Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wśród jęku i krzyku, baba wydobyła z fartucha szmat płótna i butelkę — umieściła u nóg komendanta i runąwszy na ziemię, wyła.
Pan Pyczek się śpieszył, zresztą był energiczny, więc krzyknął na podkomendnego:
— Panie Łysek — dajno mi tu pan Łomakę Sydora.
Skoczył policjant — i nie upłynęło kwadransa, wrócił z Sydorem Łomaką.
— Ukradłeś sadło u tej baby?
— Żebym jutro na „pokuci“ wyciągnięty leżał, tak się klnę, że ta jędza bresze jak pies — zaczął obrażony członek sejmiku ziemi Żebryńskiej.
Pomyślał chwilę pan komendant Pyczek. Wedle obowiązujących ustaw należało spisać protokół i zarządzić rewizję, ale pan Pyczek się śpieszył do wdowy, i te wszystkie ceregiele zepsułyby mu wieczór, biesiadę i oświadczyny.
Więc nagle krzyknął do podkomendnego:
— Wyprowadź pan babę na drogę — i nie wracaj, aż wyjdzie Łomaka.
Policjant uśmiechnął się z porozumieniem, porwał babę za kark i zniknął. Na posterunku został pan Pyczek i członek sejmiku, i zabawili tak we dwóch nie dłużej, jak dziesięć minut. Potem ukazał się Łomaka, jakby wystrzelony z armaty — za nim but pana Pyczka, i rozległ się jego głos, trochę zdyszany:
— Panie Łysek — idź pan z nim, odbierz sadło, oddaj babie i szlus!