Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Pan Pyczek, komendant posterunku policji w gminie Glinowskiej, powiatu Źebryńskiego, wybierał się na wieczorynkę do wdowy po nastawniku Borysowiczu, do której konkurował od dłuższego czasu, patrząc miłośnie na jej wdzięki obfite i również obfite gospodarstwo. Tego wieczoru miała być biesiada ze świeżą kiełbasą — w sam raz okazja do oświadczyn i zaręczyn.
Właśnie gdy dopucowywał buty, wpadła do posterunku baba z jękiem i zawodzeniem, jakby po morderstwie najmilszego dziecka.
— Zabił, zabił mnie. Ratujte, pane, ratujte. Sadło wziął z komory, ludzie widzieli. Ja do niego żeby oddał a on do mnie z „mlonem“ — i zabił, czysto zabił. Och, ja nieszczęsna sierota, wdowa!
— Kto taki?
— Tenże złodziej, hycel, kandalszczyk! Żeby go nagła śmierć, żeby go ślepego rodzili, żeby...
— Milczeć! Kto taki?
— Łomaka Sydor.
— Co łżesz babo; Łomaka najbogatszy gospodarz, członek rady powiatowej! Idź do djabła!
— Pane, ratujte! Ludzie widzieli, świadki są. Zabrał sadło — w oborze zakopał. Widział Semen i Iwan i Mokrenia!