Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co powiedziawszy, pan Pyczek odmaszerował do wdowy.
Sprawa obleciała wieś jak płomień, wzbudzając w chłopach szacunek i cześć dla polskiej policji.
— Bacz! Sprawny! — w trzy migi prawdy doszedł i złodzieja nakarał, jakby Germaniec!
Ale do Semena Łomaki, który w złym humorze wylegiwał się na piecu, wstąpił sołtys Rekacz, chłop bywały i pyskaty, urobiony przez kandydata na posła, adwokata Safira.
— Co to, kumie! Obraził cię policman?
— Cholera na niego! — burknął Łomaka. — Kości nie czuję.
— To nie prawne! To gwałt nad wolnym obywatelem, nad roboczym człowiekiem. Ty mu tego nie daruj! Ty czynownik, deputat! Ciebie nie wolno tknąć. Jest sąd, prawo! Ty skargę zanieś do starostwa. Jego za to ze służby wyrzucą.
— Co powiem? Sadło było w chlewie!
— A nie mógł ci go kto przez złość podrzucić? A zresztą, jakby i znaleźli — powinni byli mnie oddać na przechowanie, aż sąd będzie! Załóż kobyłę i jedź do starostwa.
— Chyba piechotą pójdę, bo siedzieć nie mogę.
— A gadaj z góry! Na całą gminę obraza, w osobie deputata. Jak takie będą gwałty, to nikt respublice służyć nie zechce, bo żaden urzędnik nie będzie bezpieczny od samowoli policji. Im wolno tylko protokół spisać — więcej nic!