Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część I/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XII.

W Atenach Julian miał odbyć święcenia i zostać zakonnikiem.
Był świeży poranek wiosenny. Słońce jeszcze nie wzeszło. Julian wysłuchał jutrzni w kościele i zaraz po nabożeństwie udał się o kilkanaście stadjów za miasto brzegami Ilisu, ukrytymi śród platanów i dzikiego winokrzewu. Miał on w pobliżu Aten ulubiony kącik zaciszny nad brzegiem strumienia, z cichym szmerem toczącego się nakształt jedwabnej wstęgi po usłanem krzemykami łożysku. Stamtąd lubił podziwiać przez mgły różowe skały Akropolisu i wspaniałe zarysy Partenonu, zaledwie oświetlone jutrzenką.
Zdjąwszy obuwie, Julian wszedł boso w płytkie wody Ilisu. Pachnęło zaledwie rozwinięte kwiecie muszkatołowej winorośli. W tej woni czuć było przedsmak wina, tak samo, jak pierwsze rojenia dzieciństwa tchną przeczuciem miłości.
Zanurzywszy nogi w wodzie, siadł Julian na korzeniach platanu i otworzywszy „Fedrę”, począł czytać. Sokrates w swym dyalogu przemawiał do Ferry.
„Zwróćmy się w tę stronę i pójdźmy z biegiem Ilisu. Poszukamy sobie ustronnego miejsca i tam usiądziemy.
Fedro. — Na szczęście nie wziąłem dzisiaj obuwia, ty zaś, Sokratesie, zawsze chodzisz boso. Możemy iść łożem strumienia, przepłókując nogi. Spojrzyj, jaki tu nurt wesoły i przejrzysty, — rzekłbyś, że się uśmiecha.
Sokrates. — Na Palladę! cudne to miejsce. Prawdopodobnie poświęcone jest nimfom i bogu Acheloosowi, jak sądzić należy po tych posążkach. Czy nie uczuwasz, Fedro, że tutaj wietrzyk szczególnie jest łagodny i wonny? Tu w samym śpiewie chrząszczów czuć jakąś słodycz, przypominającą lato. Ale najbardziej podobają mi się te wysokie trawy; możemy na nich głowy położyć...
Julian z uśmiechem rozejrzał się dokoła: wszystko tak było, jak przed ośmiu wiekami. Właśnie chrząszcze rozpoczynały swe śpiewy śród traw...
— Nogi Sokratesa stąpały po tej ziemi! — pomyślał.
I zanurzywszy głowę w gęste trawy, ucałował z zapałem świętą ziemię.
— Witaj, Julianie! Wyborny kącik wyszukałeś tu sobie do czytania. Czy pozwolisz usiąść przy tobie?
— Siadaj, zrobisz mi przyjemność. Poeci nie mącą samotności.
Spojrzawszy na przyodzianą w niepomiernie długi płaszcz mizerną postać poety Publiusza Optacyana Porfirjusza, Julian z mimowolnym uśmiechem pomyślał sobie.
— Takie to małe i bezkrwiste i chude, że w samej rzeczy możnaby uwierzyć, iż wkrótce przemieni się w konika polnego według podania Platona o poetach!
Publiusz w istocie na podobieństwo konika polnego umiał żyć prawie bez pożywienia, jakkolwiek bogowie odmówili mu zdolności nieodczuwania głodu i pragnienia. Na ziemistej, pomarszczonej, oddawna nie golonej jego twarzy, na zsiniałych wargach wiecznie znać było piętno nienasyconego głodu.
— Dlaczego nosisz płaszcz taki długi, Publiuszu? — zapytał Julian.
— Bo to nie mój — odparł tenże z obojętnością filozofa; — to jest, właściwie mój, ale tylko na chwilę. Wynajmuję mieszkanie do spółki z pewnym młodzieńcem Hefestjonem, który przybył do Aten uczyć się krasomówstwa. Będzie z niego kiedyś znakomity obrońca. Tymczasem jest to biedak, jak i ja, ubogi, jak poeta liryczny — dość powiedzieć. Zastawiliśmy nasze szaty, nasze sprzęty, nawet kałamarz. Pozostał nam tylko jeden płaszcz na dwóch. Rankiem ja wychodzę, a Hyfestyon studyuje Demostenesa; wieczorem, on bierze na barki chlamidę, ja zaś wiersze piszę. Na nieszczęście, nie jesteśmy jednakowego wzrostu. Ale mniejsza o to! Zato mogę chodzić, jak starożytne Trojanki — w powłóczystej szacie.
Zaśmiał się z całego serca, a twarz jego koloru ziemi przypominała podochoconego płaczka na pogrzebie.
— Widzisz, mój Julianie, — ciągnął poeta — liczę na śmierć wdowy po niesłychanie bogatym Rzymianinie — dzierżawcy. Szczęśliwi spadkobiercy zamówią u mnie epitafium, za które hojnie zapłacą. Całe nieszczęście, że wdowa pomimo starań doktorów i spadkobierców uwzięła się i nie myśli oddawać ducha. Gdyby nie to, już byłbym sobie dawno płaszcz kupił. Ale słuchaj. Julianie, chodź-no ze mną natychmiast.
— Dokąd?
— Spuść się na mnie, będziesz mi wdzięczny.
— Cóż to za tajemnice?
— Nie trać czasu, nie pytaj o nic, wstań i chodźmy. Poeta nie uczyni nic złego druhowi poetów. Ujrzysz boginię.
— Jaką boginię?
— Artemidę Łowczynię.
— Obraz? Posąg?
— Coś lepszego. Jeżeli kochasz piękno, bierz płaszcz i podążaj za mną.
Publiusz mówił to wszystko z miną tak zabawnie tajemniczą, że Juliana zdjęła ciekawość. Wstał więc, obuł się, i poszli.
— Jeden warunek. Nic nie mów i niczemu się nie dziw. Inaczej oczarowanie zniknie. Na Kaliopę i Erato, zawierz mi! Dwa kroki stąd... a żeby ci się droga jeszcze krótszą wydała, odczytam ci początek epitafjum dla mojej dzierżawczyni.
Wyszli na pełen kurzu gościniec.
W pierwszych promykach słońca bronzowa tarcza Minerwy Promachos błyszczała ponad różowym Akropolisem, a koniec jej cienkiej włóczni tlił się w lazurze, jak płonąca świeca. Wzdłuż baryer kamiennych, za któremi śród drzew figowych szemrały strumienie, chrząszcze cykały głośno, idąc o lepsze z ochrypłym głosem natchnionego wieszcza, odczytującego swoje epitafium.
Publiusz Optacyanus Porfiryusz nie był pozbawiony talentu, ale życie złożyło mu się nader dziwnie. Kilkanaście lat temu był właścicielem prześlicznego domku, „istnej świątyni Hermesa,” w Konstantynopolu, w pobliżu Chelcedońskiego przedmieścia. Ojciec jego, handlarz oliwy, pozostawił mu niewielką fortunę, pozwalającą na życie bez troski. Ale Publiusz, zwolennik starożytnego helenizmu, oburzał się na to, co nazywał „tryumfem niewolnictwa chrześcijańskiego.” Napisał poemat wolnomyślny, który się nie spodobał cesarzowi Konstancyuszowi. Byłby on może nań uwagi nie zwrócił, jako na brednie poetyckie, ale na nieszczęście znajdowała się w nim aluzya do osoby cesarza. To nie mogło ujść bezkarnie. Zemsta spadła na autora: skonfiskowano mu dom i grunta, jego zaś samego wygnano na odludną wyspę Archipelagu, na której nic nie było prócz skał, kóz i febry. Optacyan nie zniósł tej próby, wyklął swoje liberalne poglądy i postanowił za wszelką cenę zmazać swą winę. Trawiony gorączką, podczas bezsennych nocy ułożył na wyspie poemat na cześć cesarza centonami z Wirgiljusza, zestawiając wiersze starodawnego poety w ten sposób, iż powstawał z nich utwór nowy. Ta dowcipna łamigłówka spodobała się u dworu. Publiusz odgadł ducha wieku.
Wtedy wziął się do rzeczy jeszcze bardziej zdumiewających. Napisał dytyramb do Konstancjusza wierszami rozmaitej miary, tworzącymi całe wizerunki, jak oto: flet pastuszy o rurkach wielu, organy hydrauliczne, ołtarz ofiarny, którego dymy wyobrażało kilkanaście króciutkich nierównej długości wierszyków nad ołtarzem. Ale cudem zręczności były wymyślone przezeń poematy kwadratowe z dwudziestu albo czterdziestu heksametrów. Niektóre litery wypisane były czerwonem atramentem i w połączeniu tworzyły wewnątrz kwadratów bądź to monogram Chrystusa, bądź, kwiatek, bądź arabeskę, a jednocześnie składały się na odmienną treść z nowemi pochlebstwami. Wreszcie ostatnie cztery heksametry utworu można było odczytywać na osiemnaście rozmaitych sposobów: od początku, od końca i od środka, z boku, z góry, z dołu i t. d., a z jakiejkolwiek strony odczytywane, zawsze stanowiły pochwałę cesarza.
Biedny poeta o mało nie stracił zmysłów przy tej nadludzkiej pracy. Ale też tryumf jego był zupełny, a Konstancjusz zachwycony. Zdawało mu się, że Optacyan przeszedł wszystkich poetów starożytności; własną ręką napisał do niego list, w którym zapewniał mu względy swoje i kończył, jak następuje: „W naszym wieku łaska moja, niby łagodne zefirów powiewy, dąży za wszystkimi, którzy pisują wiersze.”
Pomimo to nie zwrócono poecie skonfiskowanego majątku, tylko dano mu poprostu trochę pieniędzy, pozwalając opuścić wyspę samotną i zamieszkać w Atenach.
Tutaj pędził żywot niewesoły. Masztalerz stajen cyrkowych żył zbytkownie w porównaniu z Publiuszem.
W towarzystwie garbarzy, kupców-Żydów, organizatorów uczt weselnych, spędzał dni całe w przedsionkach pyszałkowatych i nieoświeconych magnatów, by zdobyć zamówienie na epitalamium, epitafium lub list miłosny. Nie wiele mógł w ten sposób zarobić. Nie tracił jednak otuchy i marzył o ofiarowaniu kiedyś cesarzowi jeszcze kunsztowniejszego poematu, który mu całkowite wróci ułaskawienie.
Julian wiedział, że Porfiryusz pomimo swego znikczemnienia żywi w sercu głęboką miłość Hellady. Był on wykwintnym znawcą poezyi greckiej, i Julian chętnie z nim przestawał.
Skręcili z gościńca i podeszli do wysokiej ściany palestry. Dokoła była pustka. Dwa czarne baranki pasły się na trawie. W pobliżu zamkniętej bramy, w której między szczelinami schodków puszczały się maki i żółte dmuchawce, stał wóz zaprzężony w parę koni białych z krótko obciętemi grzywami, jak u koni na płaskorzeźbach. Pilnował ich stary niewolnik z jajowatego kształtu łysą głową, zlekka siwym puszkiem przyprószoną. Był on, jak się okazało, głuchoniemy, ale uprzejmy. Poznał natychmiast Publiusza i przyjaźnie skinął mu głową, wskazując zamkniętą bramę palestry.
— Użycz mi na chwilę twej kieski, — rzekł Publiusz do Juliana — bym mógł wziąć jeden lab dwa denary dla tego starego błazna.
Rzucił mu pieniądz, a kaleka, wykrzywiając się z miną uniżoną i mrucząc z zadowolenia, drzwi przed nimi otworzył.
Wstąpili pod ciemny i długi perystyl. Pomiędzy kolumnami widać było ksystesy — galerje przeznaczone na kwiczenia atletów. Ksystesy zamiast piasku pokrywała trawa. Dwaj przyjaciele przeszli pod szeroki portyk wewnętrzny. Ciekawość Juliana wzmogła się od całej tej tajemniczości. Publiusz prowadził go za rękę, nie mówiąc ani słowa.
Pod drugim portykiem były drzwi, prowadzące do egzedry, krytej sali marmurowej, w której niegdyś zgromadzali się mówcy i mędrcy ateńscy. Świst cykad rozlegał się w miejscu, w którem onego czasu rozbrzmiewały słynnych mężów wymowne rozprawy. Śród gęstych, jakby cmentarnych ziół, brzęczały pszczoły. Dokoła panowała cisza i smutek. Nagle, nie wiedzieć skąd, rozległ się głos niewieści, dźwięk dysku, padającego na marmur, i wesoły śmiech.
Skradając się jak złoczyńcy, przeszli pod cień kolumn eleotezyonu, miejsca, na którem zapaśnicy starożytni nacierali sobie ciała oliwą.
Z poza tych kolumn widać było efebeon, plac czworoboczny pod gołem niebem, przeznaczony do gry w piłkę i rzucania dysku. Ten plac był wysypany świeżym widocznie piaskiem.
Julian spojrzał i mimowoli cofnął się wtył.
O dwadzieścia kroków przed nim stała młoda dziewczyna, całkiem naga, z dyskiem w dłoni. Jednem spojrzeniem ogarnął całe jej cudne ciało dziewicze.
Uczynił szybkie poruszenie w zamiarze odejścia, ale w dobrodusznem spojrzeniu Publiusza i w jego twarzy bladej i wynędzniałej dojrzał tyle czci i zachwytu, że zrozumiał, iż ten wielbiciel Hellady bez żadnej grzesznej myśli sprowadził go tutaj. Entuzyazm jego był święty.
Publiusz, ściskając dłoń Juliana, szepnął:
— Patrz! Nie jesteśmyż w tej chwili o dziesięć wieków wstecz w starożytnej Lakonii? Czy pamiętasz wiersze Propercyusza: Ludi Laconum?
I cichym, natchnionym głosem deklamować zaczął:

Multa tuae, Sparte, miramur jura palestrae.
Sed mage virginei tot bona gymnasii,
Quod non infames exerceret corpore ludos,
Inter lacutantes nuda puella viros!

„Sparto! Wiele praw twojej palestry, zachwyca nas ale przedewszystkiem te doskonałe gimnazya dziewczęca, gdzie śród zapaśników mężów nagie dziewoje bez hańby sprawiały igrzyska.”
— Kto to? — zapytał Julian.
— Nie wiem, nie starałem się dowiedzieć...
— To dobrze. Zamilcz.
I począł chciwie wpatrywać się w ciskającą dyskos, bez zawstydzenia, czując, że rumienić się byłoby niegodnem filozofa.
Ona zaś odstąpiła parę kroków, nachyliła się, wystawiając naprzód lewą nóżkę, wysunęła w tył prawą rękę z dyskiem i silnym rzutem całego ciała cisnęła krążek metalowy tak wysoko, że zamigotał we wschodzącem słońcu i opadając uderzył o podnóże najdalszej kolumny. Julianowi się zdało, że patrzy na starożytny posąg Fidyasza.
— To był najlepszy rzut — ozwła się dziewczyna dwunastoletnia w błyszczącej tunice, stojąca w pobliżu kolumny.
— Podaj mi dyskos, Myrro! — odpowiedziała grająca. — Zobaczysz, że potrafię rzucić jeszcze wyżej. Odsuń się, Meroe, żebym cię nie zraniła, jak Apollo Hiacynta...
Meroe, stara niewolnica, Egipcyanka, jak można było sądzić z jej szat różnobarwnych i smagłej twarzy, przygotowywała w amforach alabastrowych wonność do kąpieli. Julian pojął, że głuchoniemy i wóz z parą białych koni należeć musiał do tych dwóch zwolenniczek gier lakońskich.
Skończywszy rzucanie dysku, dziewczyna wzięła z rąk bladej czarnookiej Myrry wygięty łuk i kołczan, z którego wydobyła długą nasadzaną piórami strzałę. Zmierzyła do czarnego koła, oznaczającego cel na przeciwnym końcu efebconu. Drgnęła cięciwa. Wypadła strzała świszcząca i utkwiła w celu, za nią druga i trzecia.
— Artemida Łowczyni! — z westchnieniem rzekł Optacyan.
Nagle delikatny różowy promień wschodzącego słońca, przedarłszy się między dwiema kolumnami, ugodził w lica i drobne młodzieńcze prawie piersi dziewczyny.
Jaskółki z krzykiem krążyły nad palestrą, pławiąc się w błękicie niebios.
Odsłoniła twarz i splotła dłonie z tyłu głowy.
Jej włosy płowe, mieniące się złotem, jak miód żółty na słońcu, czerwieniały u korzeni. Roztworzyła napoły usta w uśmiechu dziecinnej radości, a słońce ślizgało się po jej ciele coraz niżej a niżej. I tak stała czysta, strojna w światło i piękność, jak w najskromniejsze szaty.
— Myrro — szeptała zwolna dziewczyna rozmarzonym tonem. — Spojrzyj na niebo: chciałoby się rzucić i pogrążyć w niem z krzykiem, jak te jaskółki. Pamiętasz, mówiłyśmy niegdyś, że ludzie nie mogą być szczęśliwi, ponieważ nie mają skrzydeł. Zazdroszczę ptakom, gdy patrzę na nie. Gdybyż tak być lekką i całkiem nagą, jak ja w tej chwili i bujać wysoko, bardzo wysoko w niebie, i czuć, że to na zawsze, że już nie będzie i nie może być nic innego prócz nieba i słońca dokoła lekkiego, wolnego i nagiego ciała!
Wyprostowana, ze wzniesionemi rękami, westchnęła smutno, jak gdyby z żalu po czemś, co uleciało na zawsze.
Słońce, zniżając się coraz bardziej, dosięgnęło jej bioder palącą już pieszczotą. Wtedy dziewczyna zadrżała i zasromała się, jakby pod pożądliwem dotknięciem żywej i namiętnej istoty, zakrywając jedną dłonią piersi, a dragą biodra nieśmiertelnym giestem wstydliwości Afrodyty z Enidos.
— Prędzej, Meroe, dawaj ubranie, Meroe! — zawołała, oglądając się naokół oczyma pełnemi przestrachu.
Julian nie pamiętał, w jaki sposób wydostał się z palestry. Serce mu wrzało. Oblicze poety było uroczyste i pełne smutku, jak u człowieka, wychodzącego ze świątyni.
— Nie gniewasz się? — zapytał Juliana.
— O, nie! Za cóż?
— Dla chrześcjanina może to było zgorszeniem?
— Nie było żadnego zgorszenia. Czy ty nie rozumiesz tego?
— Owszem, owszem... I ja tak myślałem.
Znaleźli się znowu na znojnym a pełnym kurzawy gościńcu i skierowali się do Aten.
Optacyusz ciągnął zcicha, mówiąc sam do siebie:
— O, jacyż my dzisiaj wstydliwi a szpetni! Wstyd nam posępnej i nędznej nagości naszej, i ukrywamy ją, wiedząc, żeśmy wstrętni i brudni. A niegdyś... Był czas, gdy wszystko działo się inaczej. Julianie! Młode Spartanki nagie i dumne wchodziły do palestry wobec ludu całego. I nikt nie obawiał się zgorszenia. Czyści przyglądali się czystym, wszyscy byli jak dzieci, jak bogowie. I pomyśleć, że to już nie wróci, że nie odrodzi się już na ziemi ta wolność, ta czystość, to rozradowanie z życia! Już nigdy!
Spuścił głowę na piersi i westchnął ciężko.
Przyjaciele doszli do ulicy Trójnogów i niedaleko od Akropolu rozstali się w milczeniu.
Julian pogrążył się w cieniu Propilejów, minął Stoa Poichyle z obrazkami Parrazyusza, wystawiającymi bitwy pod Maratonem i Salaminą, następnie małą świątynię Bezskrzydłego Zwycięstwa i zbliżył się do Partenonu.
Dość mu było zmrużyć oczy, by wywołać obraz cudnego nagiego ciała Artemidy Łowczyni. Gdy je znowu otworzył, marmury Partenonu w słońcu wydały mu się żywymi i złocistymi, jak ciało bogini. I uczuł chęć wobec wszystkich, gardząc grożącą śmiercią, objąć ten marmur ciepły, ogrzany słońcem, i ucałować go, jako świętość.
O parę kroków od niego stali w ciemnej odzieży, o bladych i surowych twarzach dwaj młodzieńcy. Grzegorz Nazyanzeński i Bazyli z Cezarei. Helleni obawiali się ich, jako swych najzawziętszych wrogów, a chrześcijanie mieli nadzieję, iż ci dwaj przyjaciele zostaną z czasem Ojcami Kościoła.
Patrzali oni na Juliana.
— Co się z nim dzieje dzisiaj? — mówił Grzegorz.
— Jaki z niego zakonnik? Co to za ruchy! Jak przymyka oczy! Co za uśmiech! Czy ty wierzysz w jego pobożność. Bazyli?
— Sam widziałem, jak płakał i modlił się w kościele.
— To obłuda!
— Pocóż w takim razie chodzi do nas, zabiega o naszą przyjaźń, dysputuje o Piśmie?
— Drwi z nas, albo uwieść pragnie. Nie dowierzaj mu! To kusiciel! Zapamiętaj to sobie, bracie: wielkie nieszczęście hoduje sobie cesarstwo Rzymskie w tym młodzieńcu! To wróg!
Przyjaciele oddalili się ze spuszczonemi oczyma. Ani poważne dziewice karyatydy Erechtejonu, ani uśmiechnięta śród lazurów biała świątynia Nike Apteros, ani Propileje, ani cud świata Partenon nie miały dla nich powabu. Oblicza mieli posępne, a w duszach ich nie postało inne życzenie, tylko żeby zburzyć wszystkie te jaskinie złych duchów. Na stopnie Partenonu słońce rzucało od tych dwu mnichów długie czarne cienie.
— Muszę ją zobaczyć — myślał Julian. — Muszę się dowiedzieć, kim jest ona!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.