Strona:PL Joseph Conrad-Falk wspomnienie, Amy Foster, Jutro.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sem ci Gambucinowie wędrowali samotnie. Znali ten kraj, kiedy jeszcze nikt o nim nawet nie słyszał. Mieli jakiś węch do wynajdywania złota, i mieli także gorączkę złota; ale zdawało się że niebardzo im na złocie zależy. Odkryli jakie bogate złoże, a potem je porzucali; może i wzięli sobie trochę złota — tyle co na porządną bibę — i już ich nie było, szukali znów dalej. Nie zatrzymywali się nigdy tam gdzie były domy; nie mieli ani żony, ani dziecka, ani domu, a przyjaciela — nigdy. Nie można się było przyjaźnić z Gambucinem; zanadto byli ruchliwi — dzisiaj tu, a jutro — Bóg raczy wiedzieć gdzie. Nie mówili nikomu o miejscach przez siebie odkrytych, a nikt nigdy nie słyszał żeby takiemu Gambucinowi dobrze się powodziło. Nie dbali wcale o złoto; ale poszukiwanie złota, wędrówki po tym kamiennym kraju tak weszły im w krew, że nie dawało im to spokoju; i żadna kobieta żyjąca na świecie nie mogła utrzymać przy sobie Gambucina więcej niż tydzień. O tem właśnie mówi piosenka. O ładnej dziewczynie, która się starała ze wszystkich sił zatrzymać przy sobie kochanka, — właśnie Gambucina — żeby przynosił jej mnóstwo złota. Ale gdzietam! Poszedł sobie i tyle go widziała.
— Co się z nią stało? — wyszeptała Bessie.
— O tem śpiewka nie mówi. Pewnie sobie trochę popłakała. To ci były dopiero chłopy: cmoknie ją — i już go niema. Właśnie to gonienie za czemś — to coś takiego… Zdaje mi się czasem, że i ja jestem czemś w rodzaju takiego Gambucina.
— Więc żadna kobieta nie może pana zatrzymać — zaczęła twardym głosem, który załamał się nagle przed końcem zdania.
— Nie dłużej tygodnia — zażartował, grając na