Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Łomaka nabrał ducha i rezonu! Posłał chłopca po wódkę — i cały wieczór uczył go Rekacz, co i jak mówić powinien.
O świcie z gęstą miną ruszył do starostwa. Gdy był już w obrębie grodu Żebrynia chód jego lekki i szybki stał się powolnym, postawa zgarbiona, a gdy stanął w poczekalni pana i władcy powiatu, wyglądał jak człowiek nad grobem stojący. Jego głuche stękanie i dyskretne jęki wzruszyły woźnego, który rozpytał o sprawę, zameldował i natychmiast przed oblicze starosty dopuścił.
— Czem mogę panu służyć? — spytał, ze zwykłą swą uprzejmością pan Fagot, starosta.
Był suspendowanym księdzem z Galicji, i zachował z dawnego swego fachu dobroć i giętkość.
— Jaśnie wielmożny panie — zaczął Łomaka.
— Bez tytułów — jesteśmy równymi obywatelami Rzeczypospolitej — a ja na usługi każdego. Jak pana godne nazwisko?
— Ja, Łomaka z Glinnej, członek rady powiatowej. Przychodzę szukać sprawiedliwości.
— Bardzo mi przyjemnie. Przypominam sobie pana z posiedzeń sejmiku. Jakaż sprawa?
— A to o te sadło. Baba Serhuty doniosła na mnie do policji, że ja jej sadło wziął. To policja, zamiast spisać protokół... — tu się zaciął Łomaka, bo nauczonego zdania zapomniał.
— Uwierzyła w takie obelżywe posądzenie i zrobiła bezprawnie rewizję w mieszkaniu wolnego obywatela! — podpowiedział pan starosta.