Strona:PL Joseph Conrad-Falk wspomnienie, Amy Foster, Jutro.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czątku bardzo dziwiło kapitana a potem go przestraszyło; ale na wszystkie pytania zdumionych sąsiadów odpowiadał lękliwie i wymijająco: „To tylko na tymczasem“.
O tem zdarzeniu oddawna już zapomniano; co się zaś tyczy kapitana Hagberda, z czasem nietyle zapomniano o nim, co zaczęto go lekceważyć — przykry skutek spowszednienia — tak jak niekiedy lekceważy się nawet słońce, jeśli nie da nam odczuć dotkliwie swojej potęgi. Z ruchów kapitana nie przebijało wcale niedołęstwo; chodził sztywno w swojem żaglowem ubraniu, figura dziwaczna i zwracająca uwagę; tylko jego oczy błądziły może bardziej nieuchwytnie niż ongi. W jego zachowaniu poza domem nie było już tej pobudliwej czujności; stał się zakłopotany i niepewny, jak gdyby podejrzewał że jest w nim coś zlekka kompromitującego, jakaś kłopotliwa dziwaczność; a jednak nie był w stanie zdać sobie sprawy, na czem właściwie polega ten jego feler.
Rozmawiał już teraz niechętnie z mieszkańcami miasteczka. Zażywał opinji okropnego sknery skąpiącego sobie na pożywienie. W sklepach pomrukiwał coś żałośnie pod nosem, kupując skrawki mięsa po długich namysłach, i odpierał wszelkie aluzje do swego kostjumu. Stało się tak jak przepowiedział golibroda. O ile można było wymiarkować, kapitan wyleczył się już z choroby nadziei, i tylko panna Bessie Carvil wiedziała, że nie mówił nic o powrocie syna, ponieważ już go nie oczekiwał „w przyszłym tygodniu“, „w przyszłym miesiącu“ lub „na przyszły rok“. Oczekiwał go „jutro“.
Ze spotkań tych dwojga na dziedzińcu za domem i we frontowym ogródku wywiązała się zażyłość; kapitan rozmawiał z Bessie po ojcowsku, rozsądnie i apodyk-