Przekroczenie obowiązujących ustaw

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Przekroczenie obowiązujących ustaw
Pochodzenie Róże panny Róży
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1938
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


PRZEKROCZENIE OBOWIĄZUJĄCYCH USTAW


Pan Pyczek, komendant posterunku policji w gminie Glinowskiej, powiatu Źebryńskiego, wybierał się na wieczorynkę do wdowy po nastawniku Borysowiczu, do której konkurował od dłuższego czasu, patrząc miłośnie na jej wdzięki obfite i również obfite gospodarstwo. Tego wieczoru miała być biesiada ze świeżą kiełbasą — w sam raz okazja do oświadczyn i zaręczyn.
Właśnie gdy dopucowywał buty, wpadła do posterunku baba z jękiem i zawodzeniem, jakby po morderstwie najmilszego dziecka.
— Zabił, zabił mnie. Ratujte, pane, ratujte. Sadło wziął z komory, ludzie widzieli. Ja do niego żeby oddał a on do mnie z „mlonem“ — i zabił, czysto zabił. Och, ja nieszczęsna sierota, wdowa!
— Kto taki?
— Tenże złodziej, hycel, kandalszczyk! Żeby go nagła śmierć, żeby go ślepego rodzili, żeby...
— Milczeć! Kto taki?
— Łomaka Sydor.
— Co łżesz babo; Łomaka najbogatszy gospodarz, członek rady powiatowej! Idź do djabła!
— Pane, ratujte! Ludzie widzieli, świadki są. Zabrał sadło — w oborze zakopał. Widział Semen i Iwan i Mokrenia!
Wśród jęku i krzyku, baba wydobyła z fartucha szmat płótna i butelkę — umieściła u nóg komendanta i runąwszy na ziemię, wyła.
Pan Pyczek się śpieszył, zresztą był energiczny, więc krzyknął na podkomendnego:
— Panie Łysek — dajno mi tu pan Łomakę Sydora.
Skoczył policjant — i nie upłynęło kwadransa, wrócił z Sydorem Łomaką.
— Ukradłeś sadło u tej baby?
— Żebym jutro na „pokuci“ wyciągnięty leżał, tak się klnę, że ta jędza bresze jak pies — zaczął obrażony członek sejmiku ziemi Żebryńskiej.
Pomyślał chwilę pan komendant Pyczek. Wedle obowiązujących ustaw należało spisać protokół i zarządzić rewizję, ale pan Pyczek się śpieszył do wdowy, i te wszystkie ceregiele zepsułyby mu wieczór, biesiadę i oświadczyny.
Więc nagle krzyknął do podkomendnego:
— Wyprowadź pan babę na drogę — i nie wracaj, aż wyjdzie Łomaka.
Policjant uśmiechnął się z porozumieniem, porwał babę za kark i zniknął. Na posterunku został pan Pyczek i członek sejmiku, i zabawili tak we dwóch nie dłużej, jak dziesięć minut. Potem ukazał się Łomaka, jakby wystrzelony z armaty — za nim but pana Pyczka, i rozległ się jego głos, trochę zdyszany:
— Panie Łysek — idź pan z nim, odbierz sadło, oddaj babie i szlus!
Co powiedziawszy, pan Pyczek odmaszerował do wdowy.
Sprawa obleciała wieś jak płomień, wzbudzając w chłopach szacunek i cześć dla polskiej policji.
— Bacz! Sprawny! — w trzy migi prawdy doszedł i złodzieja nakarał, jakby Germaniec!
Ale do Semena Łomaki, który w złym humorze wylegiwał się na piecu, wstąpił sołtys Rekacz, chłop bywały i pyskaty, urobiony przez kandydata na posła, adwokata Safira.
— Co to, kumie! Obraził cię policman?
— Cholera na niego! — burknął Łomaka. — Kości nie czuję.
— To nie prawne! To gwałt nad wolnym obywatelem, nad roboczym człowiekiem. Ty mu tego nie daruj! Ty czynownik, deputat! Ciebie nie wolno tknąć. Jest sąd, prawo! Ty skargę zanieś do starostwa. Jego za to ze służby wyrzucą.
— Co powiem? Sadło było w chlewie!
— A nie mógł ci go kto przez złość podrzucić? A zresztą, jakby i znaleźli — powinni byli mnie oddać na przechowanie, aż sąd będzie! Załóż kobyłę i jedź do starostwa.
— Chyba piechotą pójdę, bo siedzieć nie mogę.
— A gadaj z góry! Na całą gminę obraza, w osobie deputata. Jak takie będą gwałty, to nikt respublice służyć nie zechce, bo żaden urzędnik nie będzie bezpieczny od samowoli policji. Im wolno tylko protokół spisać — więcej nic!
Łomaka nabrał ducha i rezonu! Posłał chłopca po wódkę — i cały wieczór uczył go Rekacz, co i jak mówić powinien.
O świcie z gęstą miną ruszył do starostwa. Gdy był już w obrębie grodu Żebrynia chód jego lekki i szybki stał się powolnym, postawa zgarbiona, a gdy stanął w poczekalni pana i władcy powiatu, wyglądał jak człowiek nad grobem stojący. Jego głuche stękanie i dyskretne jęki wzruszyły woźnego, który rozpytał o sprawę, zameldował i natychmiast przed oblicze starosty dopuścił.
— Czem mogę panu służyć? — spytał, ze zwykłą swą uprzejmością pan Fagot, starosta.
Był suspendowanym księdzem z Galicji, i zachował z dawnego swego fachu dobroć i giętkość.
— Jaśnie wielmożny panie — zaczął Łomaka.
— Bez tytułów — jesteśmy równymi obywatelami Rzeczypospolitej — a ja na usługi każdego. Jak pana godne nazwisko?
— Ja, Łomaka z Glinnej, członek rady powiatowej. Przychodzę szukać sprawiedliwości.
— Bardzo mi przyjemnie. Przypominam sobie pana z posiedzeń sejmiku. Jakaż sprawa?
— A to o te sadło. Baba Serhuty doniosła na mnie do policji, że ja jej sadło wziął. To policja, zamiast spisać protokół... — tu się zaciął Łomaka, bo nauczonego zdania zapomniał.
— Uwierzyła w takie obelżywe posądzenie i zrobiła bezprawnie rewizję w mieszkaniu wolnego obywatela! — podpowiedział pan starosta.
— Rewizji ja nie dał robić, bo sadło co baba podrzuciła sam oddał — ale ten komendant przestąpienie na mnie uczynił.
— Przestąpienie obowiązujących ustaw! — podpowiedział pan starosta. — Czy mam rozumieć, że podniósł rękę na godność pana obywatelską?
— Na godność to nie, i nie rękę a gorzej, bo wziął pytkę i ot — niech jaśnie pan starosta sam zobaczy.
Tu Łomaka uczynił zwrot swą osobą, wyprowadził z porządku zwykłego garderobę — i przedstawił władcy powiatu swoje corpus delicti nadużycia policji.
Okrzyk zgrozy wydarł się z ust starosty i ze współczucia i żalu zasłonił oczy i zarazem nos — i wielkim głosem zakrzyczał:
— Pana referenta szpitalnictwa, pana referenta sanitarnego, pana komendanta policji!
Szczęściem wszyscy wpadli w tejże chwili, bo byli właśnie w starostwie, a za nimi wpadły też dwie panny maszynistki, ale ujrzawszy przestępstwo policji, wrzasnęły i uciekły bliskie zemdlenia.
— Panie referencie szpitalnictwa, tego umęczonego obywatela odwieźć memi końmi do szpitala i wykąpać, panie referencie sanitarny — proszę o natychmiastowy protokół lekarski, a pan, panie komendancie policji, uczyni pan natychmiast sąd nad podległym sobie funkcjonarjuszem, który w ten barbarzyński sposób wykracza przeciw obowiązującym przepisom, i ośmiela się podnieść dłoń na godność członka rady powiatowej.
Rzucili się wszyscy okazać swe współczucie ofierze. Referent szpitalnictwa pomógł mu w doprowadzeniu do porządku garderoby, referent sanitarny otworzył okno w biurze, a komendant policji wyjął notatnik z kieszeni i zapisał nazwisko kata godności Łomaki.
Pan starosta osobiście przeprowadził męczennika aż za próg biura, a maszynistki założyły świeży papier na maszyny i, drżące ze wzruszenia, czekały na dyktando piorunującego cyrkularza. Tylko komendant policji był niewzruszony, i patrząc za powozem, uwożącym Łomakę do szpitala, zamruczał po rosyjsku, bo był oficerem z armji Judenicza i zakamieniałym monarchistą:
— Chachłacka gadost‘! Mierzawiec! Najlepszego policjanta stracę!
I oto był powód, dla którego rozchwiały się jak dym zamiary matrymonjalne pana Pyczka, a wdowa po uriadniku — wyszła zamąż za pana Łyska, jego podkomendnego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.