świniaków — wóz, pług i bronę.
Do dworu o pomoc i radę przestał chodzić, bo się dowiedział i przekonał, że choć „czynowniki“ byli „Polaki“, „Pan“ nie miał w „Kaźnie“ żadnego głosu, wpływu i znaczenia — tak, jak i za „carskich“ czasów i dwory miały być skasowane, a ziemia pańska pracującemu narodowi rozdana. Zresztą dwór można było grabić bezkarnie, bo sądów jakby nie było, a jak i kto dał się złapać na kradzieży, toć sędzia był swój, człowiek „ruski,“ a taki życzliwy dla biednego narodu, że czasem sztraf ze swej kieszeni zapłacił, kiedy nie mógł uwolnić od kozy.
Można było żyć w tej „Polszy.“ Przysłali do gminy całe wagony odzieży amerykańskiej, więc choć u Kuźmy były dwie skrzynie pełne, dostał po trzy garnitury na każdego członka rodziny. Nawet na dwoje tych, co w drodze pomarli. Potem zwieziono wagony produktów dla dzieci, więc znowu Kuźma podał swoich pięcioro, boć przecie to były dzieci, choć jeden miał się żenić na Trójcę, a córka miała półrocznego chłopczyka „z drogi“ — no i syto było w chacie: biała mąka, smalec, cukier, kakao, kondensowane mleko, ryż, że się z tego zebrało grosz na wszelkie statki i porządki gospodarskie, i można było kupić wódki dla siebie i dla tych z gminy, co spisy zestawiali i podania pisali. Podania Kuźma wysyłał bezustannie o nasiona, o zboże na chleb, o drzewo na odbudowę, o narzędzia, o straty wojenne, o zapomogi na gospodarstwo — i „Polsza“ nie była głucha na skargi i prośby „obywatela“ Kuźmy.
Przyszły wagony zboża, referat rolny starostwa dostarczał narzędzi i nasion, wyznaczono kontyngenty materjału drzewnego z „pańskich“ lasów — ulicę wsiową zawalił budulec, że Kuźma postanowił syna starszego oddzielić, postawić drugą chatę i stare chlewy sprzedał żydom, a nowe zbudował.
Było z tem dużo roboty, ale się opłaciło. Trzeba było płacić za różne kwity, to zbożem, to sadłem, to wódką — trzeba było bezustannie jeździć od gminy do starostwa, wyczekiwać, skamleć, faktorom fundować, ale przecie zawsze się wskórało — i „czynowniki“ nigdy w mordę nie bili, a mówili mu „pan“, nie „towariszcz,“ co zresztą to samo znaczyło, tylko, że towariszcze często tam, za kradzież stawali pod ścianę, a tutaj nikt się nad „panem“ Kuźmą nie pastwił, a on, chociaż „pan“, zachował swą starodawną politykę: był pokorny, cierpliwy, zawsze zbiedzony, narzekający, żebrzący, kłamiący i kradnący.
Nikomu w niczem nie ufał, nawet pijany nie bywał szczery, nawet w gromadzie się nie zdradził. Jego kum i sąsiad Mikita Oprysiuk, bogaty gospodarz, który do Rosji nie wyjechał, ale rozgrabił co mógł w czasie upadku Rosji i w czasie okupacji Niemcom służył, teraz Kuźmie radził, i niekiedy miewał szyderczy uśmiech:
— Ot „durnij narod“ — mawiał o Polakach, gdy byli z Kuźmą sami, nad butelką wódki, po dobrze załatwionej sprawie w gminie lub starostwie.
A Kuźma oglądał się i odpowiadał:
— Cyt. Ktoś posłyszy!
— To co! Jak i posłyszy, to pomyśli, że o mużyku mówię. To nie Germańcy, co wszystko rozumieli. Te to umieli panować — a te — splunął:
— Wełykij do neba, a durnyj jak treba!
— Daj Boże im panowanie! — kończył Kuźma.
Gdy fala bolszewicka zalała tę Ruś i sięgnęła do Warszawy, Kuźma powitał obojętnie towariszczów. Dobytek swój ukrył w niedostępnych haszczach — sam apatycznie znosił szarwarki, posyłki, rewizje, załogę oberwańców, zbeszczeszczenie cerkwi, słuchał obojętnie „meetingów,“ a jedno go tylko oburzało, że dworskie ziemie zajęto na komunę i zbiory rozdrapało wojsko. Trochę przytem ukradł nocą Kuźma, ale mało co; ze dworu też nie można było ściągnąć, bo zajmował sztab i było za gęsto „krasnej“ armji. Przy odwrocie bolszewickim tyle, że złapał parę koni, nieco patronów i kilka karabinów. Zresztą hołota była sama głodna, bosa, a bogate komunisty zemknęły pierwsze — i nic dobra ta wojna Kuźmie nie dała. Powrót Polaków dał znowu pole do skarg, prośb, szacunku strat i podań o zapomogi.
Narazie wszystko było po dawnemu. Kuźma otrzymał zboża na siew i chleb, komitet ratunkowy dał mu kaszy, sadła, konie bolszewickie, zanim o nie spytano, sprzedał. — Mikitę wybrano na wójta, a on został członkiem Rady gminnej. Ujrzał też na ścianie w gminie obwieszczenie, że folwark dworski, najbliżej wsi leżący, został przejęty na własność Państwa.
Cała Rada Gminna słyszała, jak sekretarz to czytał i chciwe oczy pożerały nieznane zgłoski.
— Ale to nie pisze, że na „komunę“ — jak w Rosji — spytał nieufnie jeden.
— Nie, do podziału między roboczy naród — tłumaczył sekretarz Bielajew, dawny urjadnik.
— Ale pewnie drogo każą płacić?
— Nie. Za darmo.
Chłopi kiwali głowami i zaczęli rachować, ile na każdego wypadnie i orzekli, że na początek to będzie mało, ale pewnie później i resztę dworu oddadzą.
— Trzeba pisać podanie, że mało, — rzekł Kuźma do Mikity, gdy się znaleźli sami z butelką wódki. A Mikita się śmiał:
— Ot „durny naród.“ Polaki Polakowi zabierają ziemię, żeby mużyk miał.
Ale to była ostatnia radość Kuźmy i kres nadzwyczajnych pomyślności. Przyszły utrapienia. Kiedy na rozkaz wydania broni — nikt nie oddał, zaczęto robić rewizje po wsiach. Karabinów wprawdzie nie znaleziono, ale zabrano u Kuźmy kożuch, dwa płaszcze, płótno z namiotu i przytem przepadło sporo słoniny i płótna domowej roboty.
Potem na gminę naznaczono podatki i stójkę. Rada Gminna, co mogła nakładała na dziesięciny, aby dwór płacił. Ale zawsze i Kuźma musiał cośkolwiek dać — a on przecie dotąd tylko brał. Zaczęto szemrać. Wtedy zbliżył się Kuźma do popa, ojca Wsiewołoda, który przy najściu bolszewickim przemycił się przy taborach i osiadł w probostwie. Ojciec Wsiewołod się cieszył, że lada moment car wróci, bolszewików zgnębi — i cały kraj pod swą władzę zagarnie — a Polaków przepędzi do „Austrji,“ skąd przyszli na utrapienie „ruskiego naroda.“
Trzeba tylko trochę pocierpieć, broń i patrony chować — aby, gdy car manifest wyda, Polaków gnać i ziemię zabierać. Wprawdzie sędzia Gołubjew, który bywał często u popa, dowodził, że na cara nie trzeba czekać, tylko samym Polaków wypędzić i ogłosić własną respublikę. Ale Kuźma do czynów orężnych nie miał ochoty i wolał mieć „kaznę carską,“ a nie mużycką, bo chował w duszy stare przysłowie: nie daj, Boże, pana z Iwana.
Ferment tymczasem rósł, bo oto pewnego dnia, na dworski folwark, zjechała banda Polaków, napół po żołniersku ubranych z geometrą, i chłopi dowiedzieli się, że to są osadnicy na „ich“ ziemię. Wogóle byli to wcale inni Polacy — jak ci starzy, od wieków osiadli po dworach „pany,“ z któremi Kuźma umiał sobie poradzić i od których mógł skorzystać. Przybysze mieli mowę niezrozumiałą i pięści skore do bitki. Wnet to odczuł Kuźma, gdy, wedle starożytnego obyczaju, wypędził nocą konie na, niegdyś dworską, łąkę. Przekonał się, że są Polacy, co bardzo mocno w mordę potrafią zajechać i mają sen lżejszy od dworskich stróżów.
Pozatem trapiła Kuźmę i jego synów złość i zawiść do „Amerykanów.“ Wieś zarzucona była dolarami, które rodzinom przesyłali przedwojenni emigranci do Stanów Zjednoczonych, a Kuźma nikogo tam nie miał i tylko patrzał, jak sąsiedzi kupowali za dolary konie i krowy, a pozatem jedli kiełbasę i pili konjak do bezpamięci. Patrzał Kuźma, spluwał i wzdychał, a synowie zaczęli się z inną młodzieżą zmawiać, nocami znikać i jakiś sposób na zdobycie dolarów obmyślać. Jakoż zimą, na gościńcu ograbiono raz i drugi fury żydowskie, a wreszcie, przy trzecim napadzie, poraniono parę osób. Żydzi musieli zapewne wysłać skargę od mniejszości narodowych do Ligi Narodów, bo administracja wdała się w tę sprawę, zjechali urzędowi i tajni policjanci — a najgorsze, że przywieźli z sobą psa, który nie dał się ani oszukać, ani przekupić, i doprowadził do obory Kuźmy, gdzie znaleziono w gnoju skrzynkę likierów, a za żłobem, w skrytce Trochima okaleczonego w rękę z rewolweru, przez jednego z napadniętych.
Próżno Kuźma poprzysiągł, że o niczem nie wie, syna klął i czortu oddawał, a potem do nóg padał i błagał, a wreszcie obiecywał wykupić za jaką zechcą sumę — wzięto Trochima. Miano go podobno nawet rozstrzelać, ale poszło w odwłokę, aż Trochim z więzienia umknął i słuch o nim zaginął. Ale Kuźma wiedział, że syn już był bezpieczny w Bolszewji, i że miał się dostać do Ameryki.
— Da Bóg na przyszły rok — i my będziemy mieć dolary! — mawiał poufnie do drugiego syna.
W takim nastroju nadeszły wybory do Sejmu. Zrazu Kuźma ani rozumiał, ani dbał o co to chodzi, ale ojciec Wsiewołod, sędzia Golubjew, adwokat Safir i Guryn, właściciel futoru i dawny nastawnik wyłożyli mu dokumentnie, że jeśli chce pozbyć się Polaków, dostać ziemię i nie płacić podatków, powinien wziąć u nich kartkę i w oznaczony dzień — złożyć do skrzynki w gminie. Mówili to samo różni przejezdni na meetingach, ostrzegając przed innemi kartkami, które powrócą pańszczyznę.
Kuźma kartkę wziął, a gdy go wezwano do spełnienia obywatelskiego obowiązku, stawił się w gminie i głos swój starannie oddał — i już tylko oczekiwał spełnienia obietnic.
Aliści nic się nie spełniło. Osadnicy pobudowali się na folwarku, „pan“ siedział we dworze, podatki rosły, zapomóg nie ma, wódka coraz droższa.
Kiedyś, na jarmarku jakiś „pan“ w okularach wylazł na wóz i począł prawić po rosyjsku: że rząd naród oszukuje i ciemięży, że, pomimo reformy rolnej, ludność robocza nie dostała ziemi — przeto powinni stwierdzić swą wolność „grażdańską“ i niezadowolenie z krzywdy, która im się dzieje — powinni podatków nie płacić, rekruta do pańskiej armji nie dawać, a po zbiorach „ czerwonego koguta“ puścić na dwory i osady, to się w ten sposób pozbędą i dawnych i nowych Polaków.
Kuźma słuchał i dziwił się.
— Otóż naczalstwo i policja — i nic mu nie robią! — szepnął do kuma Mikity, wójta.
— Toć „deputat“ nietykalny. Onże w Warszawie tak samo w polskiej dumie gada, i bierze za to sto miljonów miesięcznie od Polszy! Onże nasz deputat!
Kuźma pokiwał głową i rzekł z cicha:
— Żeby tu jeden carski uradnik.
— Albo Germaniec z pytką! — odparł równie cicho Mikita i zakończył:
— Wełyka Polsza do neba, a durnaja jak treba.
I to jest głęboko przemyślane i doświadczeniem stwierdzone zdanie obywatela polskiego, Kuźmy Suprunika.
Dotychczas mało jeszcze i zrzadka próbuje sposobów „deputata,“ ale czeka na sposobność, żeby to uczynić bez ryzyka i dokumentnie, gdy mu ze wschodu przyślą manifest. Tymczasem korzysta, że Polsza jest „durnaja“ jak jemu „treba.“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.