Strona:Maria Rodziewiczówna - Róże panny Róży.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Takie starostwo, to jak u bolszewików czerezwyczajka?
— Pleciesz. W Polsce nikogo nie mordują.
— I ten komisarz do żyda niepodobny — zdecydował Jacek, oglądając się jednak, czy ich nie gonią.
Tego dnia wieczorem, chłopcy wykradli się z Eljaszowa i przybiegli do swych Borek. Nie śmieli zbliżyć się do dworku, ale usiedli na górce, gdzie niegdyś stał młyn, a teraz leżało tylko parę głazów.
Chłód był, szarość i deszcz mżył. Zbili się w gromadkę, jak pisklęta sieroce i patrzyli na swe gniazdo stracone.
— To już my nie wrócim do domu nigdy! — zachlipał Jacek. Romek siedział ponury, jakaś dojrzałość przedwczesna patrzała mu z oczu i ściągniętych uparcie ust.
— Słyszeliście. Zabrali nam ziemię i dom! — mruknął.
— To jakże my będziemy żyć, jak uczyć się. U wuja na łasce.
Romek milczał. Młodsi płakali. Przed nimi, z górki widoczny, leżał ich dworek. Światło błyskało w oknach, szczekały psy, skrzypiał żóraw studzienny, ktoś gwizdał w sadzie pełnym dojrzałego owocu, na wygonie parskały pasące się konie.
Na skuloną, deszczem i chłodem przejętą gromadkę dzieci zapadała długa, posępna, jesienna noc.