Jutro (Conrad)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Jutro
Pochodzenie Falk: wspomnienie, Amy Foster, Jutro
Data wydania 1932
Wydawnictwo Dom Książki Polskiej Spółka Akcyjna
Drukarz Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Aniela Zagórska
Tytuł orygin. To-morrow
Inne cała książka
Pobierz jako: Pobierz cała książka jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz cała książka jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz cała książka jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

JUTRO




To co wiedziano o kapitanie Hagberdzie w małym porcie morskim Colebrook niekoniecznie przemawiało na jego korzyść. Nie pochodził z Colebrook. Osiedlił się tam wśród okoliczności bynajmniej nie tajemniczych — swego czasu opowiadał o nich bardzo często — lecz niezmiernie dziwacznych i bezsensownych. Miał widać trochę pieniędzy, gdyż kupił kawał gruntu i kazał sklecić bardzo tanim kosztem parę brzydkich, żółtych domków z cegły. Jeden z nich zajmował sam a drugi wynajął Jozuemu Carvilowi — ślepemu Carvilowi, który był dawniej przedsiębiorcą okrętowym i zażywał złej reputacji domowego tyrana.
Owe domki miały wspólną ścianę i wspólną żelazną barjerę, dzielącą frontowe ogródki; drewniany płot przegradzał ogród od tyłu. Pannie Bessie Carvil wolno było, jak gdyby według przysługującego jej prawa, wieszać na płocie serwety — niebieskie gałgany — lub jakiś fartuch, który chciała wysuszyć.
— Drzewo gnije od tego, moja duszko — rzucał kapitan łagodną uwagę, stojąc po drugiej stronie płotu, za każdym razem gdy widział że Bessie korzysta ze swego przywileju.
Była wysokiego wzrostu; płot natomiast był niski i mogła oprzeć się na nim łokciami. Ręce miewała czerwone od dopiero co skończonej przepierki, ale ramiona jej były białe i kształtne. Patrzyła na gospodarza w porozumiewawczem milczeniu, pełnem jak gdyby przenikliwości, wyczekiwania i pragnienia.
— Drzewo od tego gnije — powtarzał kapitan Hagberd. — To jedyne z twoich przyzwyczajeń, które nie godzi się z porządkiem i oszczędnością. Dlaczego nie przeciągniesz sobie liny w ogródku za domem?
Panna Carvil nic na to nie mówiła, potrząsała tylko przecząco głową. W malutkim ogródku od tyłu znajdowało się po stronie Carvilów kilka małych grządek z czarnoziemu, obłożonych kamieniami; pospolite kwiaty, które Bessie hodowała tam w wolnych chwilach, robiły wrażenie dziwacznie wybujałych, jakby wyrosłych w jakimś egzotycznym klimacie. Z drugiej strony płotu wyprostowana, czerstwa postać kapitana Hagberda, odziana od stóp do głów w żaglowe płótno nr. 1, nurzała się po kolana w bujnej trawie i wysokich chwastach. Ze względu na kolor i sztywność niezwykłego, szorstkiego materjału, który sobie wybrał na ubranie, — „tylko na tymczasem“, pomrukiwał, gdy mu ktoś na ten temat zrobił jakąś uwagę — kapitan Hagberd wyglądał jak człowiek wyciosany z granitu i tkwiący w pustkowiu, nie nadającem się z powodu małych rozmiarów nawet na przyzwoitą salę bilardową. Przypominał kamienny, niezdarny posąg człowieka o ogorzałej twarzy, niebieskich, błędnych oczach i wielkiej, białej brodzie, spływającej po pas a zawsze zaniedbanej, odkąd tylko pamiętano go w Colebrook.
— Przyjdę do pana już pewnie na przyszły miesiąc — odpowiedział raz poważnie przed siedmiu laty na żartobliwą przymówkę wybitnego miejscowego dowcipnisia, golarza, który usiłował zjednać sobie w nim klijenta. Ów golarz siedział rozparty arogancko w barze Nowej Gospody koło portu; kapitan wszedł był tam właśnie aby kupić sobie uncję tytoniu. Zapłaciwszy za sprawunek trzema monetami po pół pensa, wysupłanemi z rogu chustki do nosa, którą nosił w rękawie, kapitan Hagberd wyszedł. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, golibroda wybuchnął śmiechem:
— I stary, i młody przyprowadzą się tu wkrótce pod rękę, żeby się u mnie ogolić. Trzeba będzie zaprząc do roboty i krawca, i golarza, i fabrykanta świec; dobre czasy nadejdą dla miasta Colebrook, oj nadejdą, żebym tak zdrów był. Z początku nazywało się to „na przyszły tydzień“, teraz zjechało na „w przyszłym miesiącu“, niedługo będzie już mówił „na przyszłą wiosnę“, tak mi się coś zdaje.
Zauważywszy jakiegoś nieznajomego, który przysłuchiwał się z roztargnionym uśmiechem, golarz objaśnił, wyciągając cynicznie nogi, że mówi o tym dziwaku, starym Hagberdzie, emerytowanym szyprze nadbrzeżnym, który czeka na powrót syna. Chłopak został wypędzony z domu, co golarza wcale nie dziwiło; podobno uciekł na jakiś statek, i tyle go widzieli. Z pewnością oddawna już leży na dnie morza. Przed trzema laty stary przyjechał na gwałt do Colebrook, w czarnem ubraniu — (niedawno przedtem stracił żonę); wypadł z wagonu trzeciej klasy dla palących, jakby mu djabeł następował na pięty; a jedynym powodem, jaki go sprowadził, był list — prawdopodobnie zmyślony. Jakiś kawalarz donosił kapitanowi o marynarzu noszącym jego nazwisko, który jakoby włóczył się za dziewczynami czy to w Colebrook czy w okolicy. „Dobry kawał, co?“ — dodał golarz. — Staruszek ogłosił był w londyńskich gazetach, że szuka Harry’ego Hagberda, ofiarowując nagrodę za wszelkiego rodzaju informacje. I golarz rozpowiadał dalej z szyderczą werwą, jak to ów nieznajomy w żałobie zwiedzał okolicę, na wózku lub piechotą, wywnętrzając się każdemu, zachodząc do wszystkich gospód i szynków na całe mile wokoło, zatrzymując ludzi po drogach aby ich rozpytywać, omal nie zaglądając do rowów; z początku w wielkiem podnieceniu, potem z pewnego rodzaju cierpliwą wytrwałością, tracąc coraz bardziej animusz; a nie umiał nawet dokładnie opisać jak jego syn wygląda. Przypuszczano że marynarz poszukiwany przez Hagberda był jednym z dwóch majtków, którzy porzucili statek naładowany drzewem i których widziano jak się przystawiali do jakiejś dziewczyny; lecz stary rozpytywał o chłopca lat około czternastu — „sprytnego, dziarskiego wyrostka“. A kiedy ludzie tylko uśmiechali się w odpowiedzi, pocierał czoło ze zmieszaniem, poczem odchodził chyłkiem z obrażoną miną. Naturalnie że nie znalazł nikogo — nie trafił nawet na najmniejszy ślad — nie dosięgła go żadna wiarogodna pogłoska; ale jakoś nie umiał się już oderwać od Colebrook.
— Pewnie go ten zawód tak złamał; było to wkrótce po stracie żony, i stary dostał bzika na punkcie powrotu syna — wywodził golibroda z miną świadczącą o wielkiej wnikliwości psychologicznej. Po jakimś czasie staruszek zaprzestał poszukiwań. Syn jego najwidoczniej odjechał; postanowił więc na niego czekać. Wierzył że syn był conajmniej raz w Colebrook, które przekładał widać nad swe rodzinne miejsce. Musiał mieć potemu jakąś przyczynę — zdawał się kapitan rozumować — jakąś bardzo ważną przyczynę, która sprowadzi go z powrotem do Colebrook.
— Ha, ha, ha! Naturalnie że do Colebrook. A gdzieżby? To jedyne miejsce w Zjednoczonem Królestwie, odpowiednie dla dawno przepadłych synów. Więc też stary sprzedał swój dom w Colchester i raz, dwa osiedlił się tutaj. Cóż, bzik jak każdy inny. Nie dostałbym bzika, oj nie, gdyby tak który z moich chłopców dał drapaka. Mam tego osiem sztuk w domu. — I golibroda popisywał się niezłomnością swego ducha wśród śmiechu, który wstrząsał barem.
To jednak dziwne, zwierzał się dalej ze szczerością właściwą wyższym umysłom, ale tego rodzaju rzeczy są jak gdyby zaraźliwe. Naprzykład — jego zakład znajduje się blisko portu; i niech tylko jaki majtek wejdzie, żeby się ostrzyc albo ogolić — golarz, zobaczywszy nieznajomą twarz, nie może się nigdy powstrzymać od myśli: „A nuż to syn starego Hagberda?“ Sam się z tego wyśmiewa. To bzik potężny. Golarz pamięta czasy, kiedy ulegało mu całe miasto. Ale nie stracił jeszcze nadziei co do starego. Leczy go mądrze obmyślanemi żartami. Śledzi stale postępy swojej kuracji. Za tydzień — za miesiąc — za rok. Gdy stary kapitan odłoży do następnego roku datę powrotu syna, będzie już na drodze do tego, aby przestać o nim mówić zupełnie. Pod innemi względami stary jest zupełnie rozsądny, więc i to też musi nastąpić. Takie było niewzruszone zdanie golarza.
Nikt mu nigdy nie przeczył; jego włosy posiwiały od owego czasu, a broda kapitana Hagberda zrobiła się bielusieńka i spływała majestatycznie na ubranie z żaglowego płótna nr. 1, które to ubranie uszył był sobie pokryjomu, używając zamiast nici szpagatu nasyconego smołą. Pewnego pięknego poranku przywdział je nagle i wyszedł, w przeddzień zaś widziano go wracającego do domu, jak zwykle, w żałobnem ubraniu. Wywołało to sensację na High Street — sklepikarze ukazywali się we drzwiach, ludzie po domach chwytali kapelusze i wypadali na ulicę; ogólne poruszenie z początku bardzo dziwiło kapitana a potem go przestraszyło; ale na wszystkie pytania zdumionych sąsiadów odpowiadał lękliwie i wymijająco: „To tylko na tymczasem“.
O tem zdarzeniu oddawna już zapomniano; co się zaś tyczy kapitana Hagberda, z czasem nietyle zapomniano o nim, co zaczęto go lekceważyć — przykry skutek spowszednienia — tak jak niekiedy lekceważy się nawet słońce, jeśli nie da nam odczuć dotkliwie swojej potęgi. Z ruchów kapitana nie przebijało wcale niedołęstwo; chodził sztywno w swojem żaglowem ubraniu, figura dziwaczna i zwracająca uwagę; tylko jego oczy błądziły może bardziej nieuchwytnie niż ongi. W jego zachowaniu poza domem nie było już tej pobudliwej czujności; stał się zakłopotany i niepewny, jak gdyby podejrzewał że jest w nim coś zlekka kompromitującego, jakaś kłopotliwa dziwaczność; a jednak nie był w stanie zdać sobie sprawy, na czem właściwie polega ten jego feler.
Rozmawiał już teraz niechętnie z mieszkańcami miasteczka. Zażywał opinji okropnego sknery skąpiącego sobie na pożywienie. W sklepach pomrukiwał coś żałośnie pod nosem, kupując skrawki mięsa po długich namysłach, i odpierał wszelkie aluzje do swego kostjumu. Stało się tak jak przepowiedział golibroda. O ile można było wymiarkować, kapitan wyleczył się już z choroby nadziei, i tylko panna Bessie Carvil wiedziała, że nie mówił nic o powrocie syna, ponieważ już go nie oczekiwał „w przyszłym tygodniu“, „w przyszłym miesiącu“ lub „na przyszły rok“. Oczekiwał go „jutro“.
Ze spotkań tych dwojga na dziedzińcu za domem i we frontowym ogródku wywiązała się zażyłość; kapitan rozmawiał z Bessie po ojcowsku, rozsądnie i apodyktycznie, z odcieniem despotyzmu. Łączyło ich nieograniczone zaufanie, które kapitan stwierdzał od czasu do czasu serdecznem mrugnięciem. Doszło do tego, że panna Carvil poniekąd tych mrugnięć wyczekiwała. Z początku niepokoiły ją: biedak miał źle w głowie. Potem nauczyła się z nich śmiać; nie było w tem przecież nic złego. A teraz Bessie zdawała sobie sprawę z podświadomego, przyjemnego, niewiarogodnego wzruszenia, które się ujawniało przez słaby rumieniec. Kapitan mrugał na nią bynajmniej nie ordynarnie; jego szczupła, ogorzała twarz o kształtnym, orlim nosie miała pewien rodzaj dystynkcji — i to tem bardziej że, rozmawiając, spoglądał na nią wzrokiem spokojniejszym i bardziej inteligentnym. Taki piękny mężczyzna o białej brodzie, czerstwy, prosto się trzymający, zaradny. Zapominało się o jego wieku. Twierdził iż jego syn zdumiewająco był do niego podobny już od najwcześniejszego dzieciństwa.
Kapitan oświadczył Bessie, że Harry skończy trzydzieści jeden lat w lipcu. W sam raz wiek do ożenku z zacną, rozsądną dziewczyną, która potrafi ocenić miłe domowe ognisko. Harry był dzielnym chłopcem. Dzielnym mężem zawsze najłatwiej żonie kierować. Taki małoduszny niedołęga, co to wszystko mu się w rękach rozłazi, ten dopiero potrafi kobietę unieszczęśliwić. A przytem niema nic ponad dom — domowe ognisko — spokojny dach nad głową: człowiek nie potrzebuje wyłazić z ciepłego łóżka bez względu na pogodę. „I co ty na to, kochanie?“
Kapitan Hagberd należał ongi do marynarzy uprawiających swój zawód w pobliżu lądu. Był jednem z licznych dzieci zbankrutowanego farmera, który natychmiast po utracie majątku oddał syna do terminu u nadbrzeżnego szypra; kapitan pozostał też u wybrzeży w ciągu całego swego marynarskiego żywota. Z początku żywot ten musiał być ciężki; Hagberd nigdy go nie polubił; przywiązanie swoje oddał lądowi z niezliczonemi jego domami i spokojnem życiem, skupiającem się dokoła domowego ogniska. Wielu marynarzy odczuwa i głosi uzasadnioną niechęć do morza, ale w tym wypadku była to głęboka, silnie odczuta wrogość, jak gdyby ukochanie stalszego żywiołu zostało wpojone Hagberdowi przez wiele pokoleń.
— Ludzie nie wiedzą na co narażają swych chłopców, kiedy pozwalają im puścić się na morze — wykładał kapitan Bessie. — Lepiejby ich odrazu oddali do więzienia.
Nie wierzył aby wogóle można było się przyzwyczaić do tego zawodu. Uciążliwość życia na morzu wzrasta jeszcze z wiekiem. Cóż to jest za rzemiosło, które przez większą część roku nie pozwala człowiekowi przestąpić progu swego domostwa? Z chwilą wyjazdu na morze niepodobna już wiedzieć, co się dzieje w domu. Można było wnioskować że Hagberda znużyły dalekie podróże; tymczasem najdłuższa, jaką kiedykolwiek odbył, trwała dwa tygodnie, które spędził przeważnie na zakotwiczonym statku, szukając schronienia przed niepogodą. Gdy tylko jego żona odziedziczyła dom i kapitał mogący ich wyżywić (po nieżonatym stryju, który zrobił trochę pieniędzy na węglu), kapitan rzucił dowództwo węglarki obsługującej wschodnie wybrzeże, mając uczucie, że ucieka z galer. Po wszystkich tych latach służby byłby mógł zliczyć na palcach u rąk dni, które spędził, nie sięgając wzrokiem brzegów Anglji. Nie wiedział jak to bywa, kiedy dna zgruntować nie można. „Nie zajechałem nigdy dalej niż osiemdziesiąt sążni od brzegu“ — brzmiała jedna z jego przechwałek.
Bessie Carvil wysłuchiwała tego wszystkiego. Przed domkiem rósł karłowaty jesion; w letnie popołudnia Bessie wynosiła krzesło na trawnik i zasiadała na niem z robotą. Kapitan Hagberd, odziany w płótno żaglowe, opierał się na szpadlu. Kopał dzień w dzień w swoim ogródku przed domem. Rok rocznie przekopywał cały grunt po kilka razy, ale „tymczasem“ nic tam sadzić nie zamierzał.
Bessie Carvil wyłuszczał to jaśniej: „Nic nie posadzę do jutra, póki nasz Harry nie wróci“. A ona słyszała już tylekroć ową formułę pełną nadziei, że budziło to tylko w jej sercu mglistą litość dla starca nie tracącego otuchy.
Wszystko się odkładało w ten sposób i wszystko tak samo przygotowywało się na jutro. Kapitan miał pudełko pełne paczuszek z nasionami kwiatów, aby było w czem wybierać przy obsadzaniu ogródka. „Harry z pewnością będzie się liczył z twojem zdaniem, moja droga“ — nadmieniał kapitan Hagberd, stojąc z drugiej strony ogrodzenia.
Panna Bessie nie podnosiła głowy z nad szycia. Słyszała to wszystko już tyle razy. Ale niekiedy wstawała, odkładała robotę i podchodziła zwolna do płotu. Te łagodne majaczenia miały jakiś urok. Kapitan zadecydował, że jego syn nie będzie zmuszony ruszyć z powrotem w świat ze względu na brak gotowego mieszkania. Przez długi czas zapełniał domek najprzeróżniejszemi meblami. Bessie wyobrażała sobie że są nowe, błyszczące od politury, ułożone stosami jak w jakim składzie. Są tam z pewnością stoły poobwijane w płótno workowe; zwoje dywanów, grube i prostopadłe jak części kolumn; białe marmurowe gzymsy, połyskujące wśród mroku spuszczonych rolet. Kapitan Hagberd opisywał jej zawsze dokładnie swoje zakupy, jako osobie, która ma prawo się niemi interesować. Zarośnięte podwórze będzie można pokryć betonem… pojutrze.
— Płot moglibyśmy usunąć. Sznur do suszenia bielizny będziesz mogła powiesić dalej, za grządkami kwiatów.
Mrugał porozumiewawczo, a Bessie zlekka się czerwieniła.
W tej manji, której ulegała dzięki swemu dobremu sercu, było jednak trochę rozsądku. A jeśli jego syn kiedy wróci? Lecz nie mogła mieć nawet pewności, że ów syn istniał naprawdę; a jeśli rzeczywiście gdzieś istniał, za długo już był nieobecny. Gdy kapitan Hagberd podniecał się swemi opowiadaniami, uspakajała go, udając że mu wierzy, i śmiała się zlekka aby uspokoić swoje sumienie.
Raz tylko usiłowała z litości zamącić tę nadzieję skazaną na zawód, ale skutek owej próby bardzo ją przestraszył. Twarz kapitana przybrała w jednej chwili wyraz zgrozy i niedowierzania, jakby ujrzał niebiosa pękające na dwoje.
— Ty — ty — ty przecież nie myślisz, że on utonął!
Bała się przez chwilę żeby nie stracił zmysłów, bo gdy był w zwykłem usposobieniu, wydawał jej się bardziej normalny niż innym ludziom. Tym razem po swem gwałtownem wzruszeniu wrócił do równowagi i serdecznego, ojcowskiego tonu.
— Nie niepokój się, moja duszko — rzekł z pewną przebiegłością: — morze nie zdoła go zatrzymać. On do morza nie należy. Żaden z nas, Hagberdów, nigdy do morza nie należał. Popatrz na mnie; przecież nie utonąłem. Zresztą on nie jest wcale marynarzem; a jeśli nie jest marynarzem, będzie musiał wrócić. Nic nie może powstrzymać go od powrotu…
Oczy jego zaczęły się błąkać:
— Jutro.
Nigdy już więcej nie dotknęła tej kwestji, z obawy aby kapitan odrazu zmysłów nie stracił. Polegał na niej. Zdawała się być jedyną rozsądną osobą w całem mieście; i Hagberd nieraz winszował sobie głośno w jej obecności, że zdobył tak zrównoważoną żonę dla swego syna. Reszta miasta — wyznał jej to raz w przystępie irytacji — jest stanowczo dziwaczna. Jak ci ludzie patrzą na człowieka, jak się odzywają! Nigdy z nikim nie mógł się zżyć w tem mieście. Nie lubi tutejszych ludzi. Nie opuściłby nigdy swych stron, gdyby się nie było okazało, że jego syn upodobał sobie Colebrook.
Potakiwała mu w milczeniu, przysłuchując się cierpliwie u płotu i migając szydełkiem ze spuszczonemi oczami. Rumieńce wybijały się z trudnością na jej matowo białą cerę, pod niedbale zwiniętemi, obfitemi włosami barwy mahoniu. Ojciec jej był rudy jak marchewka.
Bessie miała okrągłe kształty i zmęczoną, wyblakłą twarz. Gdy kapitan Hagberd rozwodził się nad tem, jak niezbędnem jest posiadanie własnego domu, gdy wychwalał rozkosze domowego ogniska, uśmiechała się zlekka samemi wargami. Domowe rozkosze ograniczały się dla niej do pielęgnowania ojca przez dziesięć najlepszych lat jej życia.
Zwierzęcy ryk, wydostający się z górnego okna, przerywał ich rozmowę. Bessie zaczynała natychmiast zwijać szydełkową robótkę albo składać szycie bez najlżejszej oznaki pośpiechu. Tymczasem głos wyjący i ryczący jej imię nie zamilkał, tak że rybacy, wałęsający się po tamie z drugiej strony drogi, odwracali głowy ku domkom. Bessie wracała powoli przez frontowe drzwi, i w chwilę potem zapadało głębokie milczenie. Niebawem ukazywała się znów, prowadząc za rękę człowieka niezgrabnego i nieobrotnego jak hipopotam, o twarzy złej i skwaszonej.
Był to wdowiec, dawniej przedsiębiorca okrętowy, którego przed laty zaskoczyła ślepota w pełni pracy. Zachowywał się wobec córki, jakby była odpowiedzialna za nieuleczalność tego kalectwa. Słyszano nieraz gdy ryczał w niebogłosy — jakby rzucając wyzwanie niebu — że teraz już go nic nie obchodzi: zarobił dosyć pieniędzy, żeby dzień w dzień mieć jaja z szynką na śniadanie. Dziękował za to Bogu szatańskim tonem, jak gdyby Mu urągał.
Kapitan Hagberd miał tak niekorzystne wyobrażenie o swoim lokatorze, że powiedział raz pannie Bessie:
— To bardzo dziwaczny człowiek, moja duszko.
Bessie robiła tego dnia na drutach, kończąc parę skarpetek dla ojca, gdyż należało to do jej obowiązków. Nienawidziła roboty na drutach, i ponieważ była właśnie przy pięcie, musiała trzymać oczy na skarpetce.
— Naturalnie że byłoby zupełnie inaczej, gdyby musiał się troszczyć o przyszłość syna — ciągnął kapitan z pewnem roztargnieniem. — Dziewczyny, oczywiście, tyle nie potrzebują — hm — hm. Nie uciekają z domu, moja duszko.
— Nie — odrzekła spokojnie panna Bessie.
Kapitan Hagberd zachichotał wśród kopców porytej ziemi. W swym marynarskim stroju, z twarzą schłostaną przez wichry i brodą jak u ojca Neptuna, przypominał zdetronizowanego bożka, który trójząb na szpadel zamienił.
— On pewnie uważa, że cię już do pewnego stopnia zabezpieczył. To jest właśnie dobra strona córek. A jeśli chodzi o mężów dla nich… — Tu mrugnął znacząco. Panna Bessie, zatopiona w robocie, zaczerwieniła się lekko.
— Bessie! Kapelusz! — wrzasnął nagle stary Carvil.
Siedział pod drzewem niemy, bez ruchu, jak jakie bóstwo, przedmiot szczególnie potwornego bałwochwalstwa. Nie otwierał wcale ust, chyba tylko po to aby wrzeszczeć na nią, do niej, czasami także i o niej, a wówczas nie znał miary w wymyślaniu. System Bessie polegał na tem, że nigdy mu nie odpowiadała; wrzeszczał póki mu nie usłużyła — póki go nie potrząsnęła za ramię lub nie włożyła mu cybucha fajki między zęby. Należał do nielicznych ślepców, którzy palą.
Gdy poczuł że Bessie wkłada mu na głowę kapelusz, zamilkł natychmiast. Potem wstał i wyszli razem przez furtkę. Opierał się ciężko na jej ramieniu. Podczas tych powolnych, uciążliwych spacerów miało się wrażenie, że Bessie wlecze za pokutę brzemię tej bezkształtnej, wielkiej postaci. Zwykle przechodzili odrazu przez drogę (domki stały w polu blisko portu, jakieś dwieście yardów od końca ulicy) i przez długi, długi czas było ich widać, jak wstępowali nieznacznie po drewnianych schodach, wiodących na szczyt grobli. A grobla ciągnęła się ze wschodu na zachód, zasłaniając Kanał, podobna do zaniedbanego kolejowego nasypu, po którym żaden wagon nie toczył się nigdy za ludzkiej pamięci. Gromadki krzepkich rybaków wyłaniały się na tle nieba, szły jakiś czas wzdłuż wału i zapadały się niespiesznie. Brunatne ich sieci, jak pajęczyny olbrzymich pająków, leżały na lichej trawie zbocza; a ludzie z miasta, stojąc u końca ulicy, rozpoznawali oboje Carvilów po ich pełznącym, wolnym chodzie. Hagberd kręcił się bez celu naokoło swych domków i podnosił głowę od czasu do czasu, aby się przekonać jak tych dwoje radzi sobie na spacerze.
Kapitan umieszczał wciąż ogłoszenia w niedzielnych dziennikach, poszukując Harry’ego Hagberda. Objaśniał Bessie, że „te płachty“ czytane są wszędzie zagranicą, aż po krańce świata. A jednocześnie zdawał się myśleć iż jego syn jest w Anglji — tak blisko Colebrook, że oczywiście zjawi się „jutro“. Bessie, nie przytakując mu wyraźnie, tłumaczyła, że w takim razie wydatki na ogłoszenia są zbyteczne; kapitan Hagberd postąpiłby lepiej, obracając te pół korony tygodniowo na własne potrzeby. Dodawała, że nie ma pojęcia, z czego kapitan żyje. Jej argumenty wprawiały go w zakłopotanie i przygnębiały na jakiś czas. „Wszyscy tak robią“ — podnosił. Cała kolumna poświęcona jest zawsze poszukiwaniu zaginionych krewnych. Przyniesie gazetę i pokaże jej. I on i jego żona zamieszczali ogłoszenia latami, ale żona była kobietą niecierpliwą. Wieści z Colebrook przyszły akurat na drugi dzień po jej pogrzebie; gdyby nie wielka jej niecierpliwość, byłaby tu z nimi i wiedziałaby, że ma przed sobą już tylko dzień czekania.
— Ty, kochanie, nie jesteś wcale niecierpliwa.
— Czasem to brakuje mi z panem cierpliwości — odpowiadała.
Choć poszukiwał jeszcze syna przez gazety, nie obiecywał już nagrody za informacje; z mętną świadomością spaczonego mózgu wpoił sobie niewzruszone przekonanie, że osiągnął na tej drodze już wszystko czego można się było spodziewać. Nic więcej nie mógł sobie życzyć. Chodziło właśnie o Colebrook, pocóż dowiadywać się jeszcze? Panna Carvil chwaliła kapitana za rozsądek i oddziaływała na niego kojąco, podzielając jego nadzieje, które się obróciły w złudzenia, współczując jego manji, która zasłoniła przed nim prawdę i rzeczywistość — zupełnie tak samo jak inna choroba zamknęła oczy tamtego starca w sąsiednim domku na światło i piękno świata.
Natomiast wszystko co kapitan mógł sobie tłumaczyć jako zwątpienie — czy to zbyt chłodne potakiwania Bessie, czy poprostu brak uwagi z jej strony, gdy snuł swoje plany domowego ogniska z odzyskanym synem i synową — wszystko to irytowało go do tego stopnia, że miotał się i ciskał, rzucając spodełba złe spojrzenia. Wbijał szpadel w ziemię i chodził przed nim tam i z powrotem. Panna Bessie nazywała to jego humorami. Groziła mu palcem. Gdy po rozejściu się z nią w napadzie złości zobaczył ją znowu, wypatrywał z pod oka najlżejszej zachęty z jej strony, aby zbliżyć się do żelaznej barjery i nawiązać znowu ojcowskie i opiekuńcze stosunki.
Mimo całej zażyłości, która trwała już od kilku lat, nie rozmawiali z sobą nigdy nie przedzieleni barjerą lub płotem. Opisywał jej wszystkie wspaniałości nagromadzone dla urządzenia przyszłego ich domu, ale nie zaprosił jej ani razu aby je obejrzała. Żadne ludzkie oko nie mogło na nich spocząć, póki Harry ich nie zobaczy. Właściwie to nikt nigdy nie był w domku Hagberda; kapitan chodził sam koło swego gospodarstwa i strzegł tak zazdrośnie przywileju syna, że drobne przedmioty domowego użytku, które czasem w mieście kupował, przemycał chyłkiem przez frontowy ogródek pod swem płóciennem ubraniem. Potem, ukazując się znowu, usprawiedliwiał się przed Bessie:
— To tylko kociołek, moja duszko.
A Bessie, jeśli nie była zanadto zmęczona codziennem harowaniem, lub wydręczona przez ojca do ostatecznych granic, śmiała się do niego i mówiła z rumieńcem:
— Dobrze, dobrze, panie kapitanie; ja tam niecierpliwa nie jestem.
— No, moja duszko, niedługo już będziesz czekała — odpowiadał z nagłym przypływem nieśmiałości i wyglądał na zaniepokojonego, jakby podejrzewał, że coś jest gdzieś nie w porządku.
Co poniedziałek płaciła mu komorne poprzez barjerę. Chwytał łapczywie szylingi. Żałował każdego pensa, który musiał wydać na swoje potrzeby, a gdy rozstawał się z Bessie aby iść po zakupy, już na ulicy zachodziła zmiana w jego zachowaniu. Poza osłoną jej litości czuł się narażony na wszystko i bezbronny. Szedł pod murami, ocierając się o nie ramieniem. Nie dowierzał ludziom dziwakom, a jednak w owych czasach już nawet dzieci przestały wołać na niego, a kupcy obsługiwali go bez słowa. Najlżejsza aluzja do ubrania wprawiała Hagberda w szczególny lęk i zakłopotanie, jakby to były przytyki zupełnie nieuzasadnione i niezrozumiałe.
Jesienią ulewa bębniła o jego odzienie z żaglowego płótna, tak przesiąknięte wodą, że sztywne prawie jak blacha żelazna i ociekające kroplami deszczu. Kiedy było zbyt brzydko na dworze, chronił się na ganeczek i stojąc tuż przy drzwiach, patrzył na swój szpadel wbity w ziemię w środku ogródka. Grunt był już tylekroć przekopany, że późną jesienią przemieniał się w bagno. Gdy mróz ściął ziemię, kapitan był niepocieszony. Co powie Harry? A ponieważ o tej porze roku staruszek nie mógł korzystać zbyt wiele z towarzystwa Bessie, ryki nawołującego jej starego Carvila, zgłuszone przez zamknięte okna, niezmiernie go drażniły.
— Dlaczego ten dziwak nie weźmie dla ciebie służącej? — spytał niecierpliwie pewnego ciepłego popołudnia, gdy Bessie zarzuciła coś na głowę aby wybiec do ogródka.
— Nie wiem — odrzekła ze znużeniem blada Bessie, patrząc wdal z pod ciężkich powiek siwem, obojętnem spojrzeniem. Oczy miała zawsze podsiniałe, i zdawało się że nie widzi przed sobą żadnej zmiany ani też końca.
— Poczekaj aż wyjdziesz zamąż, moja duszko — rzekł jej jedyny przyjaciel, przysuwając się bliżej do płotu — Harry weźmie dla ciebie służącą.
Jego obłąkańcza otucha zdawała się naigrawać z jej beznadziejności tak gorzko i tak dotkliwie, że w porywie nerwowej irytacji chciało jej się wprost krzyknąć na niego. Lecz odrzekła mu tylko, jakby był normalnym człowiekiem, szydząc z samej siebie:
— Ależ, panie kapitanie, pański syn może wcale na mnie spojrzeć nie zechce.
Odrzucił głowę wtył i zaśmiał się sztucznie gardłowym, gniewnym bełkotem.
— Co też ty opowiadasz! Mój chłopiec! Nie chciałby spojrzeć na jedyną rozsądną dziewczynę w obrębie kilku mil? A jak ci się zdaje, od czegóż ja tu jestem, moja duszko — moja duszko — moja duszko?... Jeszcze czego! Poczekaj tylko. Poprostu tylko poczekaj. Przekonasz się jutro. Już ja mu —
— Bessie! Bessie! Bessie! — zawył z wnętrza domku stary Carvil. — Bessie! moja fajka!
Ślepy tłuścioch oddawał się iście rozpustnemu lenistwu. Nie chciało mu się podnosić ręki i sięgać po przedmioty, które Bessie umieszczała mu zawsze pod bokiem. Nie chciało mu się poruszyć żadnym członkiem, ani wstać z krzesła, ani zrobić kroku w tym pokoju (gdzie umiał się ruszać równie dobrze, jakby miał zdrowe oczy) nie wzywając Bessie i nie zwieszając się u jej ramienia całym swym ohydnym ciężarem. Nie przełknął nic, jeśli jej przy nim nie było. Wyolbrzymiał swą bezradność i swą niedolę, aby uczynić z córki jeszcze uleglejszą niewolnicę. Bessie stała chwilę bez ruchu, zaciskając zęby w ciemności, poczem odwróciła się i weszła powoli do domku.
Kapitan Hagberd powrócił do swego szpadla. Krzyki w willi Carvila ustały, i po chwili ukazało się światło w oknie saloniku na parterze. Jakiś człowiek idący od końca ulicy pewnym, nieśpiesznym krokiem, minął domki, ale spostrzegł widać kapitana Hagberda, bo wrócił parę kroków. Zimny, biały blask ociągał się jeszcze na zachodniem niebie. Nieznajomy oparł się o furtkę.
— Pan jest pewnie kapitanem Hagberdem — rzekł ze swobodą i pewnością siebie.
Stary zawrócił na pięcie i wyciągnął szpadel z ziemi — spłoszony tym obcym głosem.
— Tak, to ja — odrzekł nerwowo.
Tamten, uśmiechając mu się prosto w twarz, wyrzekł bardzo powoli:
— Zdaje mi się, że to pan szuka syna przez ogłoszenia?
— Mojego syna Harry’ego — mruknął kapitan Hagberd, zapominając o swej nieufności. — On wraca jutro.
— Cóż znowu! — zdumiał się nieznajomy i ciągnął dalej, zmieniwszy ton nieznacznie: — Ale broda to panu wyrosła jak samemu świętemu Mikołajowi.
Kapitan Hagberd przysunął się nieco bliżej i pochylił naprzód, opierając się na szpadlu.
— Idź pan w swoją drogę — rzekł nieśmiało z urazą, gdyż bał się zawsze żeby się z niego nie wyśmiewano. W każdym stanie ducha, nie wyłączając obłąkania, równowaga polega na szacunku dla samego siebie. Naruszenie tego uczucia sprawia człowiekowi dotkliwą przykrość; a kapitan Hagberd żył wśród pewnych ustalonych wyobrażeń i cierpiał nad tem, jeśli drwiące uśmiechy naruszały jego świat. Tak, ludzkie śmiechy były straszne. Wskazywały że coś jest nie w porządku; ale co? Nie umiał tego powiedzieć; a oto ten nieznajomy drwił sobie z niego najwidoczniej — przybył umyślnie aby z niego szydzić. Kapitan czuł się zawsze bardzo nieswojo wśród ludzi, ale nigdy mu jeszcze tak nie ubliżono.
Nieznajomy, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo mu grozi rozwalenie głowy szpadlem, rzekł poważnie:
— Mam nadzieję, że panu nie przeszkadzam? Zdaje mi się że z temi pana wiadomościami to nie wszystko jest w porządku. Możeby mnie pan tak wpuścił?
— Wpuścić pana? — wyszeptał stary Hagberd z niewypowiedzianym wstrętem.
— Mógłbym panu opowiedzieć trochę prawdziwych wiadomości o synu — i to najświeższych — jeśli pan ma ochotę ich posłuchać.
— Nie chcę — krzyknął Hagberd. Zaczął chodzić nieprzytomnie tam i z powrotem, trzymając szpadel na ramieniu i gestykulując wolną ręką. — Zjawia się tu taki drab, taki kpiarz, i mówi że coś jest nie w porządku. Mam lepsze wiadomości niż się panu wydaje. Wiem wszystko co mi jest potrzebne. I przez długie, długie, długie lata wiedziałem tyle ile mi było trzeba aby przetrwać do następnego dnia. Wpuścić pana, jeszcze czego! Coby Harry na to powiedział?
Postać Bessie ukazała się czarną sylwetą na tle parterowego okna i z trzaskiem otwierających się drzwi wypadła przed domek Carvilów, cała ciemna z czemś białem na głowie. Dwa głosy, które zaczęły nagle na dworze rozmawiać (usłyszała je z pokoju), przejęły ją takiem wzruszeniem, że nie mogła z siebie głosu wydobyć.
Kapitan Hagberd zdawał się szukać wyjścia z klatki. Nogi jego chlupotały w kałużach, które były rezultatem jego pracowitości. Potykał się o dziury w zniszczonej murawie. Nagle podbiegł naoślep ku ogrodzeniu.
— No, no, tylko spokojnie — rzekł z powagą człowiek u furtki, wyciągając ramię i chwytając go za rękaw. — Ktoś chciał pana nabrać. Oho, cóż to za strój ma pan na sobie? Słowo daję, to przecież żaglowe płótno od burzy! — Roześmiał się gromko. — Ależ dziwak bo dziwak z pana!
Kapitan Hagberd wyrwał się nieznajomemu i zaczął się cofać lękliwie.
— To tylko na tymczasem — mruknął zgnębionym głosem.
— Co mu jest? — zwrócił się nieznajomy do Bessie z najzupełniejszą poufałością, rozważnym, pojednawczym tonem. — Nie chciałem starego nastraszyć. — Zniżył głos, jakby ją znał od lat. — Zaszedłem po drodze do fryzjera, żeby mię za dwa pensy ogolił, i tam mi powiedzieli, że on jest trochę dziwak. Stary był dziwakiem przez całe życie.
Kapitan Hagberd, spłoszony aluzją do swego ubrania, wycofał się i wrócił do domku, zabierając z sobą szpadel. Tamci dwoje u furtki, zaskoczeni nagłem trzaśnięciem drzwi, usłyszeli jeszcze łoskot zasuw, stuk zamka i echo nienaturalnego, bełkotliwego śmiechu za drzwiami.
— Nie chciałem go wcale zdenerwować — rzekł nieznajomy po krótkiem milczeniu. — Cóż to wszystko ma znaczyć? On przecież zupełnym warjatem nie jest.
— Gryzł się przez długie lata z powodu zaginionego syna — rzekła cicho Bessie, jakby go chciała usprawiedliwić.
— No więc ja jestem jego synem.
— Harry! — krzyknęła — i zamilkła.
— Pani zna moje imię? Pani przyjaźni się pewnie ze starym, co?
— On jest naszym gospodarzem — wyjąkała Bessie, chwytając się żelaznej barjery.
— Te dwie królicze klatki z pewnością są jego? — zauważył pogardliwie młody Hagberd — to akurat coś z czego mógłby być dumny. A może mi pani powie, kto to ten facet, który jutro przychodzi? Pani musi coś o tem wiedzieć. Mówię pani że to tylko nabieranie starego — i nic więcej.
Nie odpowiedziała mu, bezradna wobec nieprzezwyciężonych trudności, truchlejąca przed wyjaśnieniem — koniecznem, niemożliwem i przerażającem; czuła się w to wszystko wplątana — razem z jego obłędem.
— Ach, tak mi przykro — szepnęła.
— O cóż pani chodzi? — rzekł pogodnie. — Nie potrzebuje się pani o mnie bać, ja się nie zdenerwuję. To tamten się zdenerwuje, kiedy się tego najmniej będzie spodziewał. Ani mnie to grzeje ani ziębi, ale to ci będzie dopiero kawał, kiedy ten frajer wścibi tu jutro swój pysk. Nie dbam ani trochę o kabzę starego, ale prawo jest prawem. Zobaczy pani, już ja go nakryję — żeby tam był nie wiem kim!
Podszedł bliżej i górował nad nią, stojąc po drugiej stronie barjery. Spojrzał na jej ręce. Zdawało mu się że drżą, i przyszło mu na myśl: a nuż i ona bierze udział w tych machinacjach, które mają jutro jego starego omotać? Zjawił się właśnie na czas aby popsuć im szyki. Zabawiła go ta myśl; do udaremnionej intrygi odnosił się z pogardą. Ale przez całe życie traktował pobłażliwie wszelkiego rodzaju kobiece kawały. Ona doprawdy trzęsie się cała; chustka zsunęła się jej z głowy. „Biedactwo“ — pomyślał.
— Jechał go sęk, tego faceta. Przypuszczam że zmieni zdanie jeszcze przed jutrem, ale co będzie ze mną? Nie mogę łazić tu u tej furtki do rana.
Bessie wybuchnęła:
— Ależ on czeka na pana, na pana samego! To właśnie pan wraca jutro.
— Ach, więc to ja! — szepnął w oszołomieniu. Obojgu jednocześnie jak gdyby zaparło oddech. Harry rozmyślał widocznie o tem co usłyszał; wreszcie rzekł bez rozdrażnienia, lecz z widocznem zakłopotaniem: — Nie rozumiem. Przecież ja ani nie pisałem, ani też… Mój kolega przeczytał to w gazecie i powiedział mi — dziś rano… Co? Co pani mówi?
Nadstawił ucha; Bessie szeptała pośpiesznie, a on słuchał czas jakiś, pomrukując niekiedy „tak“ i „rozumiem“. Wreszcie zapytał:
— Ale dlaczego nie dzisiaj?
— Pan mnie nie zrozumiał! — wykrzyknęła ze zniecierpliwieniem. Na zachodzie jasne pasmo światła pod chmurami zagasło. Znów się ku niej zlekka pochylił aby lepiej słyszeć, a głęboka noc pochłaniała doszczętnie szepczącą kobietę i mężczyznę słuchającego uważnie — majaczyły tylko ich twarze zbliżone poufnie, jakby sobie coś pieszczotliwie zwierzali.
Wyprostował się; szeroko-skrzydły cień kapelusza tkwił zawadjacko na jego głowie.
— Czy to nie głupia historja? — odwołał się do niej. — Jutro? No, no! Nigdy o niczem podobnem nie słyszałem. Więc to wszystko ma się stać jutro, a żadnego dzisiaj niema, o ile rozumiem.
Stała bez słowa i ruchu.
— A pani go podtrzymywała w tem dziwacznem wyobrażeniu — rzekł.
— Nigdy mu nie przeczyłam.
— Dlaczego?
— A poco miałam mu przeczyć? — broniła się. — Byłoby go to tylko unieszczęśliwiło. Zwarjowałby na dobre.
— Na dobre — mruknął Hagberd i usłyszał krótki, nerwowy śmiech Bessie.
— Cóż w tem złego? Czy miałam się kłócić z biednym staruszkiem? Łatwiej mi było samej nawpół w to uwierzyć.
— Tak, tak — rozmyślał, pojmując w lot o co jej chodzi. — Widzi mi się, że stary umiał jakoś do pani trafić przyjemnemi słówkami. Pani ma miękkie serce.
Podniosła ręce w ciemności nerwowym ruchem:
— I przecież to mogła być prawda. To była prawda. A teraz to się stało. I oto jest. Przyszło to jutro, na któreśmy czekali.
Odetchnęła głęboko, a on rzekł dobrodusznie:
— Aha, tylko że drzwi są zamknięte. Byłoby mi wszystko jedno, ale… I pani myśli, że możnaby go doprowadzić do tego żeby mnie poznał… co? Co pani mówi?… Mogłaby pani to zrobić? W tydzień, pani powiada? Hm, pewnie że paniby potrafiła — ale czy pani myśli, że mógłbym wytrzymać cały tydzień w tej zatraconej dziurze? Nigdy w życiu! Mnie trzeba albo ciężkiej pracy, albo hecy co się nazywa, albo więcej przestrzeni niż znajdzie się w całej Anglji. Byłem już raz w tem miejscu i siedziałem więcej niż tydzień. Stary poszukiwał mnie wtedy przez gazety, i koledze, który był ze mną, przyszło na myśl, żeby wyciągnąć ze starego parę gwinei — no i napisał do niego list pełen strasznych bredni. Ale kawał się nie udał. Musieliśmy wiać — i to czemprędzej. A teraz znów kolega jeden czeka na mnie w Londynie, i w dodatku…
Bessie Carvil oddychała szybko.
— Gdybym tak spróbował zastukać? — zapytał.
— Niech pan spróbuje — odrzekła.
Furtka kapitana Hagberda skrzypnęła; cień jego syna ruszył naprzód, potem zatrzymał się znowu; rozległ się głęboki, gardłowy śmiech, jakby starego Hagberda, tylko cichy i łagodny, trafiający wprost do serca kobiety, głaszczący jej uszy.
— On nie jest porywczy, prawda? Bałbym się go tknąć. Chłopcy mi zawsze mówią, że nie znam własnej siły.
— On? To najłagodniejsza istota pod słońcem — przerwała.
— Nie mówiłaby pani tego, gdyby pani widziała jak gonił za mną w górę po schodach z twardym rzemieniem w ręku — rzekł; — przez szesnaście lat tego nie zapomniałem.
Wybuchnął znowu miękkim, stłumionym śmiechem, który oblał Bessie warem od stóp do głów. Rozległo się kołatanie u drzwi; serce skoczyło jej do gardła.
— Hejże, tatko! Niech mnie tatko wpuści. Ja jestem Harry, naprawdę. No prędzej! Wróciłem do domu o dzień za wcześnie.
Jedno z okien na piętrze otworzyło się.
— To kpiarz i szpicel — odezwał się z góry w ciemnościach głos starego Hagberda. — Bessie, ty się z nim nie zadawaj. Toby popsuło wszystko.
Bessie usłyszała jeszcze głos Harry’ego: „Słuchaj, tatusiu“ — a potem brzęczący łoskot. Okno zamknęło się z trzaskiem, i oto Harry stał przed nią znowu.
— Kubek w kubek to samo co dawniej. Wtedy o mało co nie zatłukł mnie na śmierć, żeby mi nie dać uciec, a teraz, kiedy wróciłem, rzuca mi szuflę psiakrew na łeb, żeby mnie nie wpuścić do domu. Otarła mi się o ramię.
Bessie zadrżała.
— Wszystko byłoby mi jedno — zaczął znów — tylko że wydałem ostatnie szylingi na przejazd koleją i ostatnie dwa pensy na ogolenie się — przez szacunek dla starego.
— Czy pan jest doprawdy Harrym Hagberdem? — spytała szybko. — Może pan tego dowieść?
— Czy mogę tego dowieść? A któżby inny mógł tego dowieść? — rzekł jowialnie. — Czemże mam dowieść? I poco mam dowodzić? Niema ani jednego zakątka na całej ziemi, z wyjątkiem może Anglji, gdzieby się nie znalazł jaki mężczyzna, a jeszcze prędzej kobieta, któraby nie pamiętała mnie, Harry’ego Hagberda. Jestem do niego podobniejszy od wszystkich ludzi na świecie, i w mig mogę pani tego dowieść, jeśli pani pozwoli mi wejść za ogrodzenie.
— Niech pan wejdzie — odrzekła.
Wszedł do frontowego ogródka Carvilów. Jego wysoki cień szedł zadzierzyście, stawiając wielkie kroki. Bessie odwróciła się plecami do okna i czekała, śledząc postać, której najmaterjalniejszą częścią zdawał się być odgłos kroków. Światło padło na kapelusz, tkwiący nabakier; na potężne ramię, które zdawało się pruć ciemność; na nogę wysuwającą się naprzód. Obrócił się na pięcie i stanął bez ruchu, zwrócony twarzą do oświetlonego okna, kręcąc głową z boku na bok i uśmiechając się do siebie.
— Niech pani tylko wyobrazi sobie przez chwilę, że przykleiłem do szczęk brodę starego. Co? No jakże? Tak było już od dziecka — wykapany ojciec.
— To prawda — szepnęła do siebie.
— Ale na tem koniec podobieństwa. Z niego był zawsze taki domator. Jakże, pamiętam że łaził po domu i wyglądał jak ciężko chory już na trzy dni przed jedną z tych swoich wycieczek do South Shields po węgiel. Miał stały kontrakt z gazownią. Myślałby kto że się wyprawia na wieloryby — na trzy lata z okładem. Ha, ha! Nic podobnego. Co najwyżej dziesięć dni na morzu. „Morski Latawiec“ był dzielnym statkiem. Czy nie piękna nazwa? Należał do wuja mojej matki…
Urwał i zapytał zniżonym głosem:
— Czy stary mówił pani kiedy, na co matka umarła?
— Tak — odrzekła gorzko panna Bessie: — z niecierpliwości.
Nie odzywał się wcale przez chwilę, a potem rzekł nagle:
— Tak się bali abym nie poszedł na złą drogę, że mnie poprostu wypędzili. Matka gderała na mnie ciągle że się wałkonię, a stary powiedział, że prędzej duszę ze mnie wytrzęsie niż mnie puści na morze. No i zanosiło się doprawdy, że tak zrobi — to też sobie poszedłem. Tak mi się widzi czasami, że urodziłem się im przez pomyłkę — tam w ich kojcu.
— A gdzież to pan powinien był się urodzić? — przerwała mu Bessie Carvil wyzywającym tonem.
— Pod gołem niebem, na jakiemś wybrzeżu, w wietrzną noc — odparł z błyskawiczną szybkością. Potem zamyślił się. — Z nich to zawsze była para dziwadeł, słowo daję, a stary pozostał takusieńki jak dawniej, no nie? Żeby mi, psiakrew, szuflę zrzucić na — — Słyszy pani? Kto to się tak drze? „Bessie“, „Bessie“. To w pani domu.
— Wołają mnie — rzekła obojętnie.
Odstąpił nabok, usuwając się ze światła.
— To pani mąż? — zapytał tonem człowieka przyzwyczajonego do schadzek. — Taki głos przydałby się na pokładzie w grzmoty i ulewę.
— Nie; to mój ojciec. Ja jestem niezamężna.
— Pani mi wygląda na ładną dziewczynę, droga panno Bessie — rzekł natychmiast.
Odwróciła twarz.
— Nie, doprawdy — czegoż on chce? Czy go kto zarzyna?
— Chce żeby mu dać herbaty. — Stała bez ruchu naprzeciw Hagberda, wysoka, z odwróconą głową i opuszczonemi, splecionemi rękami.
— Czy nie lepiej żeby pani tam poszła? — zaproponował, popatrzywszy przez chwilę na jej kark — płat olśniewająco białej skóry i miękkiego cienia nad ciemnym zarysem ramion. Chustka zsunęła się jej aż do łokci. — Za chwilę zleci się tu całe miasto. Ja trochę poczekam.
Schylił się aby podnieść jej chustkę, która upadła na ziemię; Bessie znikła. Przerzucił chustkę przez ramię, i zbliżywszy się otwarcie do okna, ujrzał potworną postać tłuściocha na fotelu, lampę nieosłoniętą kloszem, olbrzymią gębę ziewającą w wielkiej, płaskiej twarzy otoczonej sterczącemi nierówno włosami, a tuż obok głowę panny Bessie i jej postać do pasa. Krzyk ustał; roleta opadła. Harry pogrążył się w rozmyślaniu nad swem głupiem położeniem. Ojciec ma bzika; niema mowy aby się dostać do domu. Na powrót ani grosza; a tam w Londynie czeka głodny kolega, który zacznie myśleć, że Harry puścił go kantem. „Psiakrew!“ — mruknął. Pewnie że mógłby się włamać do mieszkania, ale nużby go za to wpakowali do ula bez dalszych ceregieli? Ostatecznie nie byłoby to nic wielkiego, tylko że bał się panicznie żeby go nie zamknięto, choćby przez omyłkę. Dreszcz go przeszedł na samą myśl o tem. Tupnął nogą w przemokłą trawę.
— Czem pan jest? marynarzem? — spytał nerwowy głos.
Bessie wysunęła się była z domu jak cień — przyciągnięta przez drugi zuchwały cień, czekający pod ścianą jej domu.
— Wszystkiem. Jako majtek potrafię także na kęs chleba zarobić. I tak też wróciłem tym razem.
— Skąd pan przyjechał? — spytała.
— Z pysznej biby — odrzekł — londyńskim pociągiem. Brr! Nienawidzę tego zamknięcia w wagonie. W domu to mniej mi jest przykro.
— Ach — odrzekła — to dobrze.
— Bo w domu można każdej chwili otworzyć przeklęte drzwi i pójść prosto przed siebie.
— I nigdy nie wrócić?
— Przynajmniej przez szesnaście lat — zaśmiał się. — Wraca człowiek do kojca na króliki i dostaje w łeb parszywą starą szuflą…
— Okręt nie jest znów taki wielki — zadrwiła.
— Nie, ale morze jest wielkie.
Spuściła głowę, i jakby jej uszy otwarły się nagle na głosy świata, usłyszała za wałem tamy rozkołysane wczorajszą burzą morze, rozbijające się o brzegi wśród monotonnych i uroczystych drgań, jakby cała ziemia była jednym, bijącym dzwonem.
— A zresztą — cóż, okręt jest okrętem. Kocha się go i rzuca się go; a podróż to nie małżeństwo — zacytował lekkim tonem marynarskie przysłowie.
— To nie małżeństwo — powtórzyła szeptem.
— Nie kryłem się nigdy za fałszywem nazwiskiem i nie powiedziałem jeszcze nigdy kłamstwa kobiecie. Jakiego kłamstwa? No więc właśnie tego kłamstwa. Bierz mnie, albo mnie nie bierz, mówię; a jeśli mnie weźmiesz, to…
Zanucił bardzo cicho urywek śpiewki, oparłszy się o ścianę:

Oh, ho, ho, Rio,
Bądźże mi zdrowa,
Dziewczyno miła,
Jedziemy do Rio, do Rio Grande.

— To taka śpiewka z pokładu — objaśnił. Zęby Bessie zaszczękały.
— Zimno pani — rzekł. — O, tu jest pani szmatka, którą podniosłem z ziemi. — Poczuła na sobie jego ręce otulające ją ciasno. — Proszę trzymać końce — rozkazał.
— Poco pan tu przyjechał? — zapytała, powstrzymując dreszcz.
— Po pięć gwinei — odrzekł szybko. — Nasza biba trwała trochę zadługo i wpadliśmy w tarapaty.
— Piliście? — rzekła.
— Przez trzy dni, naumór; rozmyślnie. To nie jest mój zwyczaj — niech pani tego nie myśli. Nic i nikt nie może wziąć mnie za łeb — chyba, że na to pozwolę. Umiem być twardy jak skała. Mój kamrat przeczytał gazetę dziś rano i mówi do mnie: „Ruszaj, Harry; kochający rodzic czeka. Pięć gwinei murowane“. No więc wytrząsnęliśmy wszystkie kieszenie na bilet. Głupi kawał, do licha!
— Zdaje mi się, niestety, że pan ma twarde serce — westchnęła.
— Dlaczego? Dlatego że uciekłem? Jakże, przecież chciał ze mnie zrobić gryzipiórka od adwokata — dla swojej własnej przyjemności. Rządził się w domu jak władca, a moja biedna matka podszczuwała go jeszcze na mnie — prawdopodobnie dla mojego dobra. No więc — adju Fruziu — i dałem nura. Mówię pani: tego dnia co zwiałem, cały byłem w siniakach od jego wielkiej miłości. Ale z niego to było zawsze dziwadło. Niechże pani spojrzy na tę szuflę. Myśli pani, że on ma źle w głowie? Nie tak bardzo. To wypisz wymaluj mój ojciec. Chce mnie trzymać przy sobie tylko po to, żeby miał komu rozkazywać. Aleśmy wpadli porządnie z tym kolegą; a dla starego cóż to znaczy pięć gwinei — raz na szesnaście długich lat?
— Żal mi pana doprawdy. Czy pan nigdy nie pragnął wrócić do domu?
— Żeby być pisarzem u adwokata i gnić tutaj — albo w innej jakiej dziurze? — zawołał pogardliwie. — Słowo daję, gdyby tak stary osadził mnie dziś w jakim domu, rozbiłbym wszystko w puch — albo zdechłbym tam na miejscu przed końcem trzeciego dnia.
— A gdzież to pan ma nadzieję umrzeć?
— Gdzieś w lesie; na morzu; a najlepiej na szczycie jakiej góry. Dom? O tak! cały świat jest moim domem; ale przypuszczam, że umrę kiedyś w szpitalu. I cóż z tego? Każde miejsce jest dobre na śmierć, byle tylko mieć życie jak się patrzy; a byłem prawie wszystkiem co pani może sobie wyobrazić, tylko nie krawcem ani żołnierzem. Byłem konnym strażnikiem granicznym; strzygłem owce; i włóczyłem się z workiem na plecach, i polowałem na wieloryby. Pracowałem przy takielowaniu statków, i poszukiwałem złota, i obdzierałem byki ze skóry — a nieraz machnąłem ręką na więcej pieniędzy, niżby stary potrafił uciułać przez całe życie. Ha, ha!
Oszołomił ją zupełnie. Z największym wysiłkiem zdołała wymówić:
— Czas panu wypocząć.
Wyprostował się, odstępując od ściany, i rzekł surowym głosem:
— Czas mi iść.
Ale jeszcze nie odchodził. Oparł się znów o ścianę i zanucił w zadumie parę taktów jakiejś obcej melodji.
Bessie czuła, że zbiera jej się na płacz.
— To znów jedna z tych okrutnych pana śpiewek — rzekła.
— Nauczyłem się jej w Meksyku — w Sonorze — opowiadał swobodnie. — To pieśń ludzi zwanych Gambucinami. Nie słyszała pani o nich? Pieśń ludzi, którzy nie znają spoczynku. Nic ich w miejscu utrzymać nie może — nawet kobieta. Spotykał się z nimi człowiek od czasu do czasu w dawnych latach, gdzieś na skraju krainy złota, tam na północ za Rio Gila. Widziało się i tamte strony. Pewien inżynier poszukujący złota w Mazatlanie wziął mnie z sobą, żebym mu pomagał pilnować wagonów. Poręcznie mieć z sobą marynarza — w każdym wypadku. Pustynia tam a pustynia; rozpadliny w ziemi takie że dna nie widać; i góry — szczere skały sterczące wysoko jak mury i wieże kościelne, tylko że sto razy wyższe. Wąwozy pełne głazów i czarnych kamieni. Nie ujrzysz tam ani źdźbła trawy; a słońce o zachodzie takie czerwone, jakiegom nigdzie nie widział — czerwone jak krew i złe. To jest piękne.
— Pan chyba nie chce tam wrócić? — wyjąkała.
Roześmiał się lekko.
— Nie. To ta przeklęta kraina złota. Trzęsło mnie czasem kiedym się na toto patrzył — a niech pani nie zapomina, że była nas spora kupa ludzi; tymczasem ci Gambucinowie wędrowali samotnie. Znali ten kraj, kiedy jeszcze nikt o nim nawet nie słyszał. Mieli jakiś węch do wynajdywania złota, i mieli także gorączkę złota; ale zdawało się że niebardzo im na złocie zależy. Odkryli jakie bogate złoże, a potem je porzucali; może i wzięli sobie trochę złota — tyle co na porządną bibę — i już ich nie było, szukali znów dalej. Nie zatrzymywali się nigdy tam gdzie były domy; nie mieli ani żony, ani dziecka, ani domu, a przyjaciela — nigdy. Nie można się było przyjaźnić z Gambucinem; zanadto byli ruchliwi — dzisiaj tu, a jutro — Bóg raczy wiedzieć gdzie. Nie mówili nikomu o miejscach przez siebie odkrytych, a nikt nigdy nie słyszał żeby takiemu Gambucinowi dobrze się powodziło. Nie dbali wcale o złoto; ale poszukiwanie złota, wędrówki po tym kamiennym kraju tak weszły im w krew, że nie dawało im to spokoju; i żadna kobieta żyjąca na świecie nie mogła utrzymać przy sobie Gambucina więcej niż tydzień. O tem właśnie mówi piosenka. O ładnej dziewczynie, która się starała ze wszystkich sił zatrzymać przy sobie kochanka, — właśnie Gambucina — żeby przynosił jej mnóstwo złota. Ale gdzietam! Poszedł sobie i tyle go widziała.
— Co się z nią stało? — wyszeptała Bessie.
— O tem śpiewka nie mówi. Pewnie sobie trochę popłakała. To ci były dopiero chłopy: cmoknie ją — i już go niema. Właśnie to gonienie za czemś — to coś takiego… Zdaje mi się czasem, że i ja jestem czemś w rodzaju takiego Gambucina.
— Więc żadna kobieta nie może pana zatrzymać — zaczęła twardym głosem, który załamał się nagle przed końcem zdania.
— Nie dłużej tygodnia — zażartował, grając na strunach jej serca wesołym, czułym swym śmiechem — a jednak lubię je wszystkie. Czego jabym nie zrobił dla kobiety, dla kobiety co się zowie. Jak ja nieraz przez nie wpadałem, a ileż razy mnie ratowały! Ledwie na którą spojrzę, już się kocham. Zakochałem się w pani, panno — Bessie pani na imię, prawda?
Cofnęła się trochę i rzekła, śmiejąc się, z drżeniem w głosie:
— Nie widział pan nawet mojej twarzy.
Pochylił się naprzód z galanterją.
— Trochę pani blada; ładnie z tem niektórym. Ale przystojna z pani dziewczyna, panno Bessie.
Zatrzepotało w niej serce. Nigdy jej nikt tyle nie powiedział.
Nagle zmienił ton.
— No, głodny to zaczynam być porządnie. Nie jadłem dziś śniadania. Nie mogłaby mi pani dać trochę chleba z tego tam waszego podwieczorku, albo też —
Już jej nie było. Chciał właśnie poprosić, żeby mu pozwoliła wejść do domu. Ale wszystko jedno. Gdziekolwiek, tu czy tam, byle zjeść. Do licha ciężkiego! Co też sobie pomyśli kolega?
— Nie prosiłem pani jak żebrak — rzekł żartobliwie, biorąc kawałek chleba z masłem z talerza, który mu podawała. — Prosiłem panią jak przyjaciel. Pani wie, mój tatko jest bogaty.
— Przymiera głodem dla pana.
— A ja przymierałem głodem dla jego widzimisię — rzekł, biorąc z tacy drugi kawałek.
— Wszystko co ma na świecie chowa dla pana — broniła starego.
— Tak, jeśli tylko przyjdę i na tem zasiądę, jak parszywa ropucha w swej dziurze. Dziękuję pani! a z tą szuflą to niby co? On miał zawsze dziwny sposób okazywania miłości.
— Mogłabym go ugłaskać w przeciągu tygodnia — podsunęła nieśmiało.
Zanadto był głodny aby jej odpowiedzieć; a Bessie, trzymając ulegle talerz pod jego ręką, zaczęła szeptać ku niemu w górę śpiesznym, zdyszanym głosem. Słuchał ze zdumieniem, jedząc coraz wolniej i wolniej, aż wreszcie szczęki jego zupełnie przestały się ruszać.
— Jakto! Więc o to mu chodzi — rzekł z szyderstwem i wzrastającą pogardą. Nieopanowanym ruchem wytrącił jej talerz z ręki. Wybuchnął gwałtownemi przekleństwami.
Cofnęła się przestraszona, opierając się ręką o ścianę.
— Niedoczekanie jego! — miotał się z wściekłością. — On się spodziewa! Spodziewa się tego po mnie — za swoje plugawe pieniądze!… Komu potrzebny jego dom? On wcale warjatem nie jest! Niech pani tego nie myśli. On chce tylko postawić na swojem. Chciał ze mnie zrobić nędznego gryzipiórka, a teraz chciałby mnie widzieć podłym, swojskim królikiem w kojcu! Mnie! Mnie! — Stłumiony, gniewny jego śmiech przeraził ją teraz.
— Cały świat ledwie mi starczy aby się swobodnie obracać — żebyś o tem wiedziała, ty — jak ci na imię? Bessie — a cóż dopiero nędzna klitka w jakimś kojcu. Żenić się! Chce żebym się ożenił i osiadł! Bardzo możliwe, że i dziewczynę mi wynalazł — do pioruna! A któż to ta kandydatka, jeżeli wolno zapytać?
Trzęsła się cała od bezgłośnych, suchych szlochów, ale zanadto był wzburzony i rozżalony by zauważyć jej cierpienie. Na samą myśl o tem co usłyszał gryzł sobie palce z wściekłości. Okno się otworzyło z łoskotem.
— To kpiarz, to szpicel — wyrzekł apodyktycznie stary Hagberd miarowym tonem. Wydało się Bessie, że dźwięk jego głosu zaraża noc samą szaleństwem — że zsyła obłąkanie i klęskę na całą ziemię. — Teraz już wiem, dlaczego ci ludzie tutaj są tacy, moja duszko. To zupełnie naturalne! Przecież ten zwarjowany drab łazi tu wszędzie. Tylko się z nim nie zadawaj, Bessie, słyszysz? Bessie!
Zdawało się że oniemieli oboje. Stary wiercił się i mruczał coś do siebie u okna. Nagle krzyknął przenikliwym głosem:
— Bessie — ja ciebie widzę! Powiem Harry’emu.
Poruszyła się, niby chcąc uciec, lecz zatrzymała się i podniosła ręce do skroni. Wielki, niewyraźny cień młodego Hagberda ani drgnął, jakby był z kamienia. Nad ich głowami obłąkana noc żaliła się i wymyślała starczym głosem.
— Odpędź go, Bessie. To zwykły włóczęga. Ty potrzebujesz domu, własnego, porządnego domu. Ten człowiek nie ma domu — nie tak jak Harry. Harry przyjedzie jutro. Czy mnie słyszysz? Jeszcze jeden dzień — plótł z coraz większem podnieceniem — nic się nie bój, Harry się z tobą ożeni.
Jego obłąkany głos rozlegał się bardzo ostro na tle miarowego, głębokiego szumu fal, dudniących ciężko o zewnętrzną stronę morskiego wału.
— Będzie się musiał ożenić. Ożeni się, bo inaczej — rzucił groźne przekleństwo — wyrzucę go jutro za drzwi bez grosza w kieszeni i zostawię wszystko tobie. Zrobię to! Tylko tobie. Niech zdycha z głodu.
Okno się zamknęło.
Harry odetchnął głęboko i zbliżył się o krok do Bessie.
— Więc to pani jest tą dziewczyną — rzekł zniżonym głosem. Stała bez ruchu, wciąż nawpół od niego odwrócona, ściskając skronie rękami. — Słowo daję! — ciągnął z niewidzialnym półuśmiechem na ustach — mam wielką ochotę zostać…
Łokcie jej drżały gwałtownie.
— Na tydzień — zakończył bez pauzy.
Zakryła gwałtownie twarz dłońmi. Podszedł do niej bliziutko i ujął łagodnie jej ręce. Poczuła jego oddech na uchu.
— Wpadłem w okropne tarapaty, i właśnie pani musi mi pomóc się z tego wygrzebać. — Usiłował odkryć jej twarz. Opierała się. Puścił ją więc i spytał, odstępując nieco wtył: — Ma pani trochę pieniędzy? Muszę odjechać natychmiast.
Przejęta wstydem skinęła prędko głową, a on czekał, nie patrząc w jej stronę, gdy się pochyliła, dygocząc i szukała kieszeni w spódnicy.
— Ma pan! — wyszeptała. — Niech pan idzie, na miłość boską, niechże pan już idzie! Gdybym miała więcej — więcej — dałabym wszystko, żeby zapomnieć — żeby pan tylko zapomniał —
Wyciągnął rękę.
— Niema strachu. Ani jednej z was nie zapomniałem. Były i takie co dały mi więcej niż pieniądze — ale teraz jestem żebrakiem — a wy, kobiety, musicie mnie zawsze z biedy wyciągać.
Podszedł zamaszystym krokiem do okna od saloniku i w mętnem świetle, sączącem się przez okiennicę, spojrzał na monetę leżącą na jego dłoni. Było to pół funta. Wsunął je do kieszeni. Bessie stała nieco z boku, z głową opadłą na piersi, jak ranna; z rękoma zwisającemi bezwładnie, jak nieżywa.
— Nie może mnie pani wkupić do domu — powiedział — a siebie nie może pani wykupić.
Uderzył się zlekka po kapeluszu, umacniając go na głowie, i w następnej chwili Bessie uczuła się porwana w potężny uścisk jego ramion. Straciła grunt pod nogami, głowa jej zwisła wtył; zasypywał jej twarz pocałunkami z milczącym i gwałtownym żarem, jakby mu było pilno dobrać się aż do samej jej duszy. Całował jej blade policzki, jej twarde czoło, jej ociężałe powieki, jej zwiędłe usta; a miarowe ciosy i westchnienia wzbierającego przypływu towarzyszyły zachłannej mocy jego ramion, oszałamiającej potędze jego pieszczot. Było to jak gdyby morze obaliło wał, chroniący wszystkie domy miasta, i wysłało falę, która ogarnęła Bessie. Fala przepłynęła; Bessie zatoczyła się i oparła plecami o ścianę, wyczerpana do cna, jakby wyrzucona przez morze po burzy i rozbiciu okrętu.
Po chwili otwarła oczy; i wsłuchując się w pewne, swobodne kroki, oddalające się ze zdobyczą, zaczęła zbierać suknie w dłoniach, patrząc wciąż przed siebie. Nagle wypadła przez otwartą furtkę na ciemną i pustą ulicę.
— Stój! — krzyknęła. — Nie odchodź!
Wsłuchiwała się z głową przechyloną uważnie nabok, nie umiejąc zdać sobie sprawy, czy to rytm przypływu czy też nieubłagany krok Harry’ego pada okrutnym ciężarem na jej serce. Wkrótce wszystkie dźwięki zaczęły słabnąć w jej uszach, jakby zwolna obracała się w kamień. Przejął ją lęk przed tem strasznem milczeniem — gorszy niż przed śmiercią. Zebrała opuszczające ją siły na ostateczne wezwanie:
— Harry!
Nie doszło jej nawet zamierające echo kroków. Nic. Nawet grzmot przypływu, głos niespokojnego morza jak gdyby ucichł. Ustały wszystkie dźwięki, zamarł wszelki rytm życia, jakby Bessie została sama jedna, zagubiona w tym kamiennym kraju, o którym jej opowiadano, w kraju gdzie snują się obłąkańcy, szukając złota, i gardzą odkrytemi skarbami.
Kapitan Hagberd stał na czatach w swym ciemnym domu. Otworzyło się okno; i w ciszy kamiennego kraju przemówił głos nad głową Bessie, wysoko w czarnem powietrzu — głos obłędu, kłamstwa, rozpaczy — głos niewygasającej nadziei.
— Czy ten kpiarz, ten szpicel już sobie poszedł? Czy go słyszysz tu gdzie, moja duszko?
Wybuchnęła płaczem.
— Nie! nie! nie! Już go nie słyszę wcale — łkała.
Zaczął chichotać tryumfująco na górze.
— Odstraszyłaś go. Dzielna z ciebie dziewczyna. Teraz już wszystko będzie dobrze. Nie niecierpliw się, moja duszko. Jeszcze jeden dzień.
W sąsiednim domku stary Carvil, wylegując się jak jaki król w swym fotelu, przy lampie palącej się na stole, wrzasnął wniebogłosy:
— Bessie! Bessie! Ty tam, Bessie!
Usłyszała go wreszcie i, jakby pokonana przez los, ruszyła chwiejnym krokiem, milcząc, z powrotem ku domowi, ku swemu dusznemu piekiełku. Nie było tam wyniosłej bramy ani straszliwego napisu o zawiedzionych nadziejach — i Bessie nie rozumiała w czem leży jej wina.
Kapitan Hagberd na górze doprowadził się stopniowo do stanu hałaśliwego szczęścia.
— Niech pan odejdzie od okna! Niechże się pan uspokoi! — żachnęła się na niego ze łzami w głosie, stojąc u progu.
Zbuntował się przeciw jej władzy, uniesiony wielką radością, że się pozbył nareszcie tego czegoś co mu bróździło. Zdawało się iż obłęd całego świata, opętany nadzieją, wyrwał się na swobodę aby napełnić zgrozą serce Bessie — obłęd zaklęty w głos tego starca, głoszącego swoją wiarę w wieczyste jutro.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Aniela Zagórska.